Recenzje

RYTUAŁ. Leśny horror od Netfliksa

Pierwszorzędna realizacja i odpowiednio ponury klimat, ale również zmarnowane ambicje – w „The Ritual” dobrze straszy poczucie winy, które za szybko jednak zamienia się w coś bardziej namacalnego.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Twarzą w twarz ze strachem

Wyprawa do lasu, która staje się dla jej uczestników drogą przez piekło, dosłownie i w przenośni, jest tak wyświechtanym motywem, że wydawać się już raczej może materiałem do wyśmiania niż do bania się. Rytuał ma zresztą przez długi czas posmak horroru mocno zanurzonego w przeszłości, celowo operującego znajomymi elementami, jak zraniona noga jednego z bohaterów, która zmusza ekipę do zmiany trasy, niepokojące znaki na drzewach, opuszczona chata oraz dziwne dźwięki, pojawiające się tylko nocą. Całość jest jednak na tyle sugestywnie poprowadzona, że wtórność tekstu wcale nie przeszkadza, a wręcz pomaga wsiąknąć w nieprzyjemną sytuację. Kupiony przez Netflix brytyjski film grozy świetnie mógłby straszyć na dużym ekranie, gdyby dano mu szansę, choć nawet dzięki słuchawkom na uszach i przygaszonemu światłu w pokoju widzowie nie powinni narzekać na brak typowo horrorowych emocji.

Film Davida Brucknera rozpoczyna się jednak od mocno dramatycznej i drastycznej sceny, która świetnie nakreśla, z jakim bagażem emocjonalnym czwórka bohaterów decyduje się na pieszą wyprawę po górach północnej Szwecji. Pięciu trzydziestokilkuletnich przyjaciół bawi się w pubie w godzinach nocnych, ale powrót do domu dwójka z nich postanawia sobie uprzyjemnić wizytą w sklepie całodobowym; mają pecha, natykając się w środku na nerwowych i, jak się okazuje, śmiertelnie niebezpiecznych złodziei. Luke ukrywa się przed wzrokiem napastników, lecz Robert ma mniej szczęścia i ginie od uderzeń maczetą. Pół roku później Luke, wraz z pozostałą trójką, wybiera się w góry uczcić pamięć zabitego, lecz świadomość tego, że nie pomógł koledze, przez co ten zginął, jest odczuwalna na każdym kroku. Wkrótce jednak jeden z nich rani się w kolano, a inny decyduje, że najrozsądniej będzie pójść przez las, oszczędzając przy tym sporo czasu i kilometrów. Bohaterowie szybko odkrywają, że lepiej byłoby, gdyby trzymali się szlaku – najpierw natykają się na rozerwanego jelenia zawieszonego wysoko między drzewami, a później na pusty domek, w którym stoi figura człowieka bez głowy, za to z porożami zamiast rąk.

Jest to zaledwie wstęp do koszmaru, jaki stanie się ich udziałem, ale Bruckner przez długi czas koncentruje się nie na czającym się w lesie niebezpieczeństwie, lecz wspomnieniu śmierci kolegi oraz poczuciu winy u Luke’a. Gra go Rafe Spall, aktor, którego wciąż najlepiej pamiętam z roli idiotycznego biologa w Prometeuszu, gdzie traktował obcego jak małe, niegroźne zwierzątko. Tutaj ma więcej oleju w głowie, salwując się ucieczką przy pierwszej lepszej okazji, ale i Rytuał chce być opowieścią o tym, co się dzieje z mężczyzną, gdy ten musi sobie poradzić z własnym strachem. Bruckner nakręcił wcześniej genialny epizod nowelowego horroru Southbound, gdzie kierowca potrąca dziewczynę, po czym próbuje ją ratować, jednocześnie będąc narzędziem w rękach sił fantastycznych. Tamta sytuacja stała się nie tylko podstawą szarpiącego nerwy dreszczowca z prawdziwie zaskakującym zakończeniem, ale i ilustracją dla tezy, że za każdy zły uczynek należy zapłacić, najlepiej własnym poświęceniem; nagrodą jednak może być spokój ducha. Kto ma ocenić, czy na niego zasłużyliśmy? Te same nadprzyrodzone byty, które torturują nas w pierwszej kolejności. W gruncie rzeczy o tym samym opowiada i tym razem.

W momencie, w którym film zmienia się z survivalowej opowieści w pełnokrwisty horror, zyskuje na ożywczym strachu, ale traci swój tragiczny rys.

W Rytuale bohaterowie mierzą się z potwornością rodem ze starodawnych wierzeń, czymś, co znalazłoby swoje miejsce w prozie H.P. Lovecrafta lub Arthura Machena, gdyby ci urodzili się w Szwecji. W momencie, w którym film zmienia się z survivalowej opowieści w pełnokrwisty horror, zyskuje na ożywczym strachu, ale traci swój tragiczny rys. Przestaje być dramatem o tchórzostwie, próbie radzenia sobie z nim i nieufności między przyjaciółmi, którzy muszą sobie uświadomić, że ich relacje już nigdy nie będą takie same. Podbudówka pod tego typu refleksję jest tu wypracowana wręcz wzorcowo, ale Brucknera i scenarzystę, Joe Bartona, który zaadaptował książkę Adama Nevilla, za szybko zaczynają interesować tajemnice skandynawskich lasów i cały ten horrorowy sztafaż, za mało natomiast miejsca poświęcając pogłębiającemu się kryzysowi zaufania. Tego wręcz nie ma – tylko jedna postać głośno krytykuje postawę Luke’a, pozostali dwaj przyjaciele wolą milczeć, aby nie zburzyć kruchego status quo. Im bliżej finału, tym coraz wyraźniej dostrzec można rozwiązanie, rażące swoją prostotą, by nie rzec tchórzostwem – tylko spojrzenie swojemu strachowi twarzą w twarz da nam siłę, aby pogodzić się z własną winą. Było to już wielokrotnie, często z lepszym efektem, by wymienić tylko Zejście.

I znów wracamy do schematyzmu filmu, od którego rozpocząłem tę recenzję. Rytuał nie proponuje nic nowego w temacie, stawiając na pierwszorzędną realizację i wykreowanie odpowiednio ponurego klimatu (zbliżonego w pewnym momencie do Kill List Bena Wheatleya), dążąc do próby sił z widzem, gotowym zapalić wszystkie światła w domu, bo usłyszał coś niepokojącego. Bruckner doskonale panuje nad materią kina grozy, mając odwagę pokazać zło w całej okazałości, narażając się tym samym na śmieszność tych, którzy oczekiwali od filmu bardziej realistycznego podejścia. Im szybciej pogodzimy się z niewygórowanymi i zmarnowanymi ambicjami Rytuału, tym lepiej będziemy się na nim bawić i bać.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane