The Resurrection of Broncho Billy (1970) - recenzja | FILM.ORG.PL

The Resurrection of Broncho Billy








Radosław Pisula
19.04.2013


Reżyseria: James Rokos

Scenariusz: John Carpenter, Nick Castle, Jim Rokos, John Longenecker, Trace Johnston

Muzyka: John Carpenter

Zdjęcia: Nick Castle

Obsada: Johnny Crawford, Kristin Nelson

Narracja: Ricky Nelson, Ruth Hussey

 

John Carpenter bez dwóch zdań jest legendą kina gatunkowego. Odpowiada za gargantuiczną liczbę kultowych filmów, przesiąkniętych oryginalnym klimatem. Halloween, Mgła, Ucieczka z Nowego Jorku, Coś czy Wielka draka w chińskiej dzielnicy to dzieła, które na nowo zdefiniowały horror, science-fiction i fantasy-kung fu-surrealisploitation (wyrwały też na dobre Kurta Russela ze szponów Disneya, kreując go na najfajniejszego aktora, jakiego widział wszechświat). Czy wiecie jednak, że król kina niskobudżetowego, a także jeden z najbłyskotliwszych reżyserów odpowiada za stworzenie oscarowego filmu? Osiągnął to jeszcze w trakcie studiów filmowych – wiele lat przed pierwszym klapsem na planie przygody Michaela Myersa, która to wywindowała jego karierę w stratosferę.

Amerykanin urodził się w czasach idealnych dla młodego filmowca. Klasyczne Hollywood powoli składało broń, dzieląc się swoją wiedzą ze wschodzącą generacją twórców skupionych najczęściej w powstających jak grzyby po deszczu szkołach filmowych, gdzie uczyli się fachu od mistrzów (czego Wielcy Przedwieczni kina robić nie mogli, ponieważ samodzielnie kreowali nowe medium) oraz oglądali setki produkcji, definiujących ich umysły i wbijających w głowy gotowe schematy, które wystarczyło tylko umiejętnie przerabiać, aby kręcić arcydzieła. Martin Scorsese, Francis Ford Coppola, Steven Spielberg, George Lucas i inni rzucili się w stronę kin z celuloidowymi halabardami, po czym zaczęli masakrować amerykański box office liczbami dającymi się ogarnąć jedynie umysłem Stephena Hawkinga. Carpenter był w tym czasie studentem University of Southern California – jednej z najlepszych uczelni w kraju. Dało mu to możliwość uczestniczenia w spotkaniach i zadawania pytań takim megagwiazdom jego ukochanego rzemiosła, jak np. John Ford, George Cukor, Alfred Hitchcock czy jego osobisty idol, Howard Hawks. Wszyscy młodzi chłonęli wtedy wiedzę jak gąbka wodę i kochali westerny, nic więc dziwnego, że młody Johnny razem z kilkoma szkolnymi znajomymi postanowił poświęcić jeden z projektów swojego starszego kolegi na złożenie hołdu dla filmów związanych z Dzikim Zachodem.

W 1970 roku 23-letni w tym czasie producent, John Longenecker, w ramach swojej pracy dyplomowej zebrał zespół (lub „super ekipę”, jak sam ich ochrzcił) złożony z Carpentera, Nicka Castle i Jamesa Rokosa, którzy przygotowali film krótkometrażowy zatytułowany The Resurrection of Broncho Billy. Studenci odpowiadali kolejno za montaż i muzykę (wariację na temat klasycznych westernowych melodii), scenografię oraz reżyserię (chociaż sam twórca „Halloween” przyznaje, że tym ostatnim zajmowali się wszyscy). Scenariusz był dziełem całego kolektywu.

Historia zaprezentowana w tej aktorskiej krótkometrażówce dosyć wyraźnie nawiązuje do okresu dzieciństwa Carpentera, kiedy przeprowadził się z rodzicami do Bowling Green w 1956 roku. Młody twórca czuł się bardzo wyobcowany w niebezpiecznej okolicy (morderstwa na tle rasowym były w tym czasie czymś tak zwyczajnym jak podwójny hamburger z dietetyczną colą). Ucieczkę od szarości świata stanowiły własna wyobraźnia, oglądanie filmów i tworzenie kolejnych produkcji science fiction (które praktycznie zawsze przedstawiały godzillopodobne kreatury).

Główny bohater Broncho Billy’ego – w którego wcielił się Johnny Crawford – jako swoisty surogat wąsatego Amerykanina jest wielkim fanem westernów. Ściany w jego pokoju szczelnie pokrywają plakaty z podobiznami takich legend pogranicza jak John Wayne, Gary Copper i James Stewart, a sam ubiera się na co dzień w kowbojskie ciuchy i zakłada na głowę nieodłącznego stetsona. Chłopak żyje w krainie fantazji. W realnym świecie stara się odtwarzać sytuacje znane z wielkiego ekranu, czym oczywiście naraża się na alienację i niezrozumienie ze strony otoczenia. Ta iluzja doprowadza do tego, że nieśmiały dzieciak nie potrafi porozmawiać z dziewczyną, która jest nim wyraźnie zainteresowana oraz zostaje dotkliwie pobity. To ostatnie wydarzenie doprowadza do całkowitego załamania się granicy między złudzeniem i rzeczywistością, a bohater poddaje się całkowicie swojej wyobraźni. W ostatnich sekundach filmu zamiast bieli i czerni pojawia się kolor (niczym w klasycznym Czarnoksiężniku z krainy Oz), zaś „Billy” mknący na rumaku po bezkresnych połaciach Dzikiego Zachodu zdobywa w końcu kobietę swoich marzeń, po czym oboje – jak przystało na western spod znaku białego kapelusza Toma Mixa – odjeżdżają w dal.

Bohater jest podobnie do Carpentera spełniony dzięki porzuceniu swojego przeciętnego życia na rzecz nieskończonych możliwości, jakie oferuje fantasmagoria. Obraz ten stanowi w jakiś sposób rozliczenie twórcy ze swoja młodością, której elementy udało mu się przemycić do scenariusza. Bohater jest zaszczuty i nierozumiany, a jedyną rzeczą dającą mu radość jest przepełniony testosteronem i przygodą świat westernów, tak odległy czasowo, a jednocześnie bliski młodemu buntownikowi dzięki iluzji kina. Protagonista ostatecznie oddaje się całkowicie fantastycznym wizjom, tak jak Carpenter wpadł po uszy w świat filmu i wyrwał z Bowling Green, gdy trafił na uniwersytet.

Osadzenie westernowej konwencji w realiach współczesnego amerykańskiego miasta można wpisać w szerszy kontekst filmografii amerykańskiego twórcy i doszukać się cech, które zostaną rozwinięte w takich produkcjach jak Atak na posterunek 13 lub Oni żyją! Również krajobraz miejskiego przedmieścia z podobnymi do siebie domami i wyludnionymi ulicami przywołuje na myśl sterylne Haddonfield, w którym grasuje Michael Myers. Sam tytuł nawiązuje natomiast do Broncho Billy’ego Andersona, pierwszej gwiazdy wielkoekranowego westernu, która pojawiła się m.in. w prekursorze filmu o kowbojach The Great Train Robbery (1903) Edwina S. Portera.

Krótkometrażówkę trwającą 23 minuty nakręcono za jedyne 700 dolarów. Mimo budżetu równego cenie jednego telewizora lub czterech filmów wyprodukowanych przez Rogera Cormana, obraz może się poszczycić dosyć znanymi nazwiskami pojawiającymi się w obsadzie, które są głównie efektem koleżeńskich przysług – ewenement jak na zaliczeniowy projekt studencki. Zdecydowanie największym gwiazdorem związanym z The Ressurection of Broncho Billy jest występujący w roli narratora Ricky Nelson, wielka gwiazda muzyczna lat 50. i 60., do której wzdychała każda amerykańska niewiasta z wyczuwalnym pulsem. Malutkie serduszka jankeskich dziewczyn pompowały krew niczym Amerykanie azjatycką ropę, a młody muzyk został w końcu wciągnięty w tryby hollywoodzkiej maszyny. Pojawił się w kilku pełnometrażowych filmach, z których zdecydowanie najbardziej znany jest jego występ u boku Johna Wayne’a w Rio Bravo (1959) Howarda Hawksa. Co ciekawe, rola obiektu westchnień głównego bohatera krótkometrażówki przypadła żonie Nelsona, Kristin, która tak jak jej ukochany miała krótką karierę filmową, natomiast w 1988 roku zachłysnęła się prymitywizmem, a jej obrazy przyciągnęły wielu kolekcjonerów związanych ze śmietanką towarzyską Fabryki Snów, m.in. Mię Farrow. Drugim narratorem jest Ruth Hussey, klasyczna hollywoodzka aktorka, która mimo oscarowej nominacji za Filadelfijską opowieść z 1940 roku (chociaż mając na stołku reżyserskim George’a Cukora, ciężko było jakiejkolwiek kobiecie nie otrzymać nominacji do nagrody Akademii) nigdy nie pokazała pełni swojego talentu. Zakończyła karierę na początku lat 60., a jej głos pojawił się w filmie dlatego, że prywatnie… była matką Johna Longencekera. Również odtwórca głównej roli, Johnny Crawford, zagrał w The Ressurection of Broncho Billy ponieważ wspomniany wyżej producent był jego bliskim przyjacielem. Aktor zasłynął głównie z roli młodocianego Marka McCaina w westernowym serialu The Rifleman (tego typu produkcje całkowicie zalały amerykańską telewizję przełomu lat 50. i 60.). Odnosił również sukcesy w branży muzycznej, a największe osiągnięcie kinowe stanowił dla niego zdecydowanie moment, gdy w El Dorado (1966) został posłany do piachu przez samego Johna Wayne’a.

Jeśli chodzi o ekipę techniczną filmu, to Carpenter wybił się lata świetlne ponad swoich przyjaciół. Najbardziej rozpoznawalnym nazwiskiem oprócz siwowłosego Amerykanina jest prawdopodobnie Nick Castle, który ukrywał się pod białą maską Myersa w Halloween, współtworzył scenariusz Ucieczki z Nowego Jorku i nakręcił kilka przyjaznych dzieciom oraz dosyć rozpoznawalnych dla dzisiejszych dużych chłopców wychowanych w erze VHS filmów, takich jak Ostatni gwiezdny wojownik (1984, jeden z pierwszych obrazów posiłkujących się możliwościami CGI), Dennis rozrabiaka (1993) i Szczeniackie wojsko (1995). Longenceker mimo początkowego wielkiego sukcesu rozminął się potem z wielkim kinem, a James Rokos znany jest do dzisiaj jedynie z reżyserowania opisywanej przeze mnie krótkometrażówki.

Film otrzymał w 1970 roku Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii „Najlepszy krótkometrażowy film aktorski”, co udało się dzięki temu, że studio Universal zdecydowało się wpuścić film do kin. W założeniach miała być to niedługa przygoda, zapewniająca spełnienie wymagań Akademii. Skończyło się jednak na dwuletnim pobycie na ekranach, ze względu na wielką popularność tej produkcji w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Tym oto sposobem John Carpenter został twórcą oscarowym (mimo że statuetka należała do producenta Longeneckera), po czym wziął się na poważnie za tworzenie wielkiego kina.

Radosław Pisula

Radosław Pisula

Całkowicie pożarty przez popkulturę. Poświęcił studia na analizowanie kina Johna Woo i Johna Carpentera, a obecni w ramach doktoratu pisze monografię Waltera Hilla. Zjada wszystko, co zapisano na taśmach celuloidowych i nośnikach cyfrowych – szczególnie wszelkiej maści horrory, wysokooktanowe akcyjniaki oraz klasyczne amerykańskie kino sygnowane nazwiskami m.in. Capry, Stewarta, Hitchcocka, Granta czy Hawksa. Uwielbia Grace Kelly, Nikolę Teslę oraz Godzillę – najlepiej, gdy pojawiają się w tym samym filmie. Kocha swoją dziewczynę.
Radosław Pisula






  • Mefisto

    Sympatyczne, ale totalnie niewykorzystany potencjał, ergo nieoscarowy to film – aż się prosi o bardziej rozbudowaną, lepiej złożoną historyjkę (bo o aspektach technicznych nawet nie wspominam), która bardziej by zajęła widza. Ba! Z tego nawet by się pełny metraż dało sklecić.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Panaceum

Następny tekst

Steven Soderbergh - oceniamy wszystkie filmy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE