Recenzje

THE FLORIDA PROJECT. Mała perła festiwalu w Cannes

Pejzaż krainy Disneylandu i biedy, który za jakiś czas może zrobić karierę w kinach.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu jest Olek Młyński. Zapraszamy do odwiedzenia bloga autora.

Najnowszy film Seana Bakera (człowieka, który zadziwił wszystkich nagrywając swoją pełnometrażową Mandarynkę iPhone’em) to słodko-kwaśna podróż do podbrzusza Stanów Zjednoczonych. Niefotogenicznych, pełnych brudu i biedy, a jednocześnie wypełnionych dziwnie beztroskim optymizmem.

Tak jak w Mandarynce, Baker używa lekkiej formy, by opowiedzieć o ludziach tkwiących w problemach po uszy. Moonee (debiutująca Brooklynn Prince) to sześcioletnia dziewczynka, która mieszka w tanim motelu ze swoją samotną matką, Halley (również debiutująca, znaleziona przez Bakera na Instagramie Bria Vinaite). Większość czasu spędzają na unikaniu opłat za czynsz lub znajdowaniu szemranych źródeł zarobku. Pozostawiona bez opieki protagonistka co rusz sprawia kłopoty- pluje wraz z kolegami z motelu na czyjś samochód, wyłącza prąd w całym budynku czy włamuje się do opuszczonych mieszkań w okolicy. Baker ukazuje widzowi w ten sposób rzeczywistość Halley: ograniczoną do paru miejsc i osób beztroską krainę pozornie pozbawioną zagrożeń. Podstarzała kobieta, która opala się topless pomimo zakazów, gburliwa sprzedawczyni lodów czy kelnerka, która wydaje jej jedzenie za darmo na zapleczu baru, to tylko część galerii postaci otaczających Moonee. Z tej grupy wyróżnia się jeszcze konserwator (jedyny profesjonalny aktor we Florida project, czyli Willem Dafoe). Jest on z jednej strony motelowym strażnikiem moralności, stale poganiającym Halley do zapłacenia czynszu, zaś z drugiej opiekunem utrzymującym cały budynek w ryzach.

Florida project pod wieloma względami przypomina American Honey Andrei Arnold, który trafił do głównego konkursu w Cannes rok temu. Oba dzieła traktują o młodych Amerykanach, których kopnął kryzys ekonomiczny, przez co ich plany dotyczące przyszłości nie mogą wybiegać dalej niż kilka dni do przodu. Baker, tak jak Brytyjka, przygląda się swoim bohaterom z dystansem, nie podpowiadając widzowi, jak ma się względem nich czuć. Reżyser Mandarynki z niemal neorealistycznym zacięciem podąża za swoją protagonistką poprzez skąpaną w słońcu i kiczu Florydę, krainę Disneylandu i biedy.

Amerykanin za pomocą kilku luźno powiązanych historii inicjuje główny wątek. Przez to ekspozycja jest nieco przydługa i faktyczna historia potrzebuje sporo czasu, żeby się na dobre rozkręcić. Taki narracyjny zabieg nieco wystawia cierpliwość widza na próbę, jednak z drugiej strony umożliwia on bliższe poznanie bohaterów. Można ten wolny start Bakerowi wybaczyć, ponieważ całość utrzymana jest w lekkim, zabawnym tonie, dzięki czemu Florida Project ogląda się z duża przyjemnością od początku do końca.

Dramat, jaki powoli owija główną bohaterkę, wydaje się pozornie odległy oraz paradoksalnie mało przygnębiający. Reżyser sprytnie skupiając się na ukazywaniu wszystkiego z perspektywy Moonee podkreśla fakt, że jest ona izolowana przez swoją matkę od problemów finansowych. Gdy w połowie filmu dochodzi do kluczowego wydarzenia, Baker nie przywiązuje do niego zbyt dużej uwagi. Zamiast na samych konsekwencjach, Amerykanin skupia się na tym, jak ów moment rozbudza czujność mieszkańców motelu oraz uświadamia im, że lekkomyślny tryb życia Halley może stanowić zagrożenie dla jej córki i innych.

The Florida Project to jedna z tych pereł bocznych sekcji festiwalu w Cannes, która może zrobić za parę miesięcy dużą karierę w kinach. Sean Baker umacnia swoją pozycję i potwierdza, że jest obecnie jednym z najciekawszych twórców amerykańskiego kina indie. Pozostaje tylko trzymać kciuki, że jego ostatnie dzieło trafi na polskie ekrany.

 

Ostatnio dodane