Recenzje

THE EDGE OF SEVENTEEN. Młodość zdarza się (na szczęście) raz

Znakomity film w stylu coming-of-age, który pochwaliłby chyba nawet John Hughes. Hailee Steinfeld udowadnia, że ma zadatki na wielką gwiazdę kina.

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Nie wiem, czy mieliśmy w filmowym roku 2016 większą niespodziankę. Dla mnie The Edge of Seventeen z pewnością jest jedną z lepszych produkcji ostatnich miesięcy i za prawdziwy skandal uważam fakt, że tytuł ten nie pojawił się w polskich kinach. Mam zresztą wrażenie, że nie tylko u nas się na nim nie poznano. Choć film zebrał dobre recenzje, całkiem, całkiem poradził sobie w box office i zdobył nawet nominację do Złotego Globu, wydaje się, jakby było to o wiele za mało.

The Edge of Seventeen opowiada o Nadine – nastolatce, która… nienawidzi swojego życia. Kilka lat wcześniej przeżyła traumę, związaną ze śmiercią ojca. Z cierpiącą na chorobę afektywną dwubiegunową matką nie dogaduje się, podobnie zresztą jak z bratem, przystojnym i wysportowanym gwiazdorem szkoły, do której razem uczęszczają. Nadine zawsze czuła, że jest w jego cieniu, ale tak naprawdę nie zależało jej na popularności w otoczeniu. Ona z tym otoczeniem nie ma bowiem wiele wspólnego – dziewczyna z wyraźnie starą duszą nie pasuje do szkolnej społeczności. Na przerwach częściej niż z rówieśnikami rozmawia ze swoim pozornie znudzonym życiem nauczycielem.

Być może Nadine wyolbrzymia problemy, być może trochę się nad sobą użala, ale z drugiej strony jej postawę łatwo zrozumieć. Dziewczyna przyznaje, że jedyną rzeczą, jaka jej się udała, jest sięgającą czasów dzieciństwa przyjaźń z Kristą. Ale wtedy dzieje się coś nieoczekiwanego. Krista zakochuje się (z wzajemnością) w Darianie, bracie głównej bohaterki. Dla Nadine to prawdziwa tragedia, czuje się opuszczona i oszukana. Jej życie, z którego i tak nie była nigdy zadowolona, wali się.

Ta produkcja to prawdziwa czołówka filmów w stylu coming-of-age. Spodoba się nie tylko młodzieży, ale i znacznie starszym widzom.

 Reżyserka Kelly Fremon wcześniej nakręciła słabą Absolwentkę – trudno było oczekiwać po niej czegoś wyjątkowego. A jednak. The Edge of Seventeen to prawdziwa czołówka tak zwanych filmów coming-of-age. Tak samo jak inne najlepsze przykłady tego gatunku, spodoba się nie tylko młodzieży, ale i znacznie starszym widzom. Z główną bohaterką łatwo się identyfikować – w końcu kto z nas nie czuł się kiedyś „niedopasowany”, kto nie myślał, że świat mu się zawalił? Za liceum raczej tęsknię, ale po tym filmie stwierdziłem, że nie chciałbym przechodzić tego okresu raz jeszcze.

To mądra historia, poruszająca się nie tylko po łatwych i przyjemnych tematach, a jednocześnie zapewniająca ogromną dawkę humoru. Żarty są świeże, autentycznie śmieszą, a dialogi nie szeleszczą papierem. Dużą zaletą filmu jest to, że wszystkie postaci wydają się prawdziwe – kiedy coś mówią, wierzy się w ich słowa, wydaje się, jakby w normalnym życiu taka osoba mogła zachowywać się podobnie. Nie bez powodu produkcja otrzymała kategorię wiekową R. Nie myślcie sobie, że kiedy Nadine czuje, że ma dość wszystkiego, wykrzykuje „Psiakość!”.

Ta szczerość filmu jest w dużej mierze zasługą aktorów. Bardzo dobrze radzi sobie drugi plan, na czele z niezawodnym Woodym Harrelsonem oraz pełnym uroku, prawie debiutantem Haydenem Szeto. Ale gwiazdę mamy tu jedną i jest nią Hailee Steinfeld. Obserwuję tę dziewczynę od czasów jej zna-ko-mi-te-go występu w Prawdziwym męstwie i przyznam szczerze, że miałem pewne obawy, czy zobaczymy ją jeszcze w czymś na miarę jej talentu. Mimo młodego wieku grała całkiem sporo, ale próżno szukać w jej filmografii roli, która byłaby choć w połowie tak dobra jak ta z dzieła braci Coen. Wydawało się, jakby Hailee bardziej interesowała jej kariera muzyczna oraz bywanie w celebryckim świecie. The Edge of Seventeen to jednak wielki sukces Steinfeld i dowód na to, że jej talent nigdzie się nie ulotnił. Moim zdaniem spokojnie można było nominować ją za ten występ do Oscara.

Tak dobre młodzieżowe filmy zdarzają się naprawdę od święta. Dawno nie widziałem nic lepszego.

 Twórcom perfekcyjnie udało się wyważyć dramat z komedią, historię dla młodzieży z uniwersalną tematyką, czystą rozrywkę z morałem, i tak dalej, i tym podobne. Myślę, że John Hughes miałby do powiedzenia o tym filmie same ciepłe słowa. Scenariusz jest wybitny – przemyślany i oryginalny, a jednocześnie niesilący się na tę oryginalność. Całość sprawia wrażenie lekkiej i bezpretensjonalnej. Może i takich młodzieżowych produkcji kręci się w Hollywood sporo, ale tak dobre zdarzają się naprawdę od święta. Mnie The Edge of Seventeen zainteresował już od pierwszego zwiastuna, a kiedy film się skończył, byłem pewien, że dawno nie widziałem nic lepszego.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane