Recenzje

TAMARA I MĘŻCZYŹNI (2010). Film niebezpiecznie kiepski

Autor: Anna Dranikowska
opublikowano

Filozofia uczy nas dzielnie znosić niepowodzenia naszych sąsiadów. Miło jest zobaczyć, że mało zabawne komedie to nie tylko nasza specjalność, a wpadki przytrafiają się najlepszym. Tym razem Stephenowi Frearsowi. Ta satysfakcja to jedyne, co mi zostało po obejrzeniu filmu „Tamara Drewe”.

W każdym razie wszyscy bardzo starają się rozśmieszyć widzów

Clou filmu trafnie opisuje polski tytuł: „Tamara i mężczyźni”. Tamara (Gemma Arterton) – znana dziennikarka wraca do rodzinnej miejscowości, żeby zamieszkać w domu zmarłej matki. Jej powrót wywraca życie małego, sennego miasteczka do góry nogami. Bo Tamara jest nie tylko znana i bogata, ale posiada też poprawiony przez chirurgów nos i w rezultacie wygląda naprawdę dobrze. Do rywalizacji o ulepszone wdzięki dziewczyny stanie w szranki trzech mężczyzn – ktoś musi przegrać, żeby wygrać mógł ktoś.

Dla porządku trzeba napisać, że film jest adaptacją komiksu „Tamara Drew” Posy Simmonds, inspirowanego z kolei powieścią „Z dala od zgiełku” Thomasa Hardy’ego. Nie wiem, jaki jest komiks i powieść, ale z filmu Frearsa wieje nudą.

Ona, ich troje…

A przecież Stephen Frears ma opinię specjalisty od portretowania relacji damsko – męskich, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich intryg i kłamstw. Jego szczytowym osiągnięciem były „Niebezpieczne związki”, w których wszystkie te intrygi skumulowały się i znalazły ujście w wybitnym aktorstwie Glenn Close i Johna Malkovicha. Przeważająca większość późniejszych filmów Frearsa to wariacje na podobne tematy. Nie inaczej jest i tym razem. Jeśli ktoś jednak oczekuje powtórki z „Niebezpiecznych związków” mocno się rozczaruje.

Film jest przewidywalny niczym wypowiedzi polskich polityków i prosty niczym przysłowiowa konstrukcja cepa. Wszystko jest jasne od momentu, w którym Tamara zobaczy swojego ukochanego, a on zobaczy ją. To mniej więcej dwudziesta minuta filmu. Później pozostaje tylko kontemplować uroki życia na wsi i zastanawiać się, dlaczego na happy end trzeba czekać jeszcze półtorej godziny.

W pierwszym rzędzie to chyba wina postaci, które są przygnębiająco jednowymiarowe. Tamara jest Kobietą Wyzwoloną, Andy to Mężczyzna z Zasadami, Ben Chłopak z Problemami, a Nicholasowi zostaje rola Podstarzałego Erotomana. Oprócz tej czwórki jest jeszcze pantoflarz, kura domowa i dwie rozwydrzone nastolatki – czynnik sprawczy wszystkich intryg. Intrygi są w filmie tak naiwne jak owe nastolatki i doprawdy trzeba przynajmniej jednego wina, żeby przełknąć jakoś kolejne absurdalne pomysły twórców. Weźmy jeden tylko przykład: dziewczyny włamują się do mieszkania Tamary (klucze, jak powszechnie wiadomo, leżą zawsze pod doniczką), następnie włamują się do jej skrzynki mailowej (hasło było pewnie zapisane w scenariuszu) i wysyłają wielce dwuznaczne maile, które mocno komplikują życie naszej bohaterki. Mimo, że to wieś, nikt nie jest w stanie namierzyć „sprawców”. Nie żeby kogokolwiek to przesadnie zajmowało. Prawda jest taka, że rozterki Tamary w ogóle nie są w stanie zainteresować widza. Banalnych postaci nie zdołali ożywić przeciętni aktorzy – Gemma Arterton, Luke Evans ani Dominic Cooper. Stosunkowo najlepiej wypada Roger Allam w roli Nicholasa, ale to i tak zbyt mało.

…i wieś

Oczywiście jest jeszcze wieś spokojna i przynajmniej w teorii wesoła. W każdym razie wszyscy bardzo starają się rozśmieszyć widzów. Lato jest tam piękne, a zima niepostrzeżenie przechodzi w wiosnę. Pani domu (aka: kura domowa) raczy wszystkich swoimi wypiekami, kurczaki gdaczą, gęsi gęgają, a krowy muczą, chyba, że akurat biegają jak oszalałe po łąkach. Oszalałe krowy może i wywołują u Brytyjczyków jakieś zabawne skojarzenia, faktem pozostaje jednak, że nawet jeśli tak jest, to musi to być bardzo hermetyczne lokalne poczcie humoru, zupełnie niezrozumiałe dla postronnych osób.

W tej właśnie wsi znajduje się oaza dla pisarzy, którzy w sielskiej atmosferze pracują nad swoimi dziełami. Prawdę mówiąc, nie ma to większego związku z akcją filmu, więc może to jakiś wątek autobiograficzny. Jeśli tak, to najwyraźniej najwyższy czas na zmianę letniska dla pisarzy „Z dala od zgiełku” na jakieś bardziej inspirujące.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane