Recenzje

TAJEMNICE SILVER LAKE (Cannes 2018)

"Brick" ze Spider-Manem, czyli współczesny Raymond Chandler na prochach.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Pop-noir

Los Angeles. Hollywood. Bliżej nieokreślona współczesność z bohaterem rodem ze starych, czarno-białych kryminałów, tylko niewiele mającym wspólnego – poza imieniem – z ikonicznymi postaciami pokroju Sama Spade’a. Nie jest byłym gliną, prywatnym detektywem czy gryzipiórkiem-moczymordą. Właściwie to nawet nie wiadomo, co robi, jeśli w ogóle cokolwiek. Wieczorami ćpa, chodzi na imprezy i okazjonalnie pobzyka. Za dnia podgląda swoją półnagą sąsiadkę i wozi się czarnym Mustangiem. Zawsze ma ze sobą pieniądze, choć lada chwila grozi mu eksmisja z niewielkiego mieszkanka za niepłacenie rachunków. Słowem: pan Nikt, którego życie odmienia się dopiero po przypadkowym spotkaniu ponętnej Sarah (jak zawsze urocza Riley Keough). A ponieważ ta wkrótce znika w niewyjaśnionych okolicznościach, Sam usiłuje ją odnaleźć.

Każda kolejna scena jest tu jeszcze dziwniejsza od poprzedniej.

Szybko okaże się, że to nie będzie zwykłe śledztwo na miarę możliwości młodego pokolenia. David Robert Mitchell – twórca świetnego Coś za mną chodzi – zabiera nas raczej w prawdziwie oniryczną podróż w mroki popkultury. Serwuje abstrakcję, w której każda kolejna scena jest jeszcze dziwniejsza od poprzedniej, a wszystkie przeniknięte są do granic elementami życia codziennego, na które składa się szeroko pojęte uwielbienie dla kina, muzyki czy literatury różnego sortu (od komiksów po archiwalne numery periodyków dla graczy wideo). Całość pozornie w ogóle się ze sobą nie lepi, bardzo szybko zamieniając się w niezrozumiałą papkę – czysto pulpowy twór, pozbawiony większego sensu. Wraz z dość długim czasem trwania filmu testuje to cierpliwość odbiorcy, który mimo wszystko nie potrafi oderwać się od ekranu. Nie dlatego, żeby dowiedzieć się, co naprawdę stało się z dziewczyną tak (nieprzypadkowo) podobną niekiedy do Marilyn Monroe. Ta część szybko staje się nam, jak i chyba trochę Samowi też, obojętna pod napływem całej masy dziwacznych postaci, zachowań czy też formalnych zabaw reżysera, który nie tylko z łatwością epatuje seksem i przemocą, ale też nie odwraca głowy od żadnych dewiacji.

Kluczem do zrozumienia tych zabiegów są właśnie pojedyncze, wyjęte jakby z kontekstu elementy popkultury – niekiedy jedynie mrugające delikatnie do obeznanego widza (vide odnoszący się bezpośrednio do wcielającego się w naszego hiroła Andrew Garfielda gag ze Spider-Manem), a co za tym idzie, prowadzące donikąd. Inne z kolei stają się prawdziwymi  Świętymi Graalami, od których może zależeć nawet cała przyszłość ludzkiej rasy. Tropów jest wiele i niemal każdy powoduje ból głowy dla tak prostego, generalnie zaniedbanego i niemającego własnego życia Sama. Problem polega na tym, że nawet po włożeniu odpowiedniego klucza do właściwej dziurki drzwi do prawdy oświeconej wcale nie muszą się przed nami otworzyć. Wielokrotnie łapałem się na tym, że zwyczajnie nie wiedziałem, o co tu w ogóle chodzi. Bohaterowi ta dziw(acz)ność oraz rosnące cały czas wątpliwości wydają się nie przeszkadzać, jednak świat przedstawiony zdaje się nie mieć tu nie tylko żadnych zasad, lecz także jest miejscem bez większych konsekwencji. A kiedy w finale dochodzi do częściowych wyjaśnień oraz wymiany światopoglądowych informacji, z których część nawet można by uznać logiczne, to ostatecznie cała ta wyprawa i tak wydaje się bezcelowa, a film jawi się jedynie jako kolejna artystyczna igraszka. Dziwadło z ukrytym przekazem, na którym widz tak czy inaczej straci – jeśli nie czas, to sporo cierpliwości.

Tajemnice Silver Lake można chwalić za doborową obsadę, udane zdjęcia, napisaną w starym stylu ścieżkę dźwiękową, jakby wyjętą z dreszczowców Alfreda Hitchcocka, oraz w ogóle udaną stronę techniczną. Można doceniać odwagę formy bądź przekazu (kiedy ostatnio w mainstreamowym kinie kibicowaliście bohaterowi spuszczającemu łomot dzieciakom?), bezkompromisowość stylu i, mimo wszystko, hipnotyzujący klimat, który sprawia, że pozornie nieprzystające do siebie elementy zachowują jakąś ciągłość, pozostając w realiach tej samej, jakkolwiek mocno abstrakcyjnej, rzeczywistości dużego ekranu. To się da kupić, a wtedy będzie to udana przygoda dla każdego, komu marzy się wariacja kina noir oglądanego na ostrych prochach.

Bo też jest to poniekąd odpowiedź na pytanie, co mógłby stworzyć Raymond Chandler i jemu podobni po LSD lub grzybkach. Można i tak, wszak podobnych do Tajemnic Silver Lake produkcji, wbrew pozorom, było już wcześniej kilka. Ale można też po prostu machnąć na to wszystko ręką i pukając się w czoło, zapytać: co ci reżyserzy z Holly ćpają i kto daje im kasę na produkcję podobnych idiotyzmów? Nie wiem. Jeśli zapragnę poznać odpowiedź, z pewnością pobiegnę za białym królikiem. Albo… kojotem. Ale chyba szkoda zachodu, nawet tego dzikiego. ORLY?

Ostatnio dodane