Recenzje

SZTUKA KOCHANIA. Seks, miłość i cenzura

To może być najlepszy polski film 2017 roku.

Autor: Michał Bleja
opublikowano

Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem trailer tego filmu, ostrzyłem sobie na niego zęby. Myślę, że nikomu, kto interesuje się kinem, nie trzeba tłumaczyć dlaczego, ale jednak wyjaśnię: po pierwsze w ostatnich latach wszystkie filmy poprzedzane migawką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, jakie dane mi było oglądać w kinie, były znakomite (zaznaczę, że odpuszczam romantyczne komedie, więc mam nieco zawężone spektrum). Po drugie – za Sztukę kochania odpowiadała ekipa mająca na koncie Bogów, a to naprawdę coś, czego nie sposób zignorować. Po trzecie – kurczę, to film o Michalinie Wisłockiej.

Gdy rozgrywały się wydarzenia, o których opowiada Sztuka kochania, nie było mnie jeszcze na świecie. Z postacią doktor Wisłockiej spotkałem się dzięki telewizyjnym talk showom w rodzaju Wieczoru z wampirem – w jednym z nich pojawił się Darek Kordek, który opowiadając o swoich latach szczenięcych, przypominał sobie koleżankę, z którą przerabiali książkę Wisłockiej w praktyce, w innym – sama Wisłocka, będąca już mocno dojrzałą kobietą, którą trudno byłoby mi skojarzyć z postacią zagraną przez Magdalenę Boczarską. Czytałem w tamtym okresie wszystko, co wpadało mi w ręce, więc również Sztuka kochania trafiła na moją prywatną listę lektur obowiązkowych – znalezienie jej w bibliotece nie stanowiło najmniejszego problemu.

Co by nie mówić o PRL-u – w tamtych czasach zaistniało w naszym kraju kilka wielkich postaci, które dla naszej tożsamości narodowej są nie mniej ważne niż flaga, hymn czy godło, i uważam, że to super, że ich żywoty coraz częściej trafiają na ekrany kin. Wisłocka była bezapelacyjnie wielką postacią, jedną z tych, która życie w tych smutnych czasach uczyniła nieco bardziej znośnym. Była też jednym z sygnałów, że ta fałszywa jednolitość postaw i poglądów, którą komunizm usiłował nam wpoić, wraz z dewocyjno-patriarchalnym podejściem do seksu, powoli zaczyna pękać, i to mimo że w tym akurat punkcie partia miała bardzo po drodze z klerem.

Film przedstawia Wisłocką w kilku okresach jej życia – podczas wojny, tuż po wojnie, w trakcie walki o wydanie książki i tuż po jej wydaniu. Mimo że jej życie nie jest przedstawione liniowo (narracja co chwila to cofa się, to wybiega w przód), udało się uniknąć chaosu – wszystko jest czytelne, obraz ogląda się lekko i bez wysiłku. Krzysztofowi Rakowi za stworzenie tego scenariusza należą się gromkie brawa – dialogi, dynamika filmu, a także jego struktura (niekonwencjonalna, choć zarazem bardzo spójna) świadczą o najwyższym kunszcie.

Scenariusz to jednak tylko jeden z elementów składowych – tak naprawdę twórcom Sztuki kochania wyszło wszystko, od obsady przez muzykę po charakteryzację. Niesamowita jest pieczołowitość, z jaką oddano PRL-owskie realia – jak powiedziała towarzysząca mi w kinie dziewczyna „jak oni piją tę wódkę, to ja normalnie czuję jej zapach”. Twórcy zadbali nawet o to, aby zęby Wisłockiej postarzały się wraz z nią – do scen przedstawiających spotkania z autorką po wydaniu książki pokolorowano je Boczarskiej na żółto – niby drobny szczegół, ale naprawdę miło się patrzy na robotę wykonaną z takim zaangażowaniem. Zwłaszcza że to raczej w naszym kraju nie jest powszechne.

Aktorstwo – Boczarska jest świetna, Lubos, Adamczyk czy Szyc dają radę, podobnie jak wszyscy aktorzy drugiego i trzeciego planu (może wyjąwszy dzieci Wandy, którym jednak warsztatowe braki musimy wybaczyć, w końcu są dziećmi). Jednak na wyróżnienie zasługuje Justyna Wasilewska. Moim skromnym zdaniem kompletnie zmiotła resztę obsady. Chyba najlepszą demonstracją jej możliwości jest kłótnia poprzedzająca wyniesienie się Stacha i Wandy wraz z jednym z dzieci z domu Wisłockich – radzę uważnie przyjrzeć się, jak fantastycznie ta dziewczyna kontroluje swój głos, mimikę, gesty. To prawdziwa wirtuozeria. Liczę na to, że tej aktorce zdarzy się jeszcze w przyszłości zagrać główną rolę w równie ambitnej produkcji, bo jest zdecydowanie odkryciem filmu.

Jest mi niezmiernie miło, że po raz kolejny mogę wystawić polskiej produkcji laurkę. Mimo że mamy dopiero styczeń, możemy już powiedzieć, że odebrać Sztuce kochania miano najlepszego polskiego filmu 2017 roku będzie bardzo, bardzo trudno, chociaż poziom, jaki nasza rodzima kinematografia ostatnio prezentuje, sugeruje, że na pewno nie jest to niemożliwe.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane