Recenzje

SZPIEDZY Z SĄSIEDZTWA. Komedia nikomu niepotrzebna

Szpiedzy z sąsiedztwa to idealny tytuł do tak zwanego seansu w tle, gdy zajęci jesteście karmieniem dzieci, przeglądaniem maili czy przechodzeniem kolejnych leveli w Angry Birds.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Jeśli po spektakularnym sukcesie trylogii Kac Vegas myśleliście, że Zach Galifianakis zostanie nowym królem amerykańskiej komedii, musieliście srogo zawieść się tym, co w ostatnich latach wyczynia poczciwy Zachariasz. Tytuły takie jak Wyborcze jaja (2012) Jaya Roacha czy Duet na żółtych papierach (2013) Matthew Weinera nie należą, oględnie mówiąc, do szczytowych osiągnięć filmowego humoru, zaś aktorskiej mizerii Galifianakisa nie rozgrzesza przyzwoity występ w Birdmanie (2014).

W minionym sezonie kinowym Zach pojawił się w dwóch kolejnych, niespecjalnie innowacyjnych komediach, ale na polskich ekranach oglądaliśmy tylko Asy bez kasy Jareda Hessa. Dlaczego Szpiedzy z sąsiedztwa dotarli do nas dopiero na DVD? Wystarczy obejrzeć film Grega Mottoli, by odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Fabularnie obraz Mottoli nie proponuje niczego nowego.

To nie jest tak, że do polskich kin trafiają tylko dzieła wybitne – wie o tym chyba każdy, komu zdarzyło się wybrać się na seans na chybił-trafił. Nie jest jednak przypadkiem, że jedna z Galifianakowskich (trudne słowo!) komedii przebiła się na nasze ekrany (jak sobie tam poradziła, to już inna kwestia), zaś drugiej się to nie udało. Asy bez kasy mają w obsadzie między innymi Kristen Wiig, która po ubiegłorocznych Ghostbusters i kilku wcześniejszych występach jest kobiecą gwiazdą komedii, czy Jasona Sudeikisa, jednego z lepszych obecnie hollywoodzkich komików. I mimo że zarówno filmy Hessa, jak i Mottoli opierają się na koncepcie czteroosobowej obsady, Szpiedzy z sąsiedztwa mają w tym względzie niewiele do zaoferowania. Bo, poza Galifianakisem, ani Isla Fisher, ani znany z Mad Men Jon Hamm, ani tym bardziej mizerna aktorsko Gal Gadot nie oferują charyzmy, dzięki której ta nieco za długa komedia mogłaby zaskarbić sobie sympatię widzów.

Tym bardziej że także fabularnie obraz Mottoli nie proponuje niczego nowego. Historia żyjącego na sielskim osiedlu statecznego małżeństwa (Galifianakis i Fisher), które zaprzyjaźnia się z parą nowych sąsiadów-szpiegów (Hamm i Gadot), to pomieszanie Niedościgłych Jonesów (2009) Derricka Borte’a (bohaterowie ze Szpiegów z sąsiedztwa noszą nawet nazwisko Jones!) z Pan i pani Kiler (2010) Roberta Luketica, przy czym jakościowo bliżej filmowi Mottoli do tego drugiego tytułu. Jednym słowem – podobne pomysły na sensacyjno-komediową intrygę znamy aż za dobrze, dlatego Szpiegów z sąsiedztwa ogląda się z nieustannie pulsującym gdzieś z tyłu czaszki pytaniem: „czy ja aby na pewno już tego nie widziałem?”. Twórcy starają się dopasować treść filmu do współczesnych realiów, wprowadzając obecny już chyba wszędzie korpohumor czy naigrawając się nieco z „przykrywki” pani szpieg (blog o gotowaniu, pomoc sierotom ze Sri Lanki), ale wszystko to wypada co najwyżej poprawnie, zamiast salw śmiechu wywołując jedynie ledwie zauważalny uśmiech.

Nie ulega wątpliwości, że Zach w formie z czasów pierwszego Kac Vegas i z ówczesną sławą zapewniłby filmowi Mottoli dalece większą publikę, a pewnie i jakość końcowego produktu byłaby nieporównywalnie wyższa. I Galifianakis wciąż ma swoje momenty, a jego gagi zdecydowanie wyróżniają się na tle ogólnego przeciętniactwa jego kolegów z planu. Problem w tym, że to zaledwie namiastka jego możliwości, bo przecież udowadniał już (choćby w serialu Baskets, który jest chyba najlepszym z ostatnich jego projektów), że jego potencjał jest ogromny. Szpiedzy z sąsiedztwa to natomiast kolejna powtórka z rozrywki, niezobowiązujący seans dla mało wymagającego widza, który zapomni o Szpiegach z sąsiedztwa tak szybko, jak nowe projekty wymyśla Ridley Scott. W zalewie podobnie przeciętnych produkcji film Mottoli nie wyróżnia się zupełnie niczym – bo za taki wyróżnik nie mogą uchodzić wdzięki prężącej się na wszelkie możliwe sposoby Gadot.

To nie jest film, po obejrzeniu którego będziecie wściekli na siebie za zmarnowanie czasu. Szpiedzy z sąsiedztwa to idealny tytuł do tak zwanego seansu w tle, gdy zajęci jesteście karmieniem dzieci, przeglądaniem maili czy przechodzeniem kolejnych leveli w Angry Birds. Jego obejrzenie nie wywoła w was negatywnych emocji, ale nie spodziewajcie się także zalewu endorfin – największe szanse są na to, że Szpiedzy… wprowadzą was w stan lekko pozytywnej obojętności.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane