Recenzje

SZKARŁATNY PILOT (PORCO ROSSO, 1992)

Wesoły, pogodny, ciepły, nieco inny od pozostałych dzieł Hayao Miyazakiego.

Autor: Adam Łudzeń
opublikowano

Ależ prosię!

Akcja filmu rozgrywa się nad morzem Śródziemnym, w czasach, gdy samoloty rządziły falami. Opowiada on historię mężnej świni, która walczyła z piratami powietrznymi za swoją dumę, miłość i mękę. Imię bohatera naszej historii to Porco Rosso…

Porco Rosso – pod takim właśnie tytułem anime to było w Polsce emitowane przez Canal+. Równorzędnym, popularnym tytułem jest Crimson Pig (tytuł amerykański), Porco Rosso jest „pochodzenia” francuskiego i jest imieniem – czy raczej przydomkiem – głównego bohatera. Oczywiście pomijam tytuł oryginalny (Kurenai No Buta), który dużej liczbie osób zapewne nic nie mówi.

Tym razem główną postacią opowieści Hayao Miyazakiego (wyreżyserowanej wspólnie z Tonym Bancroftem) jest wyśmienity pilot – świnia – bohater, którego znają i cenią wszyscy. Oczywiście był on kiedyś człowiekiem, jednak przez pewną klątwę został zamieniony w świnię. Profesję ma niebanalną – zajmuje się zwalczaniem powietrznych piratów, a tych w chmurach niemało. Wkrótce przyjdzie mu zmierzyć się z równie dobrze wyszkolonym pilotem amerykańskim – Curtisem – który bardzo pragnie sławy. A cóż nie przyniesie większej sławy niż pokonanie w walce powietrznej słynnego Porco Rosso i jego legendarnego czerwonego samolotu… Wkrótce sam Porco na własnej skórze przekona się o doskonałych zdolnościach Curtisa i będzie musiał odbudować swój samolot, by stanąć do rewanżu. A pomoże mu w tym młoda i wielce utalentowana dziewczyna-inżynier, która najpierw zdobędzie zaufanie głównego bohatera, by później zaufanie to przerodziło się w prawdziwą przyjaźń. A może w coś więcej niż w przyjaźń…?

Nie ma tutaj magicznego świata pełnego różnych bóstw, symboli i wierzeń.

Porco Rosso a.k.a. Crimson Pig to nieco inny film Miyazakiego niż te, z którymi miałem dotychczas przyjemność się zapoznać. Może dlatego, że scenariusz napisali także Cindy Davis Hewitt i Donald H. Hewitt. I bynajmniej nie chodzi tutaj o styl kreski, całe wykonanie, podobieństwo bohaterów i tym podobne – bo aby przedstawić jakość tych elementów, wystarczy tylko nazwisko reżysera w czołówce – i wszystko jasne. Chodzi natomiast o sam przebieg fabularny i cały scenariusz anime.

Nie ma tutaj magicznego świata pełnego różnych bóstw, symboli i wierzeń, jak miało to miejsce w Spirited Away, Mój sąsiad Totoro czy dość poważnej Księżniczce Mononoke. Nie ma czarów i magii (nie licząc jedynie przemiany głównego bohatera w świnię), jak w przypadku Podniebnej poczty Kiki. Świat przedstawiony i jego realia skłaniają się raczej ku światu, który otacza nas – są normalni ludzie, są latające maszyny, świat rządzi się raczej „normalnymi” prawami. Wspomnianym wyjątkiem jest tu tylko główny bohater, świnia, na który to fakt – o dziwo – nikt nie zwraca w filmie większej uwagi… jakby to było całkiem normalnym – przynajmniej w miarę – zjawiskiem w tamtejszym świecie. Tak więc widać, że nawet do takiej produkcji pan Miyazaki potrafił przemycić troszkę magii i fantastyki.

Na dość wyrazistą całość historii składa się kilka elementów, gdzie najważniejsze miejsce zajmuje galeria różnorodnych, barwnych postaci i ich wzajemne relacje oraz pojedynki powietrzne z ciekawymi, wymyślnymi maszynami latającymi. Od razu powiem, abyście drodzy widzowie nie nastawiali się na efektowne strzelaniny samolotów czy powietrzne, widowiskowe wiraże – jest tutaj tego, o dziwo, mało w stosunku do całości. Najważniejsze miejsce zajmują wspomniane różnorodne postacie i ich wzajemne relacje. Przyznam szczerze, że świnia jako główny bohater wśród ludzi to naprawdę bardzo ciekawa postać, może nawet jedna z najciekawszych, jakie pojawiły się w japońskich filmach animowanych. I dość intrygująca – bowiem owa świnia była kiedyś człowiekiem i w sumie w filmie nie jest powiedziane wprost, jak do tej niefortunnej (?) przemiany doszło. Tak więc reżyser pozostawił pewien rąbek tajemnicy.

A co z innymi postaciami? Jest ich sporo. A wśród nich mamy młodą dziewczynę – Fio – bardzo utalentowaną panienkę-inżynier. Jest piękna madame Gina, w której zakochują się wszyscy piloci odwiedzający jej bar, jest zadufany w sobie, wielki rywal Porco – Amerykanin Curtis. No i nie zapomnijmy o bandzie piratów powietrznych (Mammayuto), dość fajtłapowatych i nieporadnych, ale wnoszących do całości wiele świetnego humoru. Nie mniej ważne są relacje między wszystkimi tymi postaciami, od irytacji i wrogości, poprzez przyjaźń, a na zalążku miłości skończywszy.

No właśnie – humor – to on wbrew pozorom gra pierwsze skrzypce w całym filmie. Porco Rosso nie jest poważną, powietrzną „strzelaniną”. To bardzo humorystyczny – od początku do końca – obraz. Ciepły, pogodny, zwyczajnie wesoły – dzięki czemu potrafi rozbawić chyba największego, filmowego „sztywniaka”. Nawet wszelkie powietrzne pojedynki są utrzymane w kontekście jak najbardziej humorystycznym. A jeśli zaś chodzi o powietrzną akcję i latające maszyny – widać tu pewną fascynację reżysera tematem lotnictwa. Oczywiście maszyny te nie są jakimś idealnym odwzorowaniem prawdziwych samolotów – widać trochę fantazji, czasami wymyślnych kształtów i całego „wyposażenia”. W końcu to film animowany, do tego produkcji japońskiej, gdzie fantazja twórców często nie zna granic. Jak wspomniałem w poprzednim akapicie – akcja nie gra tutaj głównej roli, pojedynków jest stosunkowo mało i być może przydałoby się im trochę więcej dynamiki i nawet… widowiskowości. Przynajmniej takie jest moje odczucie.

Na koniec przyznam szczerze, że chyba spodziewałem się filmu trochę lepszego, albo powiem inaczej – innego. Spotkałem się z opiniami, że miejscami Porco Rosso może przypominać klasyczną, Disneyowską Piękną i Bestię, ale według mnie to zdecydowanie chybione porównanie – mimo jednego, dość podobnego wątku, całość to absolutnie inna historia. I chyba wolę filmy Miyazakiego obsadzone w typowym dla tego twórcy klimacie fantasy, gdzie motywem przewodnim są bogowie, czary i magiczna atmosfera.

Tymczasem Szkarłatny pilot to zwyczajnie dobre, solidne i naprawdę przyjemne w odbiorze anime, które dostaje ode mnie solidną „siódemkę”. Wyższej oceny przyznać niestety nie mogę, gdyż film nie zrobił na mnie tak rewelacyjnego wrażenia jak poprzednie obrazy tego reżysera. No i to oczywiście to nie koniec mojej przygody z filmami Hayao Miyazakiego – swoją misję zapoznawczą z filmami „papieża” anime będę się starał konsekwentnie kontynuować, bo naprawdę warto – co już niejednokrotnie pisałem i zapewne pisać będę.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane