Recenzje

Świadek oskarżenia (1957)

Po raz pierwszy, po raz drugi czy po raz trzeci - ogląda się znakomicie. Za każdym razem z trochę innego powodu i z trochę innej perspektywy, ale z niezmienną przyjemnością.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Sir Wilfrid Robarts (Charles Laughton), szanowany prawnik, właśnie wyszedł ze szpitala, gdzie dochodził do siebie po niespodziewanym ataku serca. Cała obsada jego kancelarii, od wiernego lokaja-asystenta po najmłodszą sekretarkę, z ulgą przyjmuje fakt, że wpadka zdrowotna w niczym nie zmieniła jego charakteru: nadal jest sarkastyczny, ironiczny, szorstki i nie przebiera w słowach, wszyscy jednak wiedzą, że pod chropawą powierzchnią kryje się wielkie serce.

Wie to również opiekunka i pielęgniarka, panna Plimsoll (Elsa Lanchester), która krąży wokół niego jak zapobiegliwa kwoka, cierpliwie znosząc niekończące się przytyki i próby chomikowania nielegalnych zapasów cygar i brandy. Niechętny myśli, że robi się z niego przedwcześnie bezradnego kalekę, a spragniony ulubionych używek, sir Wilfrid (niemal) bez namysłu przyjmuje pierwszą sprawę kryminalną, która mu się nawija: obronę Leonarda Vole’a (Tyrone Power w swojej ostatniej kompletnej roli). Leonard jest oskarżony o zamordowanie pewnej bogatej wdowy, która oddała mu serce i przepisała majątek.

Sir Wilfrid wierzy w niewinność swojego klienta, on sam zaś ma pewność co do alibi dostarczonego przez żonę, Christine (Marlene Dietrich). Jakie jest zatem jego zdumienie, gdy Christine zostaje powołana na świadka oskarżenia…

Film Billy’ego Wildera to adaptacja sztuki Agathy Christie, opracowanej przez autorkę na podstawie wcześniejszego opowiadania i wystawionej po raz pierwszy w 1953 roku w Winter Garden Theatre w Londynie, a rok później na Broadwayu. W wersji teatralnej nie ma postaci panny Plimsoll, to autorski twór trójki scenarzystów: samego Wildera, Larry’ego Marcusa i Harry’ego Kurnitza. Ta odrobinę groteskowa postać, przypominająca nieco panią Hubbard z Morderstwa w Orient Expressie, zapowiada specyficzną swadę, z jaką został poprowadzony Świadek oskarżenia – kryminał sądowy z elementami noir, w którym nie brak poczucia humoru i przymrużenia oka charakterystycznych dla Wildera, mistrza kontrastów i żonglowania nastrojami tak, że punkt ciężkości opowieści przesuwa się a to w jedną, a to w drugą stronę.

Świadek… to film, który warto obejrzeć przynajmniej dwukrotnie. Za pierwszym razem największą atrakcją jest zagadka i zwroty akcji, wokół których zbudowano zresztą całą kampanię promocyjną filmu, reklamującego się hasłem „Będziesz chciał o tym rozmawiać, ale proszę, nie zdradzaj zakończenia”. Podobne zalecenie słychać z offu na napisach końcowych. Ostateczne rozwiązanie ukrywano nawet przed aktorami, którzy dostali do ręki okrojoną wersję scenariusza bez ostatnich dziesięciu stron. Atmosfera tajemnicy nie posłużyła Marlenie Dietrich, która, jak wieść niesie, właśnie z tego powodu straciła szansę na nominację do Oscara…

Podczas drugiego seansu, gdy już wiadomo co i jak, z przyjemnością wyłapuje się smaczki, tropy, ukryte dno w dialogach, sztuczki realizacyjne. Można wtedy w pełni docenić wyborną grę aktorską i chemię między aktorami, czerpiąc niczym nie zmąconą radość ze śledzenia pojedynków słownych sir Wilfrida i panny Plimsoll (Laughton i Lanchester, oboje nominowani do Nagrody Akademii, prywatnie byli małżeństwem, co dodaje ich dialogom żywiołowego autentyzmu i lekkiego pieprzyku). Tyron Power bez wysiłku prowadzi swoją rolę, kreując Vole’a na lekkoducha z talentem narracyjnym i nieodpartym urokiem osobistym rozpieszczonego wiecznego chłopca. Rozbieżności między jego opowiadaniem a rekonstrukcją zdarzeń, którą widzimy na ekranie, są przekomiczne. Podobnie jak mecenas Wilfrid, patrzymy na Vole’a z rozbawieniem, pobłażliwością, trochę z góry, jak na psotnego urwisa, który ma swoje za uszami, ale nikomu nie jest w stanie wyrządzić poważnej krzywdy.

Niemniej… jak to często u Wildera bywa, roześmiani, rozluźnieni, powoli dajemy się wciągać w pułapkę – i nagle uświadamiamy sobie, że to, na co patrzymy, wcale nie jest wesołe. Wręcz przeciwnie, jest gorzkie i tragiczne, jak samotność opuszczonej kobiety w średnim wieku, pielęgnującej nadzieję na odrobinę szczęścia. Zaczynamy się zastanawiać, ile w rzeczywistości chłodu i kalkulacji kryło się w postępowaniu Vole’a, opisywanym przez niego z taką niefrasobliwą lekkością.

„Cóż z was za hipokryci” – parsknie Christine w odpowiedzi na sugestię, że nobliwa starsza dama żywiła w stosunku do przystojnego młodzieńca uczucia właściwe ciotce czy babce… Tak się bowiem składa, że właśnie Christine, ta lodowata gracja, w każdym calu opanowana, jak nikt inny potrafi dostrzec i zrozumieć emocje, również te, o których nikt nie ma ochoty mówić na głos. Klucz do jej postaci dostajemy już na samym początku, ale jakoś… łatwo o nim zapomnieć, co czyni całą układankę jeszcze bardziej przemyślaną i kunsztowną.

Wisienką na torcie jest Janet McKenzie, gosposia zamordowanej pani French – Una O’Connor, jedyna aktorka z oryginalnej teatralnej obsady, która odegrała tę samą rolę w filmie, występując przed kamerą po raz ostatni przed przejściem na emeryturę. I czyni to z przytupem, ponieważ kradnie dla siebie cały ekran, a scena jej zeznania w sądzie to jedna z najbłyskotliwszych sekwencji w całym filmie.

Wina i niewinność, odrzucone uczucia, zdrada i kłamstwo, manipulacja i przysięga, a przede wszystkim duch prawa kontra jego litera – wszystko to są tematy wagi ciężkiej, ale podane w tak lekki, smakowity, pełen energii sposób, przewrotnie demaskujący naszą naiwność i wiarę w sądową sprawiedliwość, że mimo zepchnięcia do defensywy żegnamy się z bohaterami schodzącymi ze sceny z uśmiechem. I z nadzieją, że gdzieś tam, za kulisami, historia zakończy się tak, jak zakończyć się powinna.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane