Recenzje

Super 8. Fanowska nostalgia

Magia kina w najlepszym amerykańskim wydaniu.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Mint!

Tekst z archiwum film.org.pl (2011)

Może zacznijmy od tego, czym tak naprawdę jest tytułowe Super 8.

To nic innego, jak nazwa formatu taśmy filmowej Kodaka o szerokości 8 mm. Zawojowała ona rynek amatorski w połowie lat 60. XX wieku i rządziła niepodzielnie aż do spopularyzowania się kaset video. To ważne info, gdyż na takim właśnie sprzęcie zaczynali Steven Spielberg (producent i jeden z powodów powstania filmu w jednym) i Jeffrey Jacob Abrams (reżyser). To ważne, bo także jeden z bohaterów filmu na tej właśnie taśmie kręci swój debiut, który zamierza potem wysłać na konkurs filmów Super 8. I to na niej zarejestrowane zostaje przypadkiem niezwykłe wydarzenie, które zmieni życie wszystkich mieszkańców prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka, tym samym stając się punktem wyjściowym fabuły Super 8. To ważne, bo Super 8 wpłynęło na historię i oblicze współczesnego kina – a w końcu całe Super Osiem pośrednio odnosi się właśnie do jednego z jego najlepszych i najbardziej niezwykłych momentów, przy okazji samo w sobie wyglądając odrobinę archaicznie, jakby właśnie na Super 8 zostało nakręcone.

Po trosze z tego też względu czekałem na ten film z niecierpliwością od momentu, gdy ujrzałem drugi, pełny zwiastun tegoż – bo wcześniej niewiele było tak naprawdę wiadomo na temat tego projektu. Abramsowi bardzo długo udało się bowiem utrzymać projekt w tajemnicy i już za to mu chwała. To go zresztą wyróżnia spośród większości dzisiejszych, „młodych” reżyserów – inteligentna promocja z wyczuciem. Sam zwiastun zresztą zasługuje pod tym względem na pochwałę – wyraźnie daje bowiem do zrozumienia, czego możemy oczekiwać, bez jednoczesnego epatowania najlepszymi scenami, czy cool-kultowymi one-linerami z filmu oraz bez wykładania wszystkich kart na stół, pozostawiając miejsce na domysły, mnóstwo domysłów. Do tego odpowiednia dawka tajemnicy, sympatyczny, stylowy montaż w klimatach Kina Nowej Przygody (w tle Kokon Jamesa Hornera idealnie zgrywa się z kolejnymi kadrami, natomiast w myślach widza wyraźnie dają o sobie znać E.T. i Bliskie spotkania trzeciego stopnia) i najważniejszy element – iskierka magii.

I właśnie dokładnie to spodziewałem się zobaczyć w kinie – porządną, bezpardonową przygodówkę SF z typową dla kina tamtego okresu wrażliwością. Film, na którym nie będę mógł wysiedzieć w spokoju aż do finału, na którym znowu będę miał dwanaście lat i który może nie tyle wgniecie mnie w fotel – bo o to w danym gatunku dziś już niezwykle trudno, szczególnie w momencie, gdy się tych dwunastu lat już dawno nie ma – ile wyzwoli w sercu to autentycznie szczere, niewinne uczucie przeżywania czegoś nowego, świeżego i jednocześnie namacalnie autentycznego. Czegoś, co wciągnie mnie bez reszty i sprawi, że zamiast spać po nocach, będę wpatrywał się w cudem zdobyty plakat, którego zazdroszczą mi koledzy z podwórka i myślami powracał do przeżytej niedawno wielkiej przygody, na którą nie zabrałem Małgosi z Vb, bo w ostatniej chwili spietrałem… Czy udało się zaspokoić te oczekiwania?

super8_2

Nie do końca – ale to nie wina ani filmu, ani Abramsa, lecz mojej własnej fantazji, która nie ma szans w starciu z rzeczywistością i zmieniającymi się czasami. Oto bowiem Małgosia jest już dawno Małgorzatą – samodzielną, wyzwoloną kobietą biznesu (i przy tym głupią, samolubną pipą, która udaje orgazmy). Koledzy z podwórka wciąż mają po dwanaście, tyle że godzin w robocie oraz gęb do wykarmienia i nie w głowie im filmy. Plakatów mogę mieć za darmo i ze dwadzieścia – wystarczy podejść do kasy i ładnie poprosić, czy też ściągnąć z neta i samemu wydrukować – tylko co z tego, jak i tak nie ma gdzie powiesić choćby jednego. A po nocach nie śpię tak czy siak, bo piszę głupie recenzje. W kinie co prawda wysiedzieć spokojnie nie mogłem, ale raczej dlatego, że uwierała mnie komórka i cisnął pęcherz…

Ale to wszystko nie ma znaczenia, bo i tak bawiłem się kapitalnie! Serce znowu zabiło szybciej, rzeczywistość zgasła wraz ze światłami kinowej sali (znaczy tymi górnymi, nie żeby jakaś awaria prądu czy coś…), a ja na te dwie godziny duchowo odmłodniałem i odleciałem kompletnie bez wspomagania się używkami. Nostalgia? Powrót do (tym razem) przeszłości? Też. Nie będę jednak ani wymieniał wszelkich ewentualnych smaczków i nawiązań, ani też ślinił się nad tym, jak geekowski i/lub Spielbergowski jest ten film. Bo nie jest tak do końca.

Jasne, czuć ducha i nadzór wielkiego Stefana, który zmienił kino – w końcu za kamerą stanął zapatrzony weń fanboj, który chciałby je zmieniać. Tak, akcja filmu dzieje się w czasach największego rozkwitu tego rodzaju filmów (a konkretnie, dokładnie na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego stulecia), na których się wzoruje i do których świadomie nawiązuje – choćby i samym miejscem akcji – faktem, że główni bohaterowie to paczka dzieciaków; czy też końcową sceną, przywołującą mimowolnie w/w film o kosmicie ze świecącym palcem. Tylko że to detale, nie mające większego wpływu na odbiór filmu – ten świetnie broni się sam i bez takich nawiązań. Nie ukrywam co prawda, że cała ta otoczka jest dla mnie wisienką na torcie, przez którą nie potrafię spojrzeć na ten film w pełni trzeźwym okiem. Jednak kto nie wyrósł na E.T., kto nie widział Bliskich spotkań… i kto myśli, że Goonies to rodzaj płatków śniadaniowych, i tak odczuje fakt, że film pochodzi jakby z innej epoki. Inny rodzaj narracji, humoru, inny wymiar „funu”, inna dynamika i klimat – to właśnie te elementy tak mocno osadzają Super 8 trzy dekady wcześniej, a nie fakt, że i tu i tam mamy do czynienia z kosmitą, który przypadkiem zawitał na przedmieścia everylandu.

super8_4

Zresztą pod tym względem Abrams nie tylko stanowczo rozmija się ze swoim guru, ale też i znacząco go wyprzedza. Podczas gdy kosmici u Spielberga są atrakcją samą w sobie, będąc pociesznymi, łagodnymi istotami, które wszyscy, łącznie z małą Drew Barrymore kochają, tak tu mamy realne, pojawiające się znikąd zagrożenie, o którym nic nie wiadomo i które mało widać, a gdy już daje się bliżej poznać, to miłość i uwielbienie są ostatnimi rzeczami, jakie przychodzą na myśl. Zamiast nich pojawia się ból, opresja, przerażenie i w końcu próba zrozumienia przybysza – dopiero na tym gruncie Abrams buduje nić porozumienia. Pod tym względem Super 8 bliżej więc do świetnych, niedocenianych Znaków (czy też, jeśli już szukać czegoś bliższego wspomnianym klasykom, do Kokonu). Obcy stanowi bowiem pretekst – tło i katalizator dla relacji międzyludzkich i próbujących wyjść z emocjonalnego kryzysu rodzin. A te w filmie przedstawione są wręcz wzorowo, w czym spora zasługa kapitalnie dobranej obsady, która ani na minutę nie daje się przytłoczyć wspaniałej, dopracowanej do perfekcji wizualnej stronie filmu. Dzieciaki są bardzo naturalne, pełne energii i panuje między nimi świetna chemia. Lepsza z sióstr Fanning jest niesamowicie niesamowita, a Kyle Chandler zdecydowanie zasługuje na odrodzenie się gatunku wielkiej przygody, bo to chodzący samograj. Choćby więc i tylko dla nich warto obejrzeć ten film.

Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest on idealny. Ba! To pod wieloma względami bardzo bezpieczna, zachowawcza produkcja, która tak naprawdę zaskakuje jedynie brakiem sterylności, na który tak mocno cierpi kino współczesne. To film, który nie wszędzie się klei i do którego można przyczepić się o wiele rzeczy. Takich jak początkowa katastrofa, która choć robi wielkie wrażenie, jest niepotrzebnie przesadzona. Czy też końcówka filmu, w której wszystko mknie po łebkach do wielkiego finału, będąc przy tym mocno szatkowane – tak, jakby Abrams wyciął parę scen (a wyciął na pewno, co widać po trailerze), by szybciej skończyć film i zrobić go dynamiczniejszym na potrzeby dzisiejszej dzieciarni.

Można też narzekać na kilka nieprawdopodobnych akcji, głupotę i opieszałość wojskowych, czy też design samego kosmity. Można, ale nie ma to wielkiego sensu, gdyż Super 8 jest kinem na tyle super, iż jego minusy schodzą na dalszy plan i można pozwolić sobie na chwilowe zawieszenie wiary. Takim filmom wybacza się wszystko, jeśli tylko potrafią nas wciągnąć w swój świat i oczarować. Super 8 potrafi – wiem, bo sprawdzałem już dwukrotnie i z ręką na sercu mogę stwierdzić, iż nie jest to tylko jednorazowe zauroczenie. To czysta magia kina w najlepszym, amerykańskim wydaniu.

PS Nie wyłączajcie filmu na napisach końcowych! Warto zewrzeć poślady na te parę minut więcej, by przy okazji dowiedzieć się, kto odpowiadał za ustawienie świateł.

PS PS Dla zainteresowanych – wyłapane smaczki i ciekawostki związane z filmem: TUTAJ

Ostatnio dodane