Recenzje

STARA BAŚŃ. Kiedy słońce było bogiem (2003)

Nie jest kolejną miałką i niepotrzebną ekranizacją klasyki wymuszoną przez wątły filmowy rynek.

Autor: Paweł Marczewski
opublikowano

Jak słoneczko Słowianom świeciło...

Jerzy Hoffman jest jedynym reżyserem, któremu ufam, kiedy opowiada w wywiadach o swojej fascynacji klasycznymi pozycjami polskiej literatury pięknej i wewnętrznej potrzebie kręcenia opartych na nich filmów. Wszystkie trzy części filmowej Trylogii do dziś oglądam z przyjemnością i chylę czoła przed twórcą, który w niezbyt zachęcających do podejmowania podobnych przedsięwzięć warunkach odważył się robić solidne kino historyczne. Pozycja reżysera zdecydowanie umocniła się po sukcesie Ogniem i mieczem, nie na tyle jednak, aby znalezienie pieniędzy na Starą baśń było sprawą łatwą. Na szczęście udało się, choć Hoffman kolejny raz zmuszony został do zastawienia domu. Czy było warto? O tym miałem okazję przekonać się na pokazie prasowym, podczas którego zaprezentowano efekty pracy reżysera i jego ekipy.

Stara baśń nie zaskakuje – od pierwszych scen wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z kinem rozrywkowym, ale stylowym i zrealizowanym z dbałością o szczegół. W dzisiejszym polskim kinie to rzadkość – Hoffman jest bodaj jedynym polskim twórcą, który potrafi przenieść widza w inne czasy, sprawiając, że przebrani w kostiumy z epoki aktorzy nie wyglądają śmiesznie i dobrze się w tych kostiumach czują. Zasadniczym celem, jaki przyświeca reżyserowi, nie jest jednak jak najdokładniejsze odtworzenie świata dawnych Słowian. Na całe szczęście nie mamy do czynienia z reportażem z wizyty w Biskupinie. Przede wszystkim twórcy starają się opowiedzieć zajmującą historię. Duże brawa dla reżysera, który pospołu z Józefem Henem stworzył na motywach powieści Kraszewskiego naprawdę zgrabny scenariusz.

Od pierwszych scen wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z kinem rozrywkowym, ale stylowym i zrealizowanym z dbałością o szczegół.

Stara baśń jest krótsza niż każda z części filmowej Trylogii, trwa niespełna dwie godziny. Dzięki czujnej selekcji wątków nowe dzieło autora Dwóch obliczy Boga pozbawione jest dłużyzn, kusi naprawdę wartką akcją. Jeśli już jesteśmy przy scenopisarskiej robocie, warto też pochwalić dobre dialogi. Józef Hen opowiadał w wywiadzie udzielonym magazynowi Kino o wątpliwościach językowych, jakie towarzyszyły pisaniu – czy bohaterowie mają mówić językiem stylizowanym na staropolski, czy też ma to być język współczesny? Wreszcie zdecydowano się na drugą ewentualność, pozostawiając jedynie śladowe ilości stylizacji. Posługiwanie się takim tekstem z pewnością wymagało nie lada wysiłku od aktorów. Niełatwo jest mówić współczesną polszczyzną, kiedy jest się przebranym w strój słowiańskiego woja i chce się brzmieć wiarygodnie.

Nie wszystkim udało się wybrnąć z tej pułapki obronną ręką. Niezbyt korzystnie wypada Michał Żebrowski, którego Ziemowit niepokojąco przypomina wiedźmina Geralta z katastrofalnego filmu Marka Brodzkiego. Nieporozumieniem jest też zdecydowanie Marina Alesandrowa, obsadzona w roli ukochanej Ziemowita. Rosyjska aktorka jest wprawdzie urodziwa, ale aktorskim talentem specjalnie nie grzeszy. Co gorsza, przemawia po polsku głosem Karoliny Gruszki, której intonacja nie zawsze pasuje do mimiki, jaką z ekranu raczy nas Rosjanka.

Realizacja Starej baśni przez Jerzego Hoffmana nie była chyba dla nikogo specjalnym zaskoczeniem. Warto zauważyć, że reżyser odwraca się w niej częściowo od historycznego kina sensu stricto i tworzy filmową baśń, której akcja wprawdzie toczy się w konkretnym miejscu i czasie, jednakże jest w niej także miejsce na gniew bogów oraz magię. W najlepszych fragmentach Stara baśń przypomina znakomity Excalibur Johna Boormana. Dzikie knieje, skąpane w słońcu jeziora są w niektórych scenach równorzędnymi partnerami dla Ewy Wiśniewskiej (świetna rola Jaruchy, rzucającej uroki wiedźmy) czy Daniela Olbrychskiego (jak zwykle niezawodny – jego Piastun jest pełen gniewu, ale i mądrości cechującej wodza i wychowawcę). Dzięki świetnym plenerom, dodatkowo podkoloryzowanym przez zabieg polegający na przeniesieniu całego obrazu na twardy dysk i ponownie na taśmę filmową, udaje się reżyserowi stworzyć klimat niesamowitości, jaki miały celtyckie knieje z obrazu Boormana.

Już w Ogniem i mieczem widzowie mieli okazję się przekonać, że Hoffman nie stoi w miejscu i unowocześnił formułę wypracowaną w Potopie czy Panu Wołodyjowskim. Historia Skrzetuskiego, choć z punktu widzenia dramaturgii klasyczna, opowiedziana została nowoczesnym językiem filmowym. Sceny napadu na Chmielnickiego nie powstydziłby się z pewnością Shekhar Kapur, autor bardzo udanej Elżbiety, który to obraz w moim przekonaniu odnowił nieco skostniały gatunek. W Starej baśni zawarł reżyser kilka scen, które z pewnością nie ustępują poziomem realizacji sekwencji otwierającej jego poprzedni film. Szczególnie przypadła mi do gustu Noc Kupały – pradawne święto tętni na ekranie erotyzmem i dzikością.

Jakkolwiek Starą baśń ogląda się z niekłamaną przyjemnością, nie obyło się bez kilku zgrzytów. O niezbyt fortunnych występach Żebrowskiego i Aleksandrowej była już mowa. Do słabszych punktów widowiska należy też niestety rola Bohdana Stupki. O ile aktor ten był wprost wymarzonym odtwórcą roli Chmielnickiego, o tyle jako Popiel wypada niestety żałośnie. Owszem, postać ta od początku miała być odpychająca. Zabójca własnych bratanków i truciciel rodowej starszyzny jest w rzeczywistości słabym starcem, całkowicie kontrolowanym przez swą nałożnicę. Jerzy Hoffman zamierzał uczynić z Popiela prefigurację postaci Makbeta – pomysł ten okazał się jednak chybiony z dwóch powodów.

W najlepszych fragmentach Stara baśń przypomina znakomity Excalibur Johna Boormana.

Po pierwsze, Stupka mówi po polsku z ukraińskim akcentem, co przydaje złemu władcy niezamierzonego komicznego rysu. Makbeta zżerała ambicja, był na swój sposób demoniczny. Popiel Stupki to mamroczący safanduła, który sili się na groźne miny i demoniczny śmiech. Po drugie zaś, uczynienie z Popiela Makbeta, a z nałożnicy Popiela Lady Makbet, niespecjalnie pasuje do wymowy pozostałych wątków filmu. Przez większość czasu bowiem reżyser rozgrywa przed naszymi oczami barwne widowisko, niepozbawione akcentów humorystycznych (np. udana scena rzucania przez Milę uroku na Ziemowita). Połączenie humoru z nastrojem niesamowitości przywodzi na myśl świetnego Robin Hooda – księcia złodziei Kevina Reynoldsa. Niestety, żarty w Starej baśni nie mają tej świeżości, co w filmie z Kevinem Costnerem, postacie nie są tak barwne, przede wszystkim zaś Popiel nie ma w sobie nic z kreowanego przez Alana Rickmana Szeryfa z Nottingham. Zamiast łotra, demonicznego, ale i zabawnego jednocześnie, mamy niewydarzonego Makbeta.

Czy Jerzy Hoffman miał zatem rację, zastawiając dom i niezłomnie wierząc w swój projekt? Sądzę, że tak. Stara baśń nie jest kolejną miałką i niepotrzebną ekranizacją klasyki wymuszoną przez wątły filmowy rynek. Jest zręcznie zrealizowanym, pełnokrwistym rozrywkowym widowiskiem, do którego wdało się kilka fałszywych tonów – jak postać Popiela czy kiczowata końcowa piosenka, nieprzyjemnie kontrastująca ze świetną muzyką Krzesimira Dębskiego.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane