Recenzje

Splat!FilmFest3: TRAGEDY GIRLS

„Tragedy Girls” nie wywracają slasherowych schematów do góry nogami, ale potrafią precyzyjnie wbić szpilę mediom społecznościowym i naszej głupocie w zawierzaniu im.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Mord za ćwierknięć kilka

Nie było bardziej popularnej i kasowej odmiany horroru na przełomie lat 70. i 80. nad slasher. Halloween, Piątek trzynastego, Koszmar z ulicy Wiązów i wszystkie kontynuacje oraz klony tych filmów wylewały się z amerykańskich ekranów ku uciesze zwłaszcza młodej publiczności. Do nich wszakże produkcje te były skierowane, o nich opowiadały. Nic w sumie głębokiego – że młodzież jest głupia, nieodpowiedzialna i wiecznie napalona, a za wszystkie te grzechy zapłaci własną krwią. Przyszedł jednak przesyt slasherem, zniknął on na ponad dekadę, po czym triumfalnie wrócił Krzykiem Wesa Cravena, który naśmiewał się z tamtych filmów, jednocześnie spełniając wymogi gatunku. Dzisiejsi twórcy zabierający się za tę konkretną odmianę horroru muszą być świadomi zmęczenia materiału – slasher na poważnie nie istnieje, a nawet próba zgrywy wydaje się już nieświeżym pomysłem.

Pomysłodawcy Tragedy Girls wiedzą o tym doskonale, dlatego swój film rozpoczynają od momentu, w którym większość horrorów o psychopatycznych mordercach polujących na młodzież się kończy. Osobnik w masce i z maczetą w dłoni (pod maską charakterystyczny Kevin Durand) zabija chłopaka na randce, ale dziewczyna nastolatka ma więcej szczęścia i daje nogę. Ma również więcej rozumu i ukryte intencje, bowiem wraz z najlepszą psiapsiółą łapią szaleńca, aby go później wykorzystać do własnych celów. Dziewuszki (znana z Deadpoola Brianna Hildebrand oraz Alexandra Shipp, czyli młoda Storm z X-Men: Apocalypse) prowadzą blog Tragedy Girls, gdzie zamieszczają różnego rodzaju informacje i zdjęcia brutalnych morderstw w okolicy, jednocześnie często przyczyniając się do tych śmierci. Czemu to robią? Dla lajków i ćwierknięć, dla popularności oraz dlatego, że mogą. Wszak wyglądają na potencjalne ofiary, nie zaś morderczynie.

Słychać w filmie Tylera MacIntyre’a echa kultowej czarnej komedii Śmiertelne zauroczenie z 1988, w której Christian Slater i Winona Ryder eliminowali nielubianych kolegów, czuć też podobną refleksję dotyczącą wykorzystywania szkolnych tragedii, jak to miało miejsce w Zabójczym ciele, zaś motywacje głównych bohaterek przypominają motywy morderców z niedocenionego Krzyku 4. Trudno tu zatem mówić o wywrotowości slasherowych schematów, choć chyba po raz pierwszy to para dziewczyn sieje spustoszenie. Doszliśmy zatem do momentu, w którym panie nie potrzebują panów, aby być złe – nieprzypadkowo były chłopak jednej z nich kończy jako pierwszy (przezabawny epizod Josha Hutchersona) i bynajmniej nie z tak trywialnego powodu, jak zazdrość. Toby jest zwyczajnie konkurencyjny dla nich na Twitterze. Potencjalny partner dla drugiej również wkrótce trafi na czarną listę dziewczyn. Miłość (o ile w ogóle można o niej mówić) jest tu zatem drugorzędna wobec przyjaźni.

Główne bohaterki tworzą swoją własną rzeczywistość, nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich wokół, która z prawdą ma niewiele wspólnego.

Najciekawszy w filmie jest właśnie ten aspekt medialny, wpływ wszystkich facebooków, twitterów i instagramów na życie współczesnego nastolatka. Nie chodzi o samą popularność ani nawet wymianę ludzkiego życia na kilkuset obserwujących profil, ale o szybkość, z jaką dochodzi do wszelkich zmian. Media społecznościowe to media błyskawiczne – wystarczy jedno kliknięcie, aby stać się nawet nie gwiazdą, a autorytetem, pozbawiając tym samym głosu tych, którzy na niego zasługują (miejscowy szeryf nie ma łatwo z pannicami). Zbrodnie same w sobie nie robią wrażenia w porównaniu do zakwestionowania obiektywizmu, jakie dzieje się na naszych oczach. Główne bohaterki tworzą swoją własną rzeczywistość, nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich wokół, która z prawdą ma niewiele wspólnego.

Szkoda, że ta diagnoza zostaje w finale zakwestionowana przez samych twórców. Zamiast winą za stworzenie potworów w postaci Sadie i McKayli obarczyć media społecznościowe oraz naszą własną głupotę w zawierzanie im, scenariusz ucieka do nudnego szablonu, zgodnie z którym dziewczyny od początku były złe. Jest tak, jakby twórcy bali się zrzucić odpowiedzialność w jednym kierunku, co wcale nie byłoby specjalnie kontrowersyjne. Należy się jednak cieszyć, że Tragedy Girls do samego końca idą w stronę cynicznego, acz zabawnego slasherowego ataku na małą społeczność, nie biorąc żadnych jeńców, ale i nie rezygnując z pokazania bólu tych, którzy kogoś stracili. Dziewczyny tego nie widzą i w ogóle ich to nie porusza, ale dobrze, że przynajmniej reżyser dostrzega faktyczne konsekwencje ich czynów, a nie tylko liczbę twittów na ich kanale.

Ostatnio dodane