Recenzje

Splat!FilmFest3: OGARY MIŁOŚCI

Reżyser potrafi budować napięcie i wie, o czym chce opowiedzieć swoim filmem, lecz swoje ogary zdecydowanie za szybko spuszcza ze smyczy.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Australijscy urodzeni mordercy

Film Ogary miłości otworzył tegoroczną edycję Splat!FilmFest, międzynarodowego festiwalu kina grozy (15-24 września, w Lublinie).

Pierwsza scena Ogarów miłości ukazuje nam ćwiczące na szkolnym placu nastoletnie uczennice. Oglądamy, jak w zwolnionym tempie rzucają sobie piłki, prezentując gibkość swoich młodych, ubranych w krótkie spodenki i koszulki ciał. Erotyzm tej sceny jest jednak złowróżbny, nie tylko przez budzącą podskórną grozę muzykę. W jednym ujęciu dziewczyna próbuje złapać piłkę, a cień jej rąk zaczyna przesuwać się wzdłuż jej ciała, docierając do dolnych rejonów. Chwilę później widzimy, że uczennice obserwowane są przez parę siedzącą w zaparkowanym nieopodal samochodzie. Gdy zajęcia się kończą, mężczyzna i kobieta proponują podwózkę dziewczynie, która szła piechotą do domu. Niestety, ta jest ufna i korzysta z tej propozycji, co wkrótce prowadzi do jej śmierci. Jej dobroczyńcy okazują się być bowiem parą gwałcicieli i morderców.

Oparta na faktach historia zaprezentowana w filmie Bena Younga rozegrała się w australijskim Perth, w 1987 roku. Z jednej strony jest to realistyczny, brutalny i niełatwy w odbiorze thriller o zwyrodniałym małżeństwie porywającym młode dziewczyny, przetrzymującym je u siebie w domu dla seksualnej przyjemności, a po pewnym czasie mordującym je. Jednocześnie reżyser z precyzją kreśli portret tej pary, wpierw dając nam do zrozumienia, że za aktami przemocy kryje się szaleńcza miłość tej dwójki, lecz z każdą kolejną sceną poddając w wątpliwość to uczucie. Złożoność tej relacji jest tu ciekawsza od gatunkowego szablonu, zgodnie z którym porwana Vicky próbuje skłócić Johna i Evelyn, dopatrując się w tym szansy na ucieczkę. Zwłaszcza kobieta jawi się jako możliwa do zmanipulowania osoba. Postać Evelyn jest zresztą najbardziej wielowymiarowa w całym filmie, będąc zarówno katem, jak i ofiarą, powoli dostrzegającą swoją rolę w całym tym koszmarze. Grająca ją Emma Booth jest fenomenalna w tej roli, i choćby dla jej występu warto Ogary miłości obejrzeć.

U Younga dużo słyszymy o miłości. Jest ona już w samym tytule filmu, później pojawia się w słowach piosenki Nights in White Satin wykonywanej przez Moody Blues, a służącej tutaj za wyjątkowo przewrotny leitmotiv, w końcu w samej fabule uczucie to ma popychać Johna i Evelyn do okrutnych czynów. Ale to wszystko fałsz, marzenie, które nie znajduje pokrycia w rzeczywistości. Vicky, choć porwana, maltretowana i praktycznie ciągle przykuta do łóżka, dostrzega pozorność ich związku, w rzeczywistości opartego na niekończącej się manipulacji kobietą przez mężczyznę.

Dowiadujemy się, że poznali się, gdy Evelyn miała 13 lat, John był od niej starszy. Słyszymy, że w międzyczasie doczekała się dziecka z innym, lecz to właśnie on otrzymał prawa rodzicielskie, o które ona wciąż walczy. Na otarcie łez i w oczekiwaniu na pozytywne rozpatrzenie sprawy John kupił jej psa, substytut córki. Za każdym razem zaś, gdy to on jest sam na sam z ofiarą, w Evelyn uruchamia się złość, zazdrość, ale i wyraźna rozpacz. Reżyser i scenarzysta nie pozwala jednak uczynić z niej łatwej do zaszufladkowania figury, dziewczyny, która została za młodu omotana przez faceta i teraz robi wszystko, o co ten ją prosi. Jest tak samo odpowiedzialna za porwania, gwałty i morderstwa, co jej partner. W kluczowej zaś scenie, gdy Vicky (dobra Ashleigh Cummings) stara się przekonać ją o kłamstwach Johna, to właśnie Evelyn chce jak najszybciej zabić nastolatkę, bo wie, że ta robi coś niedobrego z jej myślami. Kobieta, być może po raz pierwszy, uświadamia sobie, że jest słaba, że można nią sterować, i że łatwiej jest – paradoksalnie – pozbyć się tej, która mówi jej prawdę, niż przyjąć tę prawdę do wiadomości.

Przez większą część filmu Young umiejętnie godzi bezkompromisowość historii, horror sytuacji z próbami stylistycznego upiększenia.

Ale jednocześnie to kobiety są u Younga tymi silniejszymi. Muszą nimi być, bo mężczyźni jawią się jako karykatury i tchórze. John (Stephen Curry, nieco przypominający wychudzonego Bryana Browna) zaprezentowany jest jako władczy, ale ostatecznie żałosny typ, który wysługuje się żoną, a poniewierany jest przez miejscowe szumowiny. Który boi się, że Evelyn nakryje go na igraszkach z ofiarą pod jej nieobecność. Ojciec Vicky, tylko pozornie opiekuńczy, woli zwalić winę za jej zniknięcie na matkę dziewczyny, niż samemu przyznać się do bezsilności i błędów wychowawczych. Nawet policjanci przedstawieni są tu jako cyniczni służbiści, każący odczekać rodzicom porwanej kilka dni, a dowiadując się nowej informacji, są niechętni podjęcia jakichkolwiek działań. Kryje się zatem w Ogarach miłości przekonanie, że jeśli jakiekolwiek uczucie jest możliwe i prawdziwe, to tylko między kobietami, a konkretnie matką i córką.

Nietrudno zgadnąć, dokąd prowadzi nas fabuła, choć przewidywalność jest tu najmniejszym problemem. Przez większą część filmu Young umiejętnie godzi bezkompromisowość historii, horror sytuacji z próbami stylistycznego upiększenia, korzystając zwłaszcza z efektu zwolnionych ujęć oraz wybierając kadry nierzadko w oparciu o ich estetyczną jakość. Szkoda, że z tą względną wstrzemięźliwością żegna się w finale, który w sposób tandetny i wymuszony zamienia psychologiczny dreszczowiec w melodramatyczny kicz, odrzucając niuans na rzecz rażącej dosłownością puenty. Reżyser potrafi budować napięcie i wie, o czym chce opowiedzieć, lecz swoje ogary zdecydowanie za szybko spuszcza ze smyczy.

Ostatnio dodane