Recenzje

SPALENI SŁOŃCEM. Do samego końca

Wolność to raj.

Autor: Michał Bleja
opublikowano

Mimo że piszę o kinie rosyjskim już od jakiegoś czasu, Nikita Michałkow pojawia się w tym cyklu po raz pierwszy. To zaskakujące nawet dla mnie samego, bo oprócz Andrieja Tarkowskiego i Aleksieja Bałabanowa jest zdecydowanie najgłośniejszym reżyserem z tego kraju. Muszę przyznać, że to z mojej strony spore zaniedbanie i że czas najwyższy zacząć wypełniać tę lukę.

Spaleni słońcem to bez wątpienia film, który spośród całego dorobku Michałkowa nadaje się do tego najlepiej. To bezdyskusyjne opus magnum tego reżysera, dzieło, przez pryzmat którego jest postrzegany na całym świecie, również w Polsce. Obraz ten otrzymał Oscara w roku 1995 za najlepszy film nieanglojęzyczny i jest jednym z tych filmów, które tworzą nowożytną mitologię Rosji. O tym, jak ważne jest to dzieło dla samych Rosjan, niech świadczy fakt, że doczekało się aż dwóch kontynuacji. Nawet Brat i Przenicowany świat, będące gigantycznymi zjawiskami popkulturowymi, miały tylko po jednej.

Tym, co czyni film Michałkowa wyjątkowym, są smaczki i odniesienia. Dzięki nim możemy oglądać go wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego. Sposób, w jaki został nakręcony, wyraźnie pokazuje fascynację twórcy Tarkowskim, u którego takie mrugnięcia w stronę widza stanowiły wręcz o wartości filmu. Przepyszny jest już sam tytuł. W warstwie wierzchniej oznacza po prostu, że akcja filmu ma miejsce latem i że podczas wszystkich wydarzeń, które mają miejsce, świeci słońce. Przypomnijmy sobie jednak, kogo w okresie, w którym umiejscowiono akcję, nazywano „Słońcem narodu”.

Michałkowowi udała się sztuka poruszenia trudnej tematyki w sposób pełen poczucia humoru. Nie znając kontekstu, możemy wręcz odnieść wrażenie, że oglądamy przyjemną, sentymentalną komedię. Film ma jednak wiele warstw. Każda z pojawiających się w nim osób okazuje się postacią w jakiś sposób tragiczną. Na ich wzajemne zachowania rzutuje przeszłość i realny komunizm, który trzyma w ręku wszystkich, a najmocniej Mitję (świetna rola Olega Mienszykowa) – narzędzie w rękach systemu. Mitja to chyba najbardziej udana postać Spalonych słońcem – okrutny, cyniczny, ale jednocześnie niezwykle silny czarny charakter. Inteligentny, patologicznie racjonalny, ale ze skłonnościami samobójczymi. Zupełnie jak Związek Radziecki epoki Stalina.

Jeśli już jesteśmy przy postaciach i aktorach, trzeba napisać o występie samego Michałkowa. Owszem, często zdarza się, że reżyser pojawia się w swoim dziele w roli epizodycznej, ale niezwykle rzadko decyduje się wystąpić w roli głównej. Fakt, że Nikita się na to zdecydował, z jednej strony świadczy o tym, że jego ego nie należy do małych, a z drugiej – że kręcąc Spalonych słońcem, miał ogromne zaufanie do siebie i swoich umiejętności.

Jak mu wyszło? Cóż – Kotowa w jego wykonaniu nie da się nie lubić, choć w odróżnieniu od Mitji czy Marusi (Ingeborga Dapkūnaitė) wydaje się być postacią kompletnie nierealistyczną. Wrażenie to zacierają nieco ostatnie sceny filmu, gdy okazuje się, że wcale nie jest takim spiżowym pomnikiem, jakim chciałby być w oczach rodziny.

Spaleni słońcem to ważne dzieło, nie tylko jeśli chodzi o dorobek Michałkowa i rosyjską kinematografię, ale również światowe dziedzictwo. To wyraz tęsknoty za wolnością i pretensji do historii, która zmusiła Michałkowa i jemu podobnych do wyrzeczenia się jej na rzecz silnego państwa. Komunizm był dla Rosjan doświadczeniem traumatycznym, choć ci, którzy go nie pamiętają, powtarzają jak katarynki, że jego rozpad był katastrofą. W 1994 roku ludzie pokroju Nikity Michałkowa wreszcie mogli otworzyć szeroko usta i wykrzyczeć to, co tak długo musieli w sobie kisić. Mogli też wreszcie założyć koszulkę bez rękawów odsłaniającą wytatuowany napis „сэр”, dokładnie taki, jaki widzimy na ramieniu Michałkowa już w pierwszych scenach filmu. „Сэр” to akronim od „свобода это рай”, czyli „wolność to raj”. Za filmem z 1994 i za tym popularnym wśród rosyjskich więźniów tatuażem kryją się te same uczucia.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane