Recenzje

SPACER PO LINIE (2005). O miłości Johnny’ego i June

Znakomicie zagrana i napisana opowieść o pięknej miłosnej relacji, do której wiodła trudna droga

Autor: Łukasz Budnik
opublikowano

We got married in a fever

Johnny Cash napisał kiedyś list zaadresowany do June Carter. Pisał jej tam piękne słowa o tym, jakim jest szczęściarzem, mogąc dzielić swoje życie z najwspanialszą kobietą. Podkreślał, że June fascynuje go i inspiruje, że jest obiektem jego pożądania i, przede wszystkim, powodem istnienia na świecie. List ten napisany został w roku 1998, na sześćdziesiąte piąte urodziny artystki. Byli wtedy małżeństwem od prawie trzydziestu lat.

Ciepło się robi na sercu z myślą, że po takim czasie Cash i Carter wciąż kochali się i przyjaźnili tak samo, jak na początku swojej wspólnej przygody. Archiwalne zapisy ich występów to zresztą radość dla oczu: nawet na krótkich filmach doskonale widać całe to uczucie, którym się darzyli. Johnny samym wzrokiem wyraża dokładnie to, co napisze jej w liście wiele lat później. Ona swoim uśmiechem daje energię nie tylko partnerowi, lecz także wszystkim zgromadzonym na sali. Trudno zresztą, aby ta radość się nie udzielała.

Temat ich znajomości w 2005 roku wziął na tapet James Mangold. Przyszły twórca Logana skupił się na znajomości Johnny’ego i June, ale wplótł w całość również rozwój kariery piosenkarza – jego wzloty, upadki i relacje z bliskimi. W taki czy inny sposób, June miała swój udział we wszystkich tych aspektach, zatem uczynienie osią fabuły właśnie ich relacji jest całkowicie uzasadnione.

Mangold nie dostosowuje faktów po to, aby przedstawić słodką, romantyczną historię.

Spacer po linie ma zresztą znakomite tempo narracji. Mangold bardzo naturalnie ślizga się po kolejnych scenach z życia Casha. Poczynając od dzieciństwa i tragedii, która go wtedy spotkała, przez epizod w wojsku, dociera wreszcie  do początków kariery muzyka (co za tym idzie – do poznania June) i tego, jak wpływa ona na kontakt z jego pierwszą żoną i maleńkim dzieckiem. Jak to bywa w filmach biograficznych, aby odpowiednio zaakcentować istotę całości – w tym przypadku narastające pożądanie między Johnnym i June – zmodyfikowano nieco rzeczywiste wydarzenia, jednak w ramach filmu działa to dobrze i logicznie. Szczególnie że Mangold nie dostosowuje faktów po to, aby przedstawić słodką, romantyczną historię. Rosnąca miłość dwojga bohaterów nie zawsze niesie za sobą pozytywne konsekwencje.

Vivian, wspomniana pierwsza żona Johnny’ego, jawi się w tej opowieści jako postronna ofiara poczynań męża. Początki jego muzycznej ścieżki nie napawają jej radością czy dumą. Przeciwnie, to, co dla Casha jest sukcesem, ona rozpatruje raczej jako bezustanne zmartwienie. Podczas gdy on koncertuje z muzykami dziś traktowanymi jak legendy – Elvisem Presleyem czy Royem Orbisonem – Vivian ma na głowie dom i wychowanie dziecka, z czym najczęściej zostaje sama. Wolała, gdy mieli mniej pieniędzy, ale tworzyli drużynę. Nie potrafi ukryć przed Johnnym żalu, ten z kolei czuje brak wsparcia i dochodzi do przykrych kłótni. Inne podłoże ma drugi konflikt Johnny’ego, tym razem z ojcem. W jego oczach zawsze był na drugim miejscu, w cieniu brata, którego tragiczna śmierć tylko pogłębiła pogardę odczuwaną ze strony taty. Nie ma znaczenia, czy Cash spędza młodość na farmie, służy w lotnictwie czy jest muzyczną gwiazdą. Nigdy nie jest w stanie sprawić, że ojciec poczuje choć krztynę dumy.

I nagle pojawia się June. Ta, która rozumie i docenia go od samego początku. Johnny zawsze może z nią porozmawiać i spędzić miło czas, zwłaszcza że często widują się w trasie. Dzielą tę samą pasję. Oboje borykają się z problemami w swoich związkach. Wydają się dla siebie stworzeni, a jednak okoliczności nie pozwalają im być razem.

Rozwijając na ekranie relację Casha i Carter, Mangold nie czyni tego na zasadzie „po nitce do kłębka”. Oprócz wspomnianych już przeszkód na drodze do zejścia się pojawia się bowiem dodatkowo istotna kwestia uzależnienia Johnny’ego. Naturalnie ma ono negatywny wpływ zarówno na jego związek z żoną, jak i znajomość z June. Pogłębia to tylko kiepski stan mężczyzny. Cash nie jest tu wybielany: potrafi zachować się paskudnie, a reżyser nie usprawiedliwia go trudnym dzieciństwem. Co najwyżej wskazuje, że to jeden z czynników ucieczki muzyka w narkotyki. Epizod z uzależnieniem i powolnym upadkiem to raczej okazja, aby w naturalny sposób przedstawić zbawienny wpływ June na Johnny’ego. Była dla niego podporą, gdy wspólnie śpiewali piosenki takie jak Jackson czy It Ain’t Me, Babe. Pomagała mu jak mogła w walce z nałogiem, choć wymagało to ogromnej dozy cierpliwości i wyrozumiałości. Stała się przyjaciółką, której nie miał nigdy wcześniej. Im głębsza była ich przyjaźń, tym bardziej rosła jego miłość do niej. Z wzajemnością.

Ekranowy związek ma solidną podporę i jest bardzo wiarygodny.

Doskonałym uzupełnieniem świetnej reżyserii i scenariusza jest para odtwórców głównych ról. Joaquin Phoenix swoją grą sprawia, że przeżywamy szereg emocji, tak potrzebnych w tej opowieści. Kibicujemy Johnny’emu w jego początkach na muzycznej drodze. Tupiemy nogą podczas występów. Czujemy smutek, oglądając go na dnie. Cieszymy się, gdy rozkwita jego znajomość z June. Słowem: to fantastyczna rola, pełna niuansów i magnetyzmu. Reese Witherspoon jest z kolei uroczo zadziorna jako June. Między nią a Phoenixem znakomicie iskrzy, wobec czego ich ekranowy związek ma solidną podporę i jest bardzo wiarygodny. Niełatwa rola, ale Witherspoon podołała – na tyle zresztą dobrze, że nagrodzono ją Oscarem (szkoda, że Phoenixa nie, ale z drugiej strony przegrać na rzecz Philipa Seymoura Hoffmana w Capote to żadna ujma).

Phoenix i Witherspoon oboje znacząco przyczynili się również do tego, że wspomniane muzyczne występy są rewelacyjne. Nie tylko ze względu na inscenizację, ale i fakt, że aktorzy rzeczywiście nagrali covery piosenek Casha i Carter. Oryginalne utwory to kawał fantastycznej muzyki, zaś odświeżone wersje absolutnie nic im nie ujmują. Są wręcz są równie dobre – a może i lepsze? To pozostawiam własnej ocenie.

Po kolejnej powtórce filmu utrzymuję – Mangold wspaniale nakreślił tę miłosną historię. Droga do szczęścia Johnny’ego i June nie była usłana różami. Wymagała wyrzeczeń, cierpliwości i – jakkolwiek brutalnie to zabrzmi – ofiar. Ostatecznie jednak para ta wspólnie przeszła trudną drogę i  osiągnęła najważniejsze: połączyła dwie bratnie dusze w jedną całość. Dotarła się nawzajem, pozwalając wygrać miłości i przyjaźni. Przekuła trudy w czystą radość z powodu bliskości tej drugiej osoby. June Carter zmarła w maju 2003 roku. Johnny niespełna pół roku później – dziś mija czternasta rocznica tego wydarzenia. Przypuszczam, że tęsknota za ukochaną była zbyt duża. Spacer po linie jest najłatwiejszy, gdy asekuruje cię odpowiednia osoba. Bez niej łatwo stracić równowagę. Johnny nie chciał iść sam.

Because you’re mine, I walk the line…

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane