Recenzje

ŚMIERTELNIE PROSTE. Genialny debiut braci Coen

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Diabolicznie kunsztowny dreszczowiec

Każdy kolejny seans Śmiertelnie proste, pierwszego filmu braci Ethana i Joela Coenów, utwierdza mnie w przekonaniu, że jest to nie tylko jedno z najdoskonalszych dokonań w ich dorobku, ale również jeden z najlepszych debiutów, jakie dane mi było obejrzeć. Rzadko zdarza się, aby początkujący twórca (w tym przypadku twórcy) stworzył film tak kompletny. Nie była to zapowiedź wielkiego talentu, lecz już w pełni ukształtowana i przemyślana wizja kina, jakie tworzą od tamtego czasu, w sposób zaskakujący łącząca przemoc, czarny humor, warsztatowy geniusz, prezentując jednocześnie przypadek jako nieodłączny element filozofii życia. A może nawet bardziej niż życia, śmierci. Dziś wydaje się to czymś oczywistym, jeśli spojrzeć na ich debiut z perspektywy całej filmografii. Ale gdy film wchodził na ekrany kin w 1984 roku, musiał robić wrażenie czegoś świeżego, pulsującego i diabolicznie kunsztownego.

Nieprzypadkowo ten thriller pojawił się w kinach ponownie, po szesnastu latach, prezentowany jako wersja reżyserska (gruba przesada, bo Coenowie tylko go nieco skrócili i zadbali o lepsze udźwiękowienie) – równie dobrze mógłby mieć premierę i dziś, bez względu na to, czy jako reedycja, czy coś kompletnie nowego. W zeszłym roku natomiast ukazała się odnowiona wersja na Blu-ray, w kolekcji Criteriona, co dało kolejny pretekst, aby o Śmiertelnie proste sobie przypomnieć. Niniejszy tekst nie będzie recenzją, a raczej próbą złożenia hołdu filmowi, który zasługuje na to w równym stopniu, co te słynniejsze dokonania utalentowanych braci.

Fabuła nie wykracza poza znajomy schemat czarnego kryminału – zdradzany mąż, właściciel baru w Teksasie, wynajmuje prywatnego detektywa, aby ten zabił niewierną żonę oraz jej kochanka. W samym tym zdaniu zawiera się zdawkowy, a jednocześnie całkiem akuratny opis pierwszej części filmu, zanim gdzieś na półmetku wrzuci on czwarty bieg i stanie się drwiącym sobie z bohaterów krwawym dreszczowcem. Do tego momentu postaci nakreślone są grubą kreską, choć nie można tego poczytać za wadę – konwencja dopuszcza, a wręcz wymaga pewnej umowności, aby widz od początku wiedział, co ogląda.

Mąż (nerwowy, wiecznie spięty Dan Hedaya) to menda i typ wyjątkowo niesympatyczny, co usprawiedliwia występek żony (debiutująca, już wtedy świetnie odnajdująca się u Coenów Frances McDormand), która wydaje się być osobą całkowicie niewinną. Kochanek (nadający całości tragiczny rys John Getz) jest szczery wobec kobiety, ale też twardy, milczący, a przede wszystkim nieustępliwy wobec jej męża, który jest jednocześnie jego pracodawcą. Detektyw natomiast od początku bawi się sytuacją swojego zleceniodawcy, drwiąc ze zdrady małżonki i bez oporów przyjmując zlecenie podwójnego morderstwa. Gra go M. Emmet Walsh, z wiecznie przyklejonym uśmiechem cwanego prostaka. Film rozpoczyna się od jego narracji, kiedy to tłumaczy, że w Teksasie każdy jest zdany na samego siebie; nietrudno zgadnąć, jak szybko dojdzie do wniosku, że łatwiej zabić jedną osobę zamiast dwóch, zarabiając przy tym te same pieniądze.

Ale dochodzi do przedziwnej wolty, która czyni z bohaterów już nie figury z kina noir, lecz bezwolnych uczestników dramatu, w żaden sposób niepotrafiących wyrwać się z toczącej się jak kula śniegowa intrygi. Precyzja, z jaką twórcy zastawiają na wszystkich pułapkę, jest godna podziwu, a jednocześnie niezwykle prosta – żadna z postaci nie jest dopuszczona do całej prawdy, przez co nierzadko zastępujące ją domysły decydują o rozwoju akcji. Każdorazowa próba poskładania wszystkiego w jeden spójny obraz musi się skończyć niepowodzeniem.

Mętlik, jaki w pewnym momencie zaczyna dominować, staje się główną atrakcją filmu.

Film przez bardzo długi czas usypia naszą czujność, każąc nam nieco z dystansu przyglądać się powoli rozwijającej się opowieści. Fabularnie trudno o bardziej jaskrawy przykład sytuacji typowej dla czarnego kryminału, ale za dużo w Śmiertelnie proste momentów pozornie pustych, które w żaden sposób nie popychają akcji, służąc bardziej jako budulec w nadaniu całości specyficznego tempa i atmosfery. Bohaterowie wielokrotnie wpatrują się w dal, niczym zastygłe rzeźby, szukając chyba sensu i wytłumaczenia dla samych siebie. Piszę chyba, bo trudno tak naprawdę sprecyzować, co siedzi w ich głowach. Oczywiście padają w końcu odpowiedzi na to, dlaczego mąż przygląda się niedalekiej baru palarni albo czemu wiatrak w jego biurze jest takim ważnym elementem dekoracji. Ale z czasem okazuje się, że i my, widzowie, nie wiemy wszystkiego. O ile intryga wydaje się być pozbawiona dziur logicznych, a wszystkie działania postaci są konsekwentnym i wiarygodnym następstwem poprzedzających je wydarzeń, o tyle mętlik, jaki w pewnym momencie zaczyna dominować, staje się główną atrakcją filmu. Nie mamy dostępu do myśli bohaterów, ale rozumiemy, w jaki sposób pracuje ich wyobraźnia. Bo od pewnego momentu tylko to im pozostaje – nie fakty, lecz wyobrażenia faktów. Łatwo zamienić wtedy thriller w komedię pomyłek, ale Coenowie ani przez moment nie zapominają, jaki gatunek jest nadrzędny, podporządkowując mu wszystkie inne.

W swojej recenzji („Film”, 10/2000) Andrzej Kołodyński pisał, że „nie należy zastanawiać się nad logiką wydarzeń”. Ależ właśnie należy! Debiut twórców Fargo jest najlepszy, gdy obserwujemy krok po kroku rozwój intrygi oraz szczegóły decydujące o błędnej interpretacji wydarzeń przez bohaterów. Jest to jeden z niewielu przypadków kryminału, w którym widz niejako wyprzedza oglądane postaci, wiedząc od nich dużo więcej. Zamiast jednak być poirytowanym, zostaje nagrodzony. Absurd? Tak, ale na nim przecież Coenowie zbudowali całą swoją karierę. Potwierdzeniem tego niech będzie ostatnia scena Śmiertelnie proste – utożsamiamy się w niej z głównym czarnym charakterem, bo jako jedyny wie więcej niż pozostali. Obiektem finalnego żartu zaś staje się osoba pozornie wygrana, ale czy rzeczywiście jest taką, skoro pozostaje w kompletnej niewiedzy mechanizmów całej intrygi. Chyba tak, bo jednocześnie ucieka przed absurdem, jak się okazuje, zabójczym dla pozostałych uczestników.

Widz z przyjemnością wpada w sidła Coenów, swobody, z jaką poruszają się na styku powagi, bardzo efektownej pulpy i typowej dla kina grozy poetyki (nieprzypadkowo w filmografii Joela można znaleźć Martwe zło, które pomagał zmontować). To ostatnie najbardziej uwidacznia się w sekwencji pozbywania się zwłok, która w filmie ma charakter męczącej, pozbawionej słów i nadziei podróży do piekła. Apokaliptyczne motywy usłyszeć można w dobywających się z samochodowego radia słowach kaznodziei, co w tym przypadku bardziej podkreśla grozę sytuacji, niż stanowi prześmiewczy jej komentarz. Obaj uczestnicy wyprawy myślą, że ich partner nie żyje, lecz leżąca u podstaw tego pomysłu ironia wydaje się być głęboko ukryta. Liczy się tylko horror rodzący się z błędnie rozumianej konieczności. Cała ta sekwencja jest tak intensywna i zapadająca w pamięć, że gdy później w filmie martwy bohater wraca do życia, nawet nie zauważamy, że mamy do czynienia z – wydawać by się mogło – oczywistą sceną snu. Ta natomiast, choć jest przecież fantastycznym widzeniem, znajduje swoje zaskakujące odbicie w finale, bardzo realistycznym i pozbawionym elementów onirycznych, co ponownie stawia konwencję na głowie.

I jak tu im ufać? Niczego nie możemy być pewni, podobnie jak bohaterowie, miotający się od jednej myśli do następnej, niepewni drugiego człowieka, samotni w swych wątpliwościach i przypuszczeniach. Coenowie posiadają niesamowitą umiejętność ukazania nieudanych relacji, zaburzonego kontaktu, doprowadzonych do absurdu prób porozumienia się, których wynikiem jest prawie zawsze czyjaś śmierć. Być może tak dobrze się odnajdują w temacie, bo sami nie mają z tym najmniejszego problemu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane