Recenzje

SING STREET. Piosenka jest dobra na wszystko

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Młodzi, przebojowi, odważni, pomysłowi

Nie jestem jednym z tych krytykantów, którzy mają problem z każdym tytułem, którego polska wersja za bardzo różni się od oryginalnej. Ale Sing Street jako Młodzi przebojowi nigdy nie zaakceptuję. Film nadal nie pojawił się u nas na DVD i mam nadzieję, że kiedy się to stanie, dystrybutorzy jednak zrezygnują z tego absurdalnego pomysłu. To po prostu zbyt dobry film, aby obrzydzić go takim polskim tytułem.

Johna Carneya uwielbiam, od kiedy po raz pierwszy obejrzałem Once – ta kameralna historia rozgrywająca się w Dublinie w środowisku ulicznych muzyków wciągnęła mnie bez reszty, a piosenka Falling Slowly urzekła tak, że nadal często jej słucham. Pierwsze wzmianki o Zacznijmy od nowa, kolejnym projekcie Carneya, tym razem już z hollywoodzką obsadą zamiast naturszczyków, wcale nie napawały mnie optymizmem – wydawało mi się, że irlandzki reżyser po prostu się sprzedał. Nic z tych rzeczy. Film wskoczył na listę moich ulubionych produkcji. W kategorii feel-good movie – top 3, bez dwóch zdań.

W zeszłym roku premierę miało trzecie dzieło Carneya. Po raz kolejny muzyka odgrywa u niego olbrzymie znaczenie, znowu jest o miłości, o tym, że warto dążyć do spełniania marzeń, ryzykować, brać się z życiem za bary. Nie ma tu jednak mowy o kopiowaniu samego siebie. Chyba że jeśli chodzi o wysoki poziom. Sing Street jest dla mnie jednym z lepszych filmów zeszłego roku i nie wiem, gdzie dystrybutorzy mieli głowę, decydując się na niewprowadzenie go do naszych kin.

Wspaniały, przepełniony młodzieńczą energią i pewną nostalgią musical.

Takich decyzji było oczywiście więcej – nie mieliśmy okazji obejrzeć Dnia patriotów z Markiem Wahlbergiem o zamachu w Bostonie, oscarowego Fences, wspaniałego The Edge of Seventeen albo Loving z nominowaną do Nagrody Akademii Ruth Neggą. Sing Street szkoda mi jednak najbardziej. To wspaniały, przepełniony młodzieńczą energią i pewną nostalgią, „zwyczajny” musical – nie będzie tu tańców na ulicy wśród tłumu rozśpiewanych przechodniów, idealnych, nagranych w studiu wokali itd. Ogląda się to wspaniale, nie tylko jako ładny obrazek z piosenkami, które aż proszą się o nucenie, ale też mądrą historię o tym, że czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę.

Lata osiemdziesiąte, Dublin. Rodzice Conora informują go, że zmagają się z problemami finansowymi i muszą przenieść go do innej szkoły – katolickiej. Chłopakowi ciężko się tam odnaleźć, nie dogaduje się ani z nauczycielami, ani rówieśnikami. W domu też zresztą nie dzieje się najlepiej. Ale pewnego dnia Conor znajduje w sobie odwagę, by podejść do pięknej dziewczyny stojącej naprzeciw szkoły. Wmawia jej, że jest wokalistą, niedługo kręci teledysk, a ona idealnie wypadłaby jako gwiazda tego klipu. Dziewczyna zgadza się. Pozostaje jednak podstawowy problem – skąd wziąć zespół?

Banał, punkt wyjścia dla głupkowatej komedii? Przyznaję, tak to brzmi. Ale Sing Street nie tylko w tej kwestii was zaskoczy. Dawno nie widziałem tak optymistycznego filmu – a twórcy wcale nie unikają trudnych tematów. Choć dziś lata osiemdziesiąte kojarzą nam się przede wszystkim z zabawą, luzem, kiczem, to przecież w wielu miejscach to wcale nie były przyjemne czasy. Również w Irlandii. Ten okres zyskał dzięki Sing Street piękny hołd.

Piosenki w wykonaniu filmowego zespołu to coś wspaniałego.

Kiczu jednak oczywiście nie zabraknie. Nieudane próby kręcenia teledysków, przesadzone stylizacje, eksperymenty z wizerunkiem, no i muzyka… Jedni ją kochają, inni nienawidzą. Dla mnie piosenki w wykonaniu filmowego zespołu to coś wspaniałego, i to nie tylko dzięki pewnemu ładunkowi nostalgii. Idealnie pasują do fabuły, a część z nich jest naprawdę chwytliwa – polubiłem zwłaszcza Drive It Like You Stole It. A oprócz tego na ścieżce dźwiękowej znalazły się hity takich zespołów jak A-ha, Duran Duran, The Cure, Hall & Oates czy Spandau Ballet. W ten klimat „80s” świetnie wpisali się też młodzi, nieopatrzeni aktorzy. Wcielająca się w ukochaną głównego bohatera Lucy Boynton ma wszelkie zadatki na to, by przebić się do wyższej ligi. Pierwszy krok już został zresztą wykonany. Tę śliczną dziewczynę będziemy mogli oglądać w nowej wersji Morderstwa w Orient Expressie.

Podobnie jak to było w przypadku The Edge of Seventeen, z tą historią i tymi bohaterami łatwo się identyfikować. Biorąc pod uwagę, że rzecz dzieje się w bliższej nam kulturowo w Irlandii, w czasach, które dla nas były chyba jeszcze mniej kolorowe, polscy widzowie powinni znaleźć w tym filmie coś więcej niż tylko świetny humor i chwytliwe piosenki. Ale jako stuprocentowa rozrywka Sing Street sprawdza się równie dobrze. Nieczęsto zdarzają się produkcje, które w tak prosty sposób potrafią wywoływać tak wiele pozytywnych emocji. A Carneyowi udało się już po raz trzeci! Nie pozostaje nic innego, jak czekać na kolejne projekty tego irlandzkiego reżysera.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane