Recenzje

SAMA PRZECIW WSZYSTKIM. Zawód: lobbysta

Aż chce się zapoznać z historią prawdziwą!

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Sama przeciw wszystkim. Zawód: lobbysta

Szanuję twórców, którzy pozwalają widzowi dokonać samodzielnej oceny zagadnienia, przedstawiając mu różnorodne, solidnie opracowane argumenty. Atrakcyjne, uświetnione wspaniałą grą aktorską, wciągające i zaskakujące. Udał się Johnowi Maddenowi ten polityczny dramat, który prześlizgnął się bokiem w minionym sezonie nagród filmowych. A jeśli to dzieło niewygodne dla samych lobbystów? A może i najmożniejszych w USA?

Pani Sloane (ach, jakże lepiej brzmiałby ten tytuł niżeli wydumany Sama przeciw wszystkim) pracuje w Waszyngtonie jako lobbystka, oficjalnie: doradca w sektorze rządowym. To kobieta-żyleta, która w celu doprowadzenia sprawy do pożądanego zakończenia pociąga za tysiące sznurków. Jak sama mówi: „jeśli dobro projektu koliduje z czyimś życiem prywatnym, wiadomo, co wybiorę”. Pedantyczna, nieskończenie bystra, bezwzględna… Prawie nie śpi, tabletki łyka jak tic-taki.

Czy Liz Sloane jest cyborgiem?

Sama przeciw wszystkim zagląda za kulisy przeciwnych stron kampanii lobbingowej: za i przeciwko prawu do posiadania ukrytej broni przez obywateli Stanów Zjednoczonych. Chcąc nadepnąć na odcisk (byłym) pracodawcom, Sloane optuje za modyfikującą drugą poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych ustawą Heaton-Harris. W edukacyjnej warstwie film ukazuje arsenał mniej lub bardziej legalnych i etycznych narzędzi lobbysty: pozyskiwanie funduszy dla sprawy, promowanie idei w mediach, wysyłanie wpływowych osób na „edukacyjne” wycieczki, wreszcie korzystanie z nowoczesnych podsłuchów. Wszystko, by wyprzedzać konkurencję zawsze o krok. Dynamiczna, pełna faktów i nazwisk fabuła nie daje zwojom mózgowym odpocząć, jednak nie pozostawia wysiłku intelektualnego bez nagrody. Mimo że do końca nie poznajemy przeszłości Liz, ostatnie sceny pięknie domykają jej złożonego zawodowego portretu, a my nie musimy dociekać, czy ma życie poza pracą.

Choć to nie film akcji, słowo, jakie ciśnie mi się na klawiaturę do opisu roli Jessiki Chastain, brzmi: brawurowa. Za kamienną twarzą pani Sloane prześwitują uczucia, ale nigdy tak naprawdę nie wiemy, kiedy blefuje. Gra w grze rozkręca się ze sceny na scenę, kulminuje emocjami, po czym klamrowo wraca do stanu pierwotnego. To kunszt, sztuka, precyzja. Chastain jest obecnie niemal tak zapracowana jak jej bohaterka z filmu Maddena. W „Pani Sloane” wtóruje jej wielu: znany ze Szpiega Mark Strong, występująca w filmowej Pięknej i Bestii Gugu Mbatha-Raw i Sy Feltz z Fargo, czyli Michael Stuhlbarg. Aktorkę doceniono za rolę jedynie nominacją do Złotego Globu 2017, uczciwie przegrała ze znakomitą Isabelle Huppert (Elle).

Szczerze powiem, że nie spodziewałam się po Johnie Maddenie tak dopracowanego filmu. Skrupulatność, zgrabna gęstwina faktów to raczej dzieło scenarzysty-debiutanta, Jonathana Perery.

Scenariusz do Samej przeciw wszystkim znalazł się w 2015 na czarnej liście najlepszych niezrealizowanych pomysłów.

Wracając do Maddena, twórcy Zakochanego Szekspira (1998), Długu (2010) i obydwu części Hotelu Marigold, Sama przeciw wszystkim może być dla niego (podobnie jak dla Sloane głośne medialnie przesłuchanie przed senatem) nowym punktem odniesienia bądź też kropką nad i w karierze.

Pod względem klimatu „Panią Sloane” porównać można do Oscarowego Spotlight – obydwa ukazują niezwykle absorbującą i wpływającą na życie prywatne (jakie życie prywatne?) pracę człowieka wpływu w wielkim amerykańskim mieście, gdzie pewne rzeczy lepiej wyglądają zamiecione pod dywan. I Madden, i Tom McCarthy raczą nas odkrywanymi po kawałku intrygami, zaskakują zwrotami akcji, pozostawiają w niepewności. Mam jednak wrażenie, że charakterystyczna dla kultury amerykańskiej tematyka Samej przeciw wszystkim jest dla polskiego widza mniej strawna niż dziennikarskie śledztwo dotyczące pedofilii w kościele katolickim. Statystyczny odbiorca może z początku pogubić się w faktach, nazwiskach i procesach, ale wraz z postępem akcji wszystkie trybiki w maszynie zaskakują.

Ręka świerzbi, by po seansie wklepać w wyszukiwarkę „Pani Sloane historia prawdziwa”. Takowej nie ma. Mimo to nie wątpimy w prawdziwość ukazanych w filmie metod lobbingu i prawideł, które rządzą funkcjonowaniem najwyższych szczebli. Można podejrzewać, że losy świata znajdują się w rękach kilku osób. Daj Boże, by okazały się takie, jak Liz.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane