VHS

SAM FIRSTENBERG. Wałbrzyski ninja filmów klasy B

Twórca „Amerykańskiego ninja” i „Siły pomsty” wkrótce odwiedzi 20. Festiwal Filmów Kultowych w Gdańsku. Z tej okazji krótkie przypomnienie fenomenu jego twórczości.

Autor: Jarosław Kowal
opublikowano

Kult Sama Firstenberga

Chyba każdy zdążył się już zorientować, że lata 80. wróciły. Koncerty Perturbator, Carpenter Brut czy nawet Johna Carpentera we własnej osobie przyciągają tłumy; filmy pokroju Turbo Kid albo Beyond the Gates z miejsca stają się kultowe (nie wspominając nawet o Kung Fury), a w sklepach znowu można kupić gumę Turbo. Mogłoby się wydawać, że to chwilowa moda, ale jeżeli prześledzicie internetowe aukcje z kasetami wideo, odkryjecie, że istnieje w Polsce kolekcjonerski rynek, którego członkowie potrafią przeznaczyć na jedną taśmę horrendalne sumy.

710 złotych za film Zaat (w polskiej wersji Hydra) – tanią podróbkę Potwora z Czarnej Laguny. Dużo? Dom na Słomianym Wzgórzu (wczesna produkcja z udziałem Udo Kiera) za 1 285 złotych; jeden z pierwszych filmów George’a Clooneya – Powrót do upiornej szkoły (w wersji VHS-owej Powrót do horroru) za 2 650 złotych; uwielbiane wśród zwolenników kina klasy Z Schronienie przeznaczenia za 2 784 złote i 99 groszy.

Tak, to wszystko są ceny za wyłącznie jeden egzemplarz kasety, która jeszcze niedawno kurzyła się na regale zapomnianej przez świat wypożyczalni. Dziełami na miarę Marka Rothko są natomiast wszelkie filmy ze słowem „kanibal” w tytule. Ja sam jestem kolekcjonerem drugiej kategorii, nigdy nie wydałem na kasetę więcej niż sto złotych, ale doskonale rozumiem, skąd biorą się fascynacja, sentyment i kolekcjonerski zapał osób, które na to wciąż niszowe, lecz rosnące w siłę hobby przeznaczają tak ogromne fundusze.

Sam Firstenberg jest jedną z postaci, które sprowadziły na wielu z nas manię zbierania starych taśm. Ma na koncie między innymi trzecią część Oddziału Delta (tę bez Chucka Norrisa), Amerykańskiego samuraja czy Policyjnego cyborga, ale zasłynął przede wszystkim popularyzowaniem opowieści o działających pod osłoną nocy, doskonale wyszkolonych wojownikach ninja, z tym, że w jego wydaniu atakowali w biały dzień i padali po kilku kopniakach Michaela Dudikoffa. Brzmi niedorzecznie? W latach 80. ninja robili furorę w amerykańskim kinie akcji (nawet Bond przeszedł szkolenie ninjutsu w Żyje się tylko dwa razy), w kreskówkach oraz w komiksach, stali się popkulturowym fenomenem, a później równie gwałtownie zniknęli, pozostawiając po sobie wyłącznie rozrywkę dla dzieci pokroju Ninjago.

Firstenberg nie ukrywał, że na temat sztuk walki nie wie nic i zupełnie nie jest zainteresowany tym tematem.

Ninja ukrywający się na szczytach palm; przegrywający pojedynki z kartonami i beczkami; używający zasłon dymnych tylko po to, aby zrobić krok naprzód już po ich opadnięciu – to kilka elementów, które uczyniły pierwszego Amerykańskiego ninję nieśmiertelnym. Firstenberg w późniejszych wywiadach nie ukrywał, że na temat sztuk walki nie wie nic i zupełnie nie jest zainteresowany tym tematem. Jego bohaterom daleko było do Yuriego Boyki albo Johna Wicka, ale przynajmniej mogliśmy ujrzeć choreografię w odróżnieniu od pojedynków Liama Neesona w Uprowadzonej. W dzisiejszym kinie akcji nie ma już miejsca dla takich postaci. Gatunek podzielił się na wysokobudżetowe produkcje oraz skrajnie tanie filmy fanowskie, bez przestrzeni dla obrazów wyśrodkowanych, a takim był właśnie Amerykański ninja.

Działalność Firstenberga w swoim czasie uchodziła za świetną, niezobowiązującą odskocznię od rzeczywistości, ale dzisiaj przez wielu postrzegana jest jako przyczyna upadku filmowego oblicza wojowników nocy. W ostatnich latach nic, poza Cieniem łzy Isaaca Florentine’a, nie wypadło choćby przeciętnie, chyba że za ninję uznamy doskonale wpisującego się w tę charakterystykę Batmana w wydaniu Christophera Nolana. Ninja są dzisiaj poza Hollywood (Wojowniczych żółwi ninja nie biorę pod uwagę), ale jeżeli ktoś chce zrzucać odpowiedzialność na Firstenberga, to musi jednocześnie uznać, że między innymi dzięki niemu większość z nas w ogóle o nich usłyszała.

Kinowe przeboje z Fabryki Snów nigdy nie miały większej konkurencji od filmów akcji z epoki VHS-ów.

„Prawda jest taka, że nie uważam filmów, które reżyserowałem za sztukę, a raczej za rozrywkę. Moim celem zawsze było oddanie widzom solidnej historii, gdzie dobro wygrywało ze złem. Dawało to możliwość identyfikowania się z bohaterem, który pokonywał wszelkie przeszkody, aby wypełnić swą prawą misję” – przekonywał w jednym z wywiadów Firstenberg. Pomysł prosty i stary jak świat, jednak wykonanie uczyniło z urodzonego w Wałbrzychu, a wychowanego w Izraelu reżysera ikonę filmu klasy B. W innym wywiadzie padło pytanie o Michaela Dudikoffa i przyczynę jego popularności, na co autor Siły pomsty odpowiedział krótko: „Przypadek i szczęście”. Słowa te idealnie pasują jako opis karier obydwu panów i chociaż nic nie wskazuje na to, aby rozrywka, w jakiej się specjalizowali, miała powrócić w innej formie niż fanowskie, niskobudżetowe hołdy, kinowe przeboje z Fabryki Snów nigdy nie miały większej konkurencji od filmów akcji z epoki VHS-ów.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane