Recenzje

RESTLESS. Każdy dzień się liczy

Gus Van Sant, wbrew pozorom, nie roztacza przed widzami ckliwego love story pełnego patosu i pretensjonalności.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Życie ma sens

Autorem recenzji jest Piotr Krajski.

Krótki, zdawkowy opis bywa mylący. Zwłaszcza  w przypadku filmu, a świetnym tego potwierdzeniem jest Restless Gusa Van Santa. Niewtajemniczeni zapewne uznają, że film tego reżysera to kolejny sztampowy dramat z życia współczesnych, zagubionych nastolatków: dziewczyna chora na raka, której pozostały trzy miesiące życia i samotny chłopak, który z niewiadomych przyczyn odwiedzanie pogrzebów uczynił swoją życiową pasją. Oraz tragiczna, nieszczęśliwa miłość,  która ich połączy. Łatwo w takiej historii o tanią ckliwość i patetyczne wywody o treści egzystencjalnej.  A gdy dodatkowo z naszej pamięci wydobędziemy kilka przykładów  teoretycznie podobnych i nie za wiele różniących się  od siebie filmowych historii, uznamy, że chyba nie warto ponownie przeżywać irytacji w zaciemnionej sali.

Ale czy w przypadku filmu Gusa Van Santa możemy mówić o podobnej konstrukcji? Czy Restless to rzeczywiście rasowy dramat?

Restless w tłumaczeniu na polski oznacza mniej więcej tyle, co niespokojny, nerwowy. Ale wbrew tytułowi takie odczucia nie dominują w odbiorze dzieła.  W spokojnym i delikatnym tonie zostajemy wprowadzeni w świat bohaterów, który, choć mocno skomplikowany i naznaczony ciężkimi doświadczeniami oraz zapowiedzią nieuniknionego, nie gęstnieje od pesymizmu. Może początkowo właśnie ten fakt wzbudza  jednak  niepokój: obserwujemy zmagania młodych ludzi ze śmiercią, a jednocześnie na ekranie widzimy kogoś, kto promieniuje radością. Subtelne żarty i żarciki, beztroska atmosfera nie pozwalają popaść w przygnębienie.

Historia Enocha i Annabel  zaczyna się od sceny na pogrzebie, przewija się przez szpital, cmentarz i święto Halloween, a wszystkiemu temu przypatruje się duch japońskiego kamikadze, który od pewnego czasu ukazuje się Enochowi.  Ta dosyć zwariowana historia nie ucieka jednak od poważnych treści i dramatycznych wyborów dwójki młodych bohaterów. Zdaje się, że reżyser ciągle balansuje pomiędzy czymś w rodzaju zabawy konwencjami a poważną historią, dotykając kwestii sensu życia. Tak, życia, bo wbrew wyrokowi , który usłyszy Annabel, pozostaje ona uśmiechniętą dziewczyną, starającą się z pozostałego czasu wydobyć jak najwięcej. Ta miłośniczka przyrody i dzieł Karola Darwina za wzór do naśladowania wybierze sobie gatunek ptaków, które, zasypiając, są gotowe do śmierci – po przebudzeniu, już z radości wobec kolejnego darowanego dnia życia, wykonują najwspanialszy ptasi śpiew. Pean radości.

Inaczej jest w przypadku Enocha. Ten młody, zamknięty w sobie chłopak przed poznaniem dziewczyny wydaje się osobą pozbawioną radości i celu w życiu. Snujący się w czarnym garniturze, w towarzystwie ducha kamikadze, trwa gdzieś na granicy życia i śmierci. Przypatrując się kolejnym przypadkowym pogrzebom ludzi, których nigdy nie znał, pozostaje w atmosferze niekończącej się żałoby. Początkowo można odnieść wrażenie, że to znudzony nastolatek, który w wyniku braku lepszych zajęć wybrał nietypową zabawę, czerpiąc radość z użalania się nad swoim młodym życiem. Wraz z rozwojem historii poznajemy jednak realny powód, dla którego zaczął tak funkcjonować.

W tym momencie moglibyśmy uznać, że w takim razie Restless rozwija się dwutorowo: drogą Annabel, która, pomimo nieuleczalnej choroby, cieszy się tym, co jej pozostało i drogą Enocha, pogrążonego w kontestacji wobec życia, pomimo całej przyszłości, która jeszcze przed nim. Jednak tak się nie dzieje. Reżyser nie każe nam długo czekać, aż losy dwójki młodych ludzi się połączą. Dopiero wraz z tym spotkaniem możemy zobaczyć, jakiej intensyfikacji podlega ich życie i do jakich przemian prowadzi.

Gus Van Sant w tym momencie nie roztacza przed widzami ckliwego love story pełnego patosu i pretensjonalności. Jedna ze scen świetnie zburzy ten obraz. Jednak o tym lepiej przekonać się samemu. Wystarczy fakt, że w towarzystwie ducha kamikadze Enoch przygotowuje się wraz z Annabel do nieuniknionego w nietypowy sposób. Młodzi bohaterowie nie uciekają od tematu śmierci, ale przekładają go na swój specyficzny język i potrafią cieszyć się tym, co jeszcze przed nimi: czerpią z każdego dnia niezwykle wiele. W ciągu następnych trzech miesięcy uczą się jazdy na łyżwach, karate, szermierki, dokonują przyrodniczych obserwacji, uczą się nazw nietypowych ptaków, przygotowują menu… na przyszłą stypę.

Tu słodkie miesza się z gorzkim,  jak w skandynawskim filmie. Jednak w tej mieszance jeden składnik jest intensywniejszy. Duch kamikadze wydaje się tego dobrym przykładem. Tragiczna w gruncie rzeczy postać, osoba, która sama doświadczyła nieszczęśliwej miłości, pobudza do śmiechu i pomaga dotrzeć do zakończenia, które nie pozostawia w smutku i w poczuciu Werterowskiego bólu istnienia. Jest odwrotnie. Uświadamiamy sobie, że warto walczyć o każdy dzień – bo każdy ma znaczenie, tak, jak by był ostatnim w życiu. Że życie po prostu jest piękne,  a nasze małe dramaty zdają się niewiele znaczyć wobec tego, z czym przychodzi spotkać  się niezłomnej Annabel.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane