Życie Adeli - rozdział 1&2 | FILM.ORG.PL

Życie Adeli – rozdział 1&2

Zdecydowanie najlepszy film jaki widziałem na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy . Obraz, który wywołuje dreszcze na ciele, uzależnia i nie daje spokoju. Pochłania.




"Miłość nie ma płci"




Maciej Niedźwiedzki
19.10.2013


Zwlekałem z napisaniem recenzji. Rzetelna ocena zawsze przychodzi po kilku dniach, po dłuższej refleksji. Chciałem się upewnić, że ten film rzeczywiście jest tak dobry jak moje o nim pierwsze wrażenie. Od momentu pojawienia się napisów końcowych zdawałem sobie sprawę, że obcowałem z czymś wyjątkowym. Jednak często wstępny zachwyt opada. Dlatego też czekałem na ewentualną weryfikację mojej opinii. Jednak nie doszło do niej. Dalej nie potrafię uwolnić się od tej historii. Trudno jest mi też dobrać odpowiednie słowa. Nie chcę również operować pustymi przymiotnikami wartościującymi jak „rewelacyjne”, „niezwykłe” czy „doskonałe” i popadać tym samym w niesmaczną przesadę (i tak chyba tego nie uniknę). Z drugiej strony każda jego część składowa zasługuje na takie określenie.

W Życiu Adeli Abdellatifa Kechiche’a odnajdziemy wszystko to do czego przyzwyczaił nas ten reżyser. Film jest zdominowany przez jedną postać. Skonstruowany jest z długich sekwencji zbliżeń a problematyka ucieka od prostej uniwersalizacji. Wszystko rozgrywa się we wnętrzu jednostki, której obiektyw kamery jest tak blisko jak tylko to możliwe. Wyjątkowo jak na filmy Tunezyjczyka, tym razem akcja nie rozgrywa się wśród osób z marginesu społecznego lecz śmietanki artystycznej  i zamożnej wyższej klasy średniej.

Adela uczy się w liceum. Jest miłośniczką literatury. Poznajemy ją gdy czyta Życie Marianny Pierre’a de Marivaux (Jest to autor szczególnie bliski Kechiche’owi. Jego tekst pojawił się już w Uniku). Bohaterka stara się wypełnić swoje życie przez fizyczny i emocjonalny kontakt z drugą osobą. Nie obchodzi jej czy jest nią dziewczyna czy chłopak. Ciężar dramatyczny Życia Adeli umieszczony jest zupełnie gdzie indziej. W tym tonie również wypowiada się jedna z postaci. Adela słyszy: „Miłość nie ma płci”. W moim odczuciu, Kechiche tym samym ucieka jakimkolwiek interpretacjom w kontekście homoseksualizmu. Nie ma zamiaru włączać się tą debatę. Nie chce z żadnym stanowiskiem polemizować ani stawiać jakichkolwiek tez. W jego oczach miłość również jest poza ciałem. I tylko taka go interesuje.

adele

Życie Adeli opiera się w dużej mierze na niezwykłych rolach Adele Exarchopoulos i Lei Seydoux. Są to kreacje, które pochłaniają. Znacząca w tym zasługa Kechiche’a umiejętnie prowadzącego aktorki, które ponad to dodają postaciom emocjonalną głębie. Kreacje aktorskie zdumiewają zaangażowaniem i poświęceniem. Ich pot i łzy wręcz spływają po ekranie. Mają w sobie magnetyzm, szczerość  i psychologiczną wielowymiarowość. Dzięki temu film Kechiche’a jest niespotykanie blisko życia, staje się namacalny. Momentami obraz przekracza granicę sztuki, wdziera się w intymne życie widza. Kechiche oddaje emocje za pomocą obrazów. Nie ma w tym grama snobistycznego i ckliwego kiczu.

Adela zakochuje się w niebiesko włosej malarce Emmie. W romansie z nią, odnajduje wszystko czego poszukiwała. Spełnia się w każdym wymiarze życia w związku. Kechiche przeprowadza nas przez historię ich relacji, nie omijając żadnego momentu. Jest to opowieść napędzana stanami emocjonalnymi – one są osią fabuły. Fascynacja, pożądanie, spełnienie, frustracja czy rozpacz wypełniają każdy kadr Życia Adeli. Od dawna, żaden film nie spowodował we mnie, tak mocnego utożsamienia z postacią i dzielenia z nią tych samych motywacji.

Jednym z lejtmotywów filmu jest kolor niebieski. Od początku wdziera się on w świat tytułowej bohaterki. Pojawiają się nie mające zbyt dużego znaczenia prozaiczne szczegóły. Z czasem zaczynają dominować nad nią – później więzić. Pod koniec filmu kolor utożsamiany z Emmą całkowicie ją pochłania, dosłownie wręcz pływa w nim. Przestaje być atrybutem i symbolem miłości ale uzależniającym substytutem. Abdellatif Kechiche nie wprowadza tych elementów w sposób nachalny. Robi to niezwykle subtelnie i rozsądnie. Inny od estetyzującej funkcji jaką ten sam kolor odgrywał w Trzech Kolorach: Niebieski Krzysztofa Kieślowskiego.

adele

Film Tunezyjczyka jest też niespotykanie długi (179 min). Jednak jest to uzasadnione. Reżyser nie chce opuścić swoich bohaterek. Towarzyszy im tak długo jak to możliwe. Chce je przedstawić w pełni. Każdy niuans staje się ogromnie ważny. Styl w jakim Kechiche opowiada i prowadzi nas przez kolejne stadia związku między Adelą i Emmą całkowicie mnie pochłonął. Gdyby Życie Adeli trwało sześć godzin za pewne również ani razu nie spojrzałbym na zegarek.

Nie klęczę przed zdobywcami najważniejszej nagrody filmowej. Złota Palma nie sprawia, że film od razu otrzymuje ode mnie ocenę 10/10. Tym bardziej, że mam trochę do zarzucenia kolejnym jury canneńskiego festiwalu. Zdarza im się mylić artyzm z artystowstwem (przypadek Drzewa Życia), niepotrzebnie czynić uznanych autorów jeszcze bardziej uznanymi. Jest to bardzo hermetyczne środowisko. W konkursie głównym od lat przewijają się te same nazwiska. Zeszłoroczna porażka Holy Motors z Miłością Michaela Haneke jest dobrym przykładem promowania jedynie nagradzanych już wcześniej twórców. Jednak tym razem nie mam żadnych wątpliwości. Jury pod przewodnictwem Stevena Spielberga nagrodziło film kompletny wobec którego nie umiem skonstruować jakiegokolwiek zarzutu, czegokolwiek mu wytknąć.

adele

Jest to jeden z tych obrazów, który wywołuje dreszcze na ciele. Film, który uzależnia, nie daje spokoju. Życie Adeli jest miejscami odważne obyczajowo. Jednak nie jest to cel Kechiche’a. Jego założeniem nie jest wywołania oburzenia i szoku estetycznego jaki choćby dostarczają filmy Larsa von Triera. Jestem daleki od niechęci do twórczości Duńczyka jednak, w moim odczuciu w Życiu Adeli  śmiałe sceny są właściwiej uzasadnione psychologicznym rozwojem postaci. Kechiche nie wkracza na terytorium kina pornograficznego (podobnie jak Trier). Zależy mu jedynie na tym by widz całkowicie ufał jego opowieści i czuł, że narrator niczego przed nim nie ukrywa. Ta bliskość z jaką towarzyszymy Adeli wzmacnia naszą więź z bohaterką. Film niestety się kończy. Czułem się wtedy jakbym został całkowicie sam  na świecie. Chciałem wstać z fotela i pobiec za oddalającą się od kamery bohaterką.

Po wyjściu z kina zadałem sobie pytanie: „Po co oglądać cokolwiek więcej?”. Ten trzygodzinny obraz całkowicie zaspokoił mój głód kinomana. Po seansie byłem zdezorientowany. Jakby wszystkie moje potrzeby, oczekiwania i doświadczenia związane ze sztuką filmową Tunezyjczyk umieścił w tym jednym filmie. Trochę niezręcznie czuję się zamykając Życie Adeli w worku pod tytułem „sztuka filmowa”. Mam głębokie przeświadczenie, że dając temu filmowi najwyższą notę, nie nagradzam samego dzieła, ale również to, jak niezwykły po prostu jest Człowiek.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

W KMF od 2013 roku. Uwielbiam filmy Martina Scorsese i animacje Pixara. Interesują mnie europejskie filmy festiwalowe, animacje z całego świata i oczywiście wysokobudżetowe filmy amerykańskie (wyłączając produkcje Marvela, których nie lubię i nie rozumiem). Trzy najlepsze filmy w historii kina to "Ojciec Chrzestny II", "Brokeback Mountain" i "Wściekły byk".
Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • TheKing23

    Film kompletny? Po co oglądać cokolwiek więcej? Czy to aby nie jest przesada? Chociaż filmu jeszcze nie widziałem, myślę, że zdecydowanie jest! No bo niby co takiego niezwykłego reżyser mógł nam przekazać w tym obrazie? Że niby miłość lesbijską w najczystszej postaci? I że trwa trzy godziny i z miejsca musi być arcydziełem? Jak dla mnie ten film (i pewnie seans w przyszłości mnie w tym uświadomi) jest przereklamowany, tak jak i temat homo. Ludzie widzą takie sceny i od razu uznają, że jest to lepsze niż cokolwiek powstało. Jeżeli mówimy o miłości lesbijskiej, to jest tylko jeden film, który w sposób dobitny ukazał życie takich osób – jest nim oczywiście arcydzieło skończone – Mulholland Drive. To jest prawdziwy film o miłości homo, a nie takie popłuczyny….

    • etam

      może są to dość mocne słowa autora, ale żal dupę ściska jak się czyta takie wypowiedzi jak twoje. Może najpierw byś jednak obejrzał film? Twoja argumentacja jest tak dziecinna, że idąc tym tropem jedynym skończonym arcydziełem o mafii będzie Ojciec Chrzestny, a nie takie popłuczyny jak inne filmy traktujące o tym temacie…

      • TheKing23

        Eee, ty tak na serio z tym Godfatherem? Naprawdę uważasz, że ta bajeczka o dobrych gangsterkach jest dziełem skończonym? Are you fucking kidding me? Kult tego „arcydzieła” jest dla mnie rzeczą niepojętą… Jeżeli chcesz sobie obejrzeć film o gangsterach z krwi i kości to polecam Goodfellas, potem w kolejce są Scarface lub Casino, ale nie to coś. Wybacz…

        • etam

          wow! dzięki za info! Jeżeli możesz to powiedz mi jeszcze czy te filmy co wymieniłeś są dostępne w naszym kraju czy dopiero będą w kinach? Nie mogę się doczekać kiedy je zobaczę! Powinieneś dzielić się częściej swą wiedzą filmową na tym portalu skoro potrafisz wyszukać w światowym kinie takie perełki! Trzymam kciuki!!!

          • TheKing23

            A więc tak: Scarface i Goodfellas są dopiero w fazie postprodukcji, jednak zwiastuny są całkiem obiecujące i myślę, że powstanie z tego coś wielkiego. Co do Casino, to niestety, ale jest to melodia przeszłości, jednak myślę, że z taką obsadą (podobno ma zagrać De Niro, Stone i niezawodny Pesci), więc myślę, że również będzie ok. Cieszę się, że mogłem pomóc. Pozdrawiam

        • Andriej

          „Użyłem języka angielskiego, jestem zatem taki mądry i słuchaj się mnie”. Kolejny gimbus zrobił rundę po forach i udaje zawodowego krytyka. Żałosne…

          • TheKing23

            Pani w szkole mówiła, że jak będę używał angielskich słów, to ludzie będą mnie uważać za mądrzejszego. Chyba coś nie wyszło….

  • Kazik

    Również mam czasem dosyć tej, takiej, śmiesznej w gruncie rzeczy egzaltacji. Umiaru trochę w tym wszystkim, może, co? Albo nie wiem, zostań sługą tego, który ten film nakręcił. Tego typu recenzja gdzie autor wręcz bez opamiętania szafuje najbardziej doniosłymi „ach” i „och” zwyczajnie zniechęca.

    Niestety pomimo zdobytej złotej palmy, „Życie Adeli” nie jest żadnym arcydziełem i jestem pewny, że za 10 lat mało kto będzie o tym filmie pamiętał. Zaś o „Ojcu Chrzestnym” drogi „Królu” będzie wciąż głośno, bo jest to arcydzieło kina gangsterskiego. To, że nie rozumiesz w czym tkwi wielkość dzieła Coppoli, świadczy jedynie o tym, że nie wiesz czym jest kino. Wiele scen z „Ojca Chrzestnego” po prostu wyznaczyło pewien standard jeżeli chodzi o ukazanie niektórych emocji na ekranie, Są sceny w tym filmie, które po prostu stały się ikonami, archetypem. Co by nie mówić, „Życie Adeli” tego typu scen nie posiada i taka jest różnica pomiędzy filmem bardzo dobrym a arcydziełem.

    • TheKing23

      No może i masz rację. Szkoda tylko, że Copolla uległ presji światka przestępczego i zrobił film, który im podpasował, o czym świadczy fakt, że przed jego powstaniem dostawał liczne pogróżki (grożono mu nawet śmiercią), jednak później wszyscy byli wniebowzięci, że przedstawił ich w taki sposób: honorowych, romantyków, z zasadami, dla których rodzina jest najważniejsza i zachęcili go do kręcenia następnych części. Jak widzisz, ja tego nie kupuję i jest to tylko (a może aż) bardzo dobry film.

  • Kazik

    Też bardzo chciałbym Cię zapytać, co cię w tym filmie urzekło? Co jest w nim takiego, czego nie nie ma w żadnym innym filmie? Potrafisz o tym napisać? Dowieść tego jak bardzo ten film jest ultra zajebisty? Czy po prostu jest to jedynie twoje własne subiektywne odczucie i na dobrą sprawę nie masz pojęcia dlaczego?

    Dla mnie to prostu jeszcze jedna cholernie stereotypowa historia o miłości. Nie ma w tym filmie absolutnie niczego, co wybija się ponad tego typu opowieści, gdzie on lub ona spotyka jego, lub ją, poznają się, kochają, potem się kłócą, wydzierają się na siebie i w końcu odchodzą od siebie albo i nie.

    Ile razy? Ile razy mam oglądać opowiastkę o miłości, w której zawsze, ale to ZAWSZE! musi być scena w której bohater czy bohaterka drze na partnera lub partnerkę ryja? Karząc jej wypierdalać? Ile razy mam oglądać opowiastkę o miłości gdzie on lub ona roni rzewne łzy, szlocha, wyje i łazi ulicami pod rozświetlonymi latarniami z niemym stwierdzeniem w oczach, „Kurwa, jaka jestem nieszczęśliwa lub nieszczęśliwy”?
    Ile razy mam oglądać opowiastkę o miłości, gdzie główny bohater lub bohaterka jest samotna, wyalienowana zasadniczo z rówieśnikami na bakier, aż w końcu poznaje tego numer jeden, jedynego, jedyną, która od teraz będzie jego, jej, całym światem? Ile, kur….a, razy ma to oglądać?

    A ty mi piszesz, że to kompletny film? Że po co oglądać cokolwiek innego? Wiesz co? Nic.

    • Kacper

      Zgadzam się, choć daleki jestem od bycia tak surowym dla tego filmu – daję 7/10, bo to jednak dobrze opowiedziana historia z niezłym aktorstwem (wcale nie genialnym, ale fakt, że trudnym, wymagającym odwagi i doceniam pracę aktorek) i ładnymi kadrami. Bardzo brakowało mi oryginalnej ścieżki muzycznej – nie twierdzę, że powinna być w każdej scenie, ale jednak powinna być w ogóle, jej brak to dla mnie pójście na łatwiznę. Słynna scena seksu trwająca kilkanaście minut to nic specjalnego, ot, rasowe porno w kinie, większych emocji we mnie nie wzbudziła. Pod koniec wręcz nudziła.

    • nie jestem w nastroju

      Jeżeli chodzisz w ogóle do kina to marnujesz i czas i pieniądze na bilety.

  • Kazik

    Wybacz, ale z twojego poprzedniego komentarza, wynikało wręcz, że uważasz „The Godfather” za gniota. I zobacz, to prawda, że w tym filmie Coppola w dużym stopniu zafałszował rzeczywistość czyniąc z gangsterów prawie, że obrońców wdów i sierot, ale właśnie na tym polega wielkość tego filmu. To, że nikt wcześniej czegoś takiego nie zrobił. Do tego dorzućmy naprawdę zajebiście wielką kreację Brando, maksymalnie oszczędną jak to tylko możliwe a jednocześnie niesamowicie sugestywną.

    Naprawdę, nie jestem żadnym hajterem czy jak to tam się zwie, nawet nie wiem, jak to się dokładnie pisze. Chodzi mi po prostu o zachowanie jakiś proporcji w ocenianiu, bo mam czasem wrażenie, że coś jest nie tak. I o ile rzeczywiście doceniane są naprawdę wielkie filmy, tak również jedni i drudzy podniecają się tak naprawdę byle czym, może nie byle czym, ale naprawdę, nie nazywajmy „Życia Adeli” arcydziełem. No, ludzie…, jakby powiedział były prezydent.

    Jest taki znany francuski film pt „Amelia”. Jest świetny, nietuzinkowy, pełen scen, które nadały temu filmowi jego tożsamość, nadały mu pewien splendor, znak rozpoznawczy. Nie porównasz Amelii z innym filmem. Amelia jest jedna, właśnie ta nakręcona przez Jeunet’a. To samo dotyczy całej masy filmów, gdzie właśnie ów kod, ów znak jakości, czyni te filmy arcydziełami.

    Jaka scena, jaki dialog, jaki dźwięk, czyni z „Życia Adeli” dzieło jedyne w swoim rodzaju? To, że jedna drugą sprała po pysku? 20-minutowa scena seksu? Miłość dziewczyny do drugiej dziewczyny? Nie twierdzę, że ten film to dno, ale to wszystko już było w mniejszych lub większych wariantach, choćby w niezłym „Fucking Amal”.

    Jest taki film niedawno zmarłego Patrice’a Chéreau pt. „Intymność”. Film o miłości pełen seksu. Ale jaki jest ten seks? Chereau zrobił coś niesamowitego, bo pokazał z jednej strony bardzo naturalistyczne zbliżenie kobiety i mężczyzny, łącznie z wykonywaniem fellatio a z drugiej strony ten seks kompletnie nie podnieca.
    A przecież nie ma tam scen gwałtu. I właśnie to, z jednej strony naturalistyczny seks a z drugiej pełni dystansu bohaterowie. To czyni ten film wyjątkowym, doskonałym wręcz w swoim gatunku.

    Albo „Idioci” Von Triera. Albo „Dancer in The Dark” tegoż. Albo „Million Dollar Baby” Eastwooda. To są arcydzieła a nie żadne jakieś zakichane „Życie Adeli” . I jeszcze pisać, że nie trzeba nic więcej oglądać… No, ludzie…. Że posłużę się znowu cytatem wielkiego elektryka. Miej chłopie trochę umiaru i jeżeli rzeczywiście ten film aż tak Cię rozwalił, to ja jedynie serdecznie współczuję.

    • TheKing23

      Tak jak napisałem wyżej – Godfather to bardzo dobry film i tyle. Chyba nigdy nie pojmę jego kultu, no ale cóż poradzić.
      Chcę się jeszcze odnieść do jednej rzeczy. A mianowicie uważam, że obecnie twórcy chyba myślą, że jak wstawią dużo golizny do swoich filmów, to od razu uczynią go lepszym, bardziej artystycznym. Ostatnio np. oglądałem Trans – czy tam naprawdę była potrzeba pokazania Rosario Dawson takiej jak ją Pan Bóg stworzył? Owszem ładna z niej kobieta, jednak jaki sens miała ta scena dla całego filmu? Chyba żaden, a jednak się tam znalazła.
      Oczywiście, jeżeli tematyka filmu tego wymaga, golizna czy też seks, jest jak najbardziej wskazana: np. we Wstydzie, gdzie jest ukazane w sposób dobitny życie człowieka uzależnionego od seksu, czy też w takim Spring Breakers, gdzie Korine nie poszedł na łatwiznę, nie zrobił sielankowego obrazu o dzisiejszej młodzieży, lecz ukazał jak naprawdę wyglądają takie „wiosenne ferie”.
      Niestety większość twórców tak nie uważa i potem dostajemy filmy, które mają za zadanie chyba tylko szokować tematem, a nie wartością artystyczną, jak to będzie zapewne w przypadku chociażby Nimfomanki…

  • Kazik

    Mi się też „Wstyd” bardzo podobał. Naprawdę solidnym dziełem jest też „Miłość” Haneke. Mogą drażnić w tym filmie różne rzeczy, ale jest naprawdę niezły i ma kilka naprawdę dobrych scen. Ale wkur…a mnie, i chodzi mi tutaj o werdykt Cannes głównie, gdzie główną nagrodę otrzymuje film absolutnie przeciętny.

  • John Matrix

    „Po co oglądać cokolwiek więcej?” Zadałem sobie dokładnie to samo pytanie po pierwszym seansie Commando.

  • Kazik

    Pytasz, Marku, o powód agresywności co poniektórych komentarzy. Myślę, że można to jakoś wyjaśnić. Powodem jest twoja stanowczo przesadzona ilość lukru wobec filmu Kechiche. Lejesz ten lukier bez opamiętania, tak jak gdybyś usilnie chciał innym, wbrew ich woli, zakomunikować jakie to jest wiekopomne dzieło.

    Nie wiem, może mało recenzji przeczytałem w swoim życiu, pewnie tysiące, nie więcej. I powiem ci, że twoja recenzja jest w pewien sposób wyjątkowa, tzn, tak naprawdę wyrządzająca „Życiu Adeli” krzywdę, właśnie przez swoje bezpardonowe dlań uwielbienie. Nie jesteś już małym dzieckiem, które wreszcie dostało od rodziców wyczekiwaną, ukochaną zabawkę, tylko dorosłym mężczyzną i wypadałoby, chociaż z powodu recenzenckiej rzetelności, owszem, pokreślić, że to jest dla ciebie świetny film, ale nie, że szczytować podczas seansu. Zaś pisanie o tym, że nie wiesz czy nie przestaniesz oglądać innych filmów, jest po prostu kuriozalne i tym stwierdzeniem strzeliłeś sobie samobója. Żadna osoba który zajmuje się tworzeniem filmowych recenzji na użytek czytających, nie pisze w ten sposób,

    Tak jak pisałem wcześniej, dla mnie i pewnie nie tylko dla mnie, miarą arcydzieła filmu jeżeli chodzi o postacie a więc wydawałoby się kluczowy element filmu, jest ich ekranowa charyzma. Amelia,

    Vito Corleone, „Joker” Ledgera, Ennis i Jack z „Tajemnicy Brokeback Mountain”, Clarice Starling z „Milczenia owiec”, „Carrie” Sisy Spacek, Jules i Vincent z „Pulp Fiction”, Hans Landa z „Inglourious Basterds”, David z „A.I” Spielberga, Alex z „Mechanicznej pomarańczy” Kubricka, Selma z „Tańcząc w ciemnościach” nawet Franz Maurer z „Psów” Pasikowskiego, itd.

    Postacie z „Życia Adeli” charyzmatyczne nie są. I nie zyskają tej charyzmy nawet gdybyś rzeczywiście swoje recenzenckie postanowienie wcielił w życie. To po prostu mniej lub bardziej zręczna opowieść o miłości dwóch, wyjątkowo zresztą nieatrakcyjnych dziewczyn (może w sumie o to chodziło aby były przez to bliższe rzeczywistości) Ogromną słabością tego filmu są naturalistyczne sceny seksu, nakręcone wyłącznie po to aby przydać filmowi aureolę skandalu, głośności itd. Żyjemy w na tyle popierdolonej kulturze w której seks jest jednym z najważniejszych tabu. Wystarczy więc wrzucić jego solidną porcję do scenariusza i już mamy gotowy lejtmotyw, powód do dyskusji, etc. Powiedz, gdzie w tym wszystkim są umiejętności twórcze? Naprawdę sądzisz, że pomijając kwestię zahamowań głównych bohaterek, trudno nakręcić taką scenę?
    Niechby nawet miłość w tym filmie została pokazana w jakiś odrębny sposób, inny niż do tej pory, ale nie ma tego! To wciąż ten sam durny schemat jaki powtarza się choćby w czymś takim jak „Pocztówki z wakacji” czy inne gówno. Nie ma nic absolutnie nowego. Ona poznaje ją, kochają się, szczerzą się do siebie, potem przychodzi kryzys, ona dostaje po mordzie, idzie i płacze. Coś pominąłem? Jeżeli tak, to proszę. Gdzie jest w tym twój niesamowity ładunek emocjonalny? Co sprawia, że jest to film ponadprzeciętny? Ba, arcydzieło!

    Jury Cannes myliło się nie raz, ty nie musisz.

  • Akti

    Kechiche śledzi losy Adeli w sposób pozbawiony jakiejkolwiek moralnej
    czy obyczajowej oceny, jej erotycznym odkryciom przygląda się
    bezpruderyjnym okiem. fajna recka jest na http://aktivist.pl/blog/trzy-godziny-z-adela/

  • Adele śmele

    Czytając recenzję zastanawiałam się ile lat ma autor, ile filmów widział i ile w życiu doświadczył. Nie były to niestety rozważania wesołe. Zazwyczaj daleka jestem od krytyki recenzentów, ale tu się po prostu zdenerwowałam :D Egzaltacja dopasowana skalą do tej w omawianym, pretensjonalnym dziełku. Zła jestem tym bardziej, że przez maksymalną liczbę gwiazdek sama się na film skusiłam, a recenzję czytam dopiero po seansie. Film jest do bólu przeciętny. Do bólu. Bolą wtórne zdjęcia, boli miałkość historii, uwiera stereotypowość postaci, zniechęca epatowanie narządami, a ostatecznie zabija długość. To prosta jak konstrukcja cepa historia dwóch niezbyt rozgarniętych pannic. Nie ma miłości – jest fascynacja i rżnięcie, nie ma dramatu – jest głupota, histeria i wiecznie zwisający z nosa glut. Nie ma nawet tej obiecywanej przez recenzenta intymności, jaka powinna przez tyle czasu połączyc nas z postaciami. Szczerze mówiąc, mamy je tam gdzie one przez 1/4 filmu swoje palce. To nawet do cholery nie wstrząsa. To jest po prostu tak żadne, że aż się chce płakać – tak mocno jak Adele przez kolejną 1/4 obrazu. Tutaj szacun dla aktorek oczywiście, zrobiły co mogły/musiały, opłaciło się najwyraźniej, niejeden dał się nabrać. I już na koniec – czy naprawdę autor recenzji wierzy, że ten film jest uniwersalnym traktatem o miłości? Że homoseksualizm postaci nie stanowi jego clue? Czy reakcje byłyby równie entuzjastyczne, gdyby panią malarkę zastąpić panem malarzem? Pornoziew jak się patrzy byśmy otrzymali. A kręcić nudne porno to zbrodnia.

    • koala

      cale szczęście jesteś w ZDECYDOWANEJ mniejszości. Film ma praktycznie wszędzie świetne recenzje i to zasłużenie. Sam bym nie dał 10, ale zbrodnią jest nazywanie „Życia Adeli” pornoziewem. Przesada głęboka jak rów mariański, a do tego niezbyt dobrze świadcząca o twoim guście. Możesz sobie nie lubić, ale nie musisz obrażać ludzi którym się film podobał i go doceniają.

      • Adele śmele

        Czytaj uważniej i ze zrozumieniem :)

        • Tiktak

          Słowacki wielkim poetą był, prosta kobieto. Wielkim poetą! Nawet nie próbuj argumentować. Najlepiej też nie myśl, bo myślenie przynosi wątpliwości, a tego nie chcemy, prawda?

          • Adele śmele

            prosta! i w dodatku kobieta! :D co za obelgi od przepełnionych wrażliwością intelektualistów.

      • nie jestem w nastroju

        Nie tylko o guście źle świadczy, nie tylko. Głównie o intelekcie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

AmbaSSada

Następny tekst

Z miłości do...



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE