nowości kinowe

ZWYCZAJNA DZIEWCZYNA. Kobiecość, wojna i maszyna do pisania

Pochwała kobiecości przez pryzmat brytyjskiego rynku filmowego czasów II wojny światowej - błyskotliwie i szczerze.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

W starym kinie

Zwykła dziewczyna nie powinna przepaść w kinach bez echa, zahukana przez rozwydrzonych i niezbyt świeżych Piratów z Karaibów, nowego Obcego prosto z demobilu serii czy inne jajowate Kręgi, bo to zbyt błyskotliwy film, żeby go zupełnie zmarginalizować.

Dunka Lone Scherfig na początku swojej kariery we Włoskim dla początkujących udowodniła, przez pryzmat restrykcyjnych zasad manifestu Dogma 95, że sporo wie o tym, jak funkcjonują ludzie, a kilka lat później w Była sobie dziewczyna przeprowadziła (wspólnie z Nickiem Hornbym) wiwisekcję męsko-żeńskich relacji, a przy tym bezproblemowo wpasowała się w uwarunkowania brytyjskiego przemysłu filmowego. Teraz w Zwyczajnej dziewczynie znakomicie łączy ze sobą skandynawską zuchwałość względem oczekiwań widza, amerykańską miłość do melodramatów oraz brytyjską kulturę, podlewając całość szczodrze pochwałą kobiecości – zupełnie naturalnie, bez prawienia kazań. Dobrze, że do historii filmu dołączyła tak solidnie scharakteryzowana bohaterka, jak Catrin Cole.

Główna bohaterka, grana przez Gemmę Arterton, jest scenarzystką, której trafiła się szansa jedna na milion – biorąc poprawkę na to, że jest kobietą żyjącą w wielkiej Brytanii początku lat 40., gdzie gorejąca wojna i równie rozgrzany szowinizm umiejętnie temperują żeńską egzystencję. Zaczyna pracować dla Ministerstwa Informacji przy filmach krótkometrażowych. Po jednej ze scysji z prominentnym aktorem, Ambrosem Hilliardem (kapitalny jak zawsze Bill Nighy), zostaje oddelegowana do zapoznania się z historią sióstr Rose, które ruszyły łodzią ojca, aby wziąć udział w ewakuacji Dunkierki. To wydarzenie stanie się dla dziewczyny materiałem na nowy scenariusz, który może dać jej w końcu szansę na przemówienie własnym głosem. O ile ten głos nie zostanie zagłuszony przez otaczających ją mężczyzn: utalentowanego współscenarzystę Toma Buckleya (Sam Claflin), partnera będącego niespełnionym artystą (Jack Huston), czy wspomnianego Hilliarda.

Dialogi Gaby Chiappe rozpisane są na wzór znany z „wyścigowych” screwball comedies Howarda Hawksa (Dziewczyna Piętaszek, Drapieżne maleństwo), gdzie teksty aktorów nachodzą na siebie i są artykułowane niezwykle dynamicznie. Nie jest to tutaj zrealizowane w tak znakomity sposób, jak u wielkiego mistrza, ale sprawia, że film mknie szybko do przodu i nawet, gdy historia momentami niedomaga, to uwaga odbiorcy cały czas jest w ruchu, nie poddaje się stagnacji. Scherfig stara się też uciekać od typowej struktury melodramatu i gdy widz myśli już, że wszystko ma podane na tacy, reżyserka dewastuje jego oczekiwania, szybko skręcając w zupełnie inną stronę – takie odważne zabiegi znakomicie uaktualniają skostniałą konwencję.

Sama fabuła nie jest zaskakująca – pojawia się oczekiwany romans, antagonizmy zamieniają się w przyjaźnie, a bohaterka uderza głową w szklany sufit. Jednak życiowa podróż Catrin Cole ożeniona z funkcjonowaniem brytyjskiego przemysłu filmowego czasów wojny jest na tyle naturalna, że mimowolnie trzymamy za nią kciuki. Gemma Artenton nie jest tutaj w żaden sposób przerysowana, nie polega ślepo na innych, kreuje swoją rzeczywistość – wyraża siebie poprzez ciężką pracę, walczy z nierównością płciową przy pomocy własnego talentu, roznieca uczucia dzięki zawodowemu maratonowi, gdzie ani przez sekundę nie jest na straconej pozycji. Jej miłosne powiązania, mimo iż zaplątane w schematy, wypadają naturalnie, nie zagarniając jednak miejsca należnego wątkowi „filmu w filmie” – bardzo dobrze się z nim zresztą łącząc.

Aktorsko ekran kradnie każdą swoją sceną Bill Nighy, który gra po prostu siebie – twardego aktora, skrywającego pod gburowatym usposobieniem sporo człowieczeństwa.  Najważniejsze role przypadły jednak wspomnianej już Gemmie Arterton i Samowi Claflinowi. Nie jest to aktorski Everest, ale oboje świetnie odnajdują się w świecie austenowskich przeciwieństw (jeśli już jesteśmy przy Wielkiej Brytanii), gdzie Artenton z charyzmą wciela się w walczącą o docenienie własnych umiejętności Niby-Elizabeth Bennet, a Claflin to odzierany konsekwentnie z grubej skóry Niby-Pan Darcy.

Zwyczajna dziewczyna jest zgrabnie nakręconą (świetne kostiumy i scenografia, ciekawe przeplatanie głównej akcji z urywkami przygotowywanego przez studio filmu), momentami naprawdę błyskotliwą oraz pozytywnie nastrajającą produkcją, która sporą część trasy sunie po wyrobionym już torze gatunkowym, ale podczas tej przejażdżki serwuje smakowite dialogi w znakomitym rytmie, próbuje sensownie zaprezentować emancypacyjną podróż głównej bohaterki, bez wbijania widzowi młotem do głowy prawd o tym, jak to kiedyś było ciężko (czego każdy rozgarnięty odbiorca jakichkolwiek tekstów kultury ma świadomość) i – przede wszystkim – to po prostu naprawdę dobry film z uniwersalnym przesłaniem, atakujący widza całą gamą uczuć. I nie przeszkadza to nawet w tych momentach, gdy wygląda na tanią zagrywkę, bo Artenton z Scherfig starają się mimo wszystko utrzymać klasyczne rozbuchanie w ryzach, prezentując świat, gdzie happy endem wcale nie musi być gorący pocałunek, ale coś zupełnie innego. Nie jest to na pewno dzieło ponadczasowe, jednak zapewnia dwie godziny przyzwoitej rozrywki.

Ostatnio dodane