ZARDOZ. Postapokalipsa według Boormana | FILM.ORG.PL

ZARDOZ. Postapokalipsa według Boormana

Narkotyczny bełkot Boormana




Penis to zło




Jakub Piwoński
22.05.2016


Są filmy, których status kultowości jest dla mnie tak zagadkowy, jak zagadkowa jest ich fabuła. Choć nie miały sobą wiele do zaoferowania, to jednak zostały zapamiętane. Taki film to Zardoz, czyli postapokalipsa według Boormana, który niedawno, z okazji Festiwalu Filmów Kultowych, miałem okazję obejrzeć po raz pierwszy.

Przedziwny był to seans. Już sam jego początek zwiastował oryginalny zestaw wrażeń. Zza chmur wyłoniła się wielka głowa jakiegoś Boga, który oznajmił swojemu ludowi, że – w dużym uproszczeniu – penis jest złem, ponieważ wypuszcza nasienie i tworzy kolejnych zepsutych ludzi, a broń jest dobra, bo potrafi tych ludzi eliminować. Zaraz potem na ekranie pojawił się Sean Connery w czerwonych fatałaszkach, a ja już wiedziałem, że nie obejdzie się bez problemów. Wytrzymałem godzinę. Dokończyłem, z bólem, dnia następnego.

zardoz 3

Trudno jest mi pisać o fabule w sytuacji, gdy mamy do czynienia z czymś tak dziwnym, pretekstowym, a nade wszystko nieskładnym. Recenzencka rzetelność obliguje mnie jednak do tego, by co nieco o treści filmu jednak zdradzić. A zatem mamy rok 2293. Ziemia po kataklizmie. Ludzkość dzieli się na Brutali, chowających się gdzieś po krzakach, i Eksterminatorów, czyli uprzywilejowaną kastę mającą za zadanie kontrolowanie i eliminowanie tych pierwszych. Z kolei w idyllicznej krainie Vortex panują sobie w spokoju nieśmiertelni intelektualiści, będący pozostałością po dawnej cywilizacji. Pewnego dnia trafia do nich Zed, czyli uzbrojony i niebezpieczny Sean Connery. Efekt tego spotkania szybko wymyka się spod kontroli – zarówno bohaterów, jak i widowni. Bo to są tylko założenia. O czym ten film miał opowiadać, wie chyba tylko jego twórca.

W normalnych warunkach ten akapit byłby poświęcony snuciu głębokich refleksji o recenzowanym tytule. Zapewne najbardziej skupiłbym się, jak mam w zwyczaju, na metaforach religijnych i tym, w jaki sposób odnoszą się do tradycji monoteistycznych wierzeń. Podniósłbym również kwestię nieśmiertelności, o której w filmie dowiedzieć można się całkiem sporo (choćby to, że wcale nie musi być ona tak słodka), a także doceniłbym sposób przełamywania seksualnego tabu. Plus dałbym także za obecność licznych symboli, kulturowych nawiązań i wiele innych rzeczy, które czynią ten obraz oryginalnym.

Nie zrobię tego jednak, ponieważ wszystkie te niuanse zostały wrzucone do filmu całkowicie bezmyślnie. Według mnie treść Zardoza to nic innego jak narkotyczny bełkot. Słuchamy go i choć wiemy, że pomiędzy niektórymi słowami kryje się coś wartościowego, to jednak zważywszy na okoliczności, czyli na sposób wypowiadania tych słów, nie potrafimy podejść do nich poważnie. Ciśnie mi się na usta jeszcze jedno porównanie, być może bardziej trafne. Podczas seansu czułem się trochę tak, jakbym oglądał jakiś tani, uliczny performance, który z zasady ma być głęboki, a w praktyce wygląda po prostu idiotycznie. Widać to głównie na przykładzie gry aktorów, którzy swoimi występami przekroczyli granicę sztuczności.

Na czele tych beznadziejnych kreacji stoi jednak Sean Connery. I przykro się to przyznaje, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że słynny Szkot raczej nie kojarzy się z takimi wpadkami. W filmie Boormana zachowuje się jak tresowana małpa – wypowiada raptem kilka zdań, przemykając przez film z wypisanym na twarzy niesprecyzowanym wyrazem dzikości. Nie bardzo potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czym aktor musiał kierować się podczas podejmowania decyzji o angażu. Bo wydaje mi się, że gwiazda tego formatu po przeczytaniu takiego scenariusza powinna podejść do projektu z o wiele większą… rozwagą. Z kolei szkice koncepcyjne stroju, w którym aktor miałby paradować przez cały film, powinny ostatecznie odwieść go od złożenia podpisu na kontrakcie. Dlaczego tak się nie stało? Najłatwiejszą odpowiedzią są pieniądze. Ale wydaje mi się, że znaczenie mogła mieć także pseudoartystyczna aura unosząca się nad projektem, każąca zrzeszonym osobom przypuszczać, że powstaje coś niesamowicie wyjątkowego.

I owszem, stworzono coś wyjątkowego. Ale w tym złym sensie. Nie wystarczy bowiem wymyślić oryginalny koncept, chcący w swych założeniach sięgać kwestii ostatecznych. Nie wystarczy zaangażować znanego aktora do roli głównej. Nie wystarczą kolorowe stroje, by intrygować estetyką. To wszystko musi jeszcze ze sobą współgrać i nieść jakiś sens. A Zardoz po prostu sensu nie ma. Aspirował do sięgnięcia szczytu, a skończył na dnie.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Mefisto

    No nie czepiałbym się jednak Seana – wszak, co sam zauważyłeś, wciela się w jednego z nieokrzesanych morderców, zatem jego podejście ma sens. To dziki koleś, który zawsze żył kierując się najprostrzymi instynktami. Również kultowość Zardoza ma wbrew pozorom sens, jeśli spojrzeć na rozmach i, było nie było, dość oryginalną wizję. Sam wizerunek Connery’ego trudno wymazać z pamięci. A, że jest to wszystko złe? Cóż, dodaje to pikanterii tylko ;)

    • Nakf

      Muszę zaprotestować, Zardoz nie jest filmem złym, zwyczajnie na świecie nie wyszedł, bo historia ma zadatki na bardzo dobry sci-fi. Powiedziałbym nawet, że gdyby nie kiczowata oprawa, w której prym wiodą wąsy, owłosiona klata i czerwone gacie Connery’ego oraz zbyt mętny scenariusz, Zardoz byłby dziś klasykiem na miarę Planety Małp, która też ma z pozoru absurdalną fabułę.

      Zardoz to świetna post-hipisowka antyutopia, tyle że z gatunku guilty pleasure ;) co nie każdemu przypadnie do gustu.

      • Mefisto

        No tak, tylko, że to na jedno wychodzi, bo skoro jest zły to znaczy mniej więcej, że nieudany, czyli nie wyszedł. Gdyby to było zło świadome, raczej nie rozmawialibyśmy o nim w tych samych kategoriach. :)

        • Nakf

          Trochę mieszasz, złe filmy nie zawsze są takie, bo coś komuś nie wyszło, często są po prostu robione na odpierdol, dla beki, dla kasy, etc. Zardoz to trochę inna kategoria, bo ostatecznie wyszedł film zły, ale z potencjałem na solidny remake. Sporo rzeczy w nim nie zagrało, ale uważam że gdyby powstał dzisiaj, z porządnym budżetem i bez new-age’owego bagażu, w jakiejś sensownej stylistyce i z reżyserem klasy Boormana byłoby z tego niezłe kino. Nie wiem czemu, ale skojarzył mi się z Elysium Blomkampa, podobny setting piekło-raj, Damon w roli Connery’ego, Foster w roli Rampling, a całość kończy się masakrą Elizjum przez barbarzyńską tłuszczę. Ten film byłby dużo lepszy z fabułą Zardoza :)

      • Jakub Piwoński

        Gdyby babcia miała wąsy to byłaby dziadkiem…

    • Jakub Piwoński

      Może i ma sens, ale jak na jego możliwości aktorskie, takie wcielenie jest co najmniej dziwne.

  • Ojciec Fernando

    Zardoz jest na swój sposób fascynujący, rozgrywając się w jakimś ultra odrealnionym miejscu na Ziemi… i za to wystawiam mu wyższą ocenę niż mu się tak naprawdę należy.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kult (1973)

Następny tekst

400 batów. Jeden z najpiękniejszych filmów Nowej Fali



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE