nowości kinowe

Zapiski na bilecie #4 – Był sobie raz na zawsze Patrick Swayze

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Oglądam remake Na fali. Czuję się coraz gorzej, tonąc w powodzi pseudofilozoficznego bełkotu zmęczonych życiem brodatych chłopaków. I z każdą chwilą uświadamiam sobie coraz bardziej, że powinno się ustawowo zabronić kombinowania z dorobkiem Patricka Swayze’ego.

Bo to był aktorski potwór – facet został stworzony przez Fabrykę Snów do bycia zaszufladkowanym, ale z awanturniczym uśmiechem na ustach napiął muły i uciekł spod topora dekapitującego talenty, stając się przekonkretną gwiazdą kina akcji. Ale jednocześnie pozostał rycerzem niewieścich uczuć. Wariat.

w2

Miał być sportowcem – po jednej z kontuzji kolana lekarze chcieli uciąć mu nogę. Czujecie? Nie wyobrażam sobie kina bez kulasów Swayze’ego. Jeździł na łyżwach, uczył tańca, występował w balecie – piękny chłopak, uśmiechnięty, normalnie cherubin. Nagle bam! Sam Coppola się nim zachwyca i wciąga go w 1983 roku do Wyrzutków. Facet debiutuje po trzydziestce i od razu dostaje rolę mentora gangu dzieciaków z klasy średniej, którzy są w ciągłym konflikcie z grupką nadzianych szczyli. Konkretne kino, jeden z lepszych momentów fascynacji młodocianymi gangami z tego okresu (tu zawsze będą wygrywać trochę młodsi Wojownicy Hilla), które wysypało ważnymi nazwiskami (Tom Cruise, Diane Lane, Rob Lowe, Matt Dillon, Emilio Estevez czy Ralph „Karate Kid” Macchio – nawet Tom Waits tam pomyka). I znowu bam! Kariera rusza. Pokazuje pazury w Niespotykanym męstwie i w końcu zabiera się za konstruowanie figury bohatera akcji wszelakiej, gdy musi zatrzymać komunistyczną powódź, która chcą zagarnąć wszystkie jankeskie hamburgery w Czerwonym świcie (1984). Znowu dostał do łapy gnata i wyglądał z nim jak milion dolarów – idealnie łączył śliczną facjatę z ciałem wysportowanej maszyny do zabijania. Zaznaczył się też mocno w umysłach widzów (w tym także polskich) występami w serialu Północ – południe.

W 1987 zagrał całym sobą i zamienił nogi amerykańskich niewiast w galaretę. Zrobiony za paczkę fajek Wirujący seks (najlepsze tłumaczenie, jakie kiedykolwiek zrodziło się w ludzkiej głowie) zniszczył system, a Swayze w czarnej koszuli, z napiętym każdym mięśniem klatki piersiowej, nie pozwalał stawiać Baby w kącie. Twórcy zresztą też zachwycili się jego wygibasami, bo zapomnieli o fabule. To był zdecydowanie najlepszy czas w jego życiu. Ale, ale… panienki wzdychają, faceci chcą podobnie kręcić pupą, a Patrick zrzuca przepocone body, zapuszcza brodę i rusza na postapokaliptyczną pustynię, gdzie odstawia konkretnego Toshiro Mifune/Shane’a w Stalowym świcie (1987). Tam właśnie ratuje swoją żonę (tę prawdziwą, bo Lisa Niemi nie mogła odpuścić bycia u jego brody) i mieczem wycinać Mad Maksowe odrzuty.

w6

Po przerwie na całkiem niezły dramat, Tiger Warsaw (który był u nas popularny za czasów VHS, gdy jeszcze działała popularność jego tanecznej strony), zaczął od razu z wysokiego C dwoma przekultowcami, udowadniając, że ten przepocony Johnny to taki niewinny wyskok, a on najlepiej sprawdza się jednak w kinie przetrącania pysków, nie ustępując największym ikonom przepalonego testosteronu. Wykidajło (1989) to nie film, a styl życia, który starzeje się jak wino. Proste warunki – knajpa na zadupiu, nagrzani gangsterzy robiący bajzel i bramkarz-karateka, deformujący zakazane mordy. Odyseja naszych czasów, na której Homer bawiłby się jak prosię – dla takich produkcji stworzono kasety VHS i wypożyczanie filmów w piątki. Uprzejmy Swayze w wymiętej koszuli i przetartych dżinsach rachuje tutaj kości zawodowo, wyrywa gardła, cały czas ma też w oku romantyczną iskrę, więc nóż w bebechach to dla niego okazja do topienia serc, a nie rozpaczania. A jak do akcji wchodzi jeszcze jego mentor, dziwnie młody Sam Elliot, robi się z tego bratni western najlepszego sortu. Jeden z tych filmów, które wybitnie podsumowują całą epokę. Podobno nowojorskim policjantom swego czasu podczas ewaluacji puszczano sceny z Wikidajły, bo stanowiły tak konkretny materiał treningowy.

Swayze nie dał po tym odpocząć magnetowidom i natychmiastowo uderzył w widzów Prawem krwi (1989), jednym z lepszych filmów o sile więzi rodzinnych. Chociaż tutaj show ukradł mu w sporym stopniu spuszczony ze smyczy Liam Neeson (chociaż to Patrick świecił twarzą na plakatach, wiadomo). Dwóch braci rusza wymierzyć sprawiedliwość za śmierć trzeciego. Swazye gra tu dobrego policjanta, który chce sprawy rozwiązać w trochę inny sposób, a Neeson po prostu ma zamiar posprzątać, bo rodzina jest najważniejsza i zemsta to naturalna kolej rzeczy. Widowisko momentami mocno przeciągnięte, ale zakończenie dostarcza odpowiednich wrażeń. Wojownicy z Kentucky zrobili porządek. Znać wypada.

w4

I gdy miał się niechybnie skończyć w niskobudżetowych mordobiciach, Swayze odpalił następną petardę. Uwierz w ducha (1990) to romans perfekcyjny, nawet pomimo tego, że ciała zbytnio nie mogą tutaj pulsować w uściskach. Dwie najpiękniejsze istoty końca epoki, Moore i Swayze, napisali nową historię celuloidowej miłości, a miliony nabuzowanych chłopaków do dziś nieśmiało zarzucają ręce na ramiona swoich partnerek, zapatrzonych w lepienie garnków.

Znowu wydawało się, że Teksańczyk wraca na tory prowadzące prosto do serc kobiet, więc ten wesoło wykręcił najbardziej przewrotną woltę fabularną, występując w Na fali (1991), które jest – nie oszukujmy się – płomiennym bromansem, Wirującym seksem dla facetów. Bodhi, dumnie noszący lwią grzywę jasnych włosów, rozkolegowuje w sobie na zabój zagubionego Keanu Reevesa. Twardy surfer jest ucieleśnieniem wolności, mistykiem będącym świadectwem zakończenia kolorowych lat osiemdziesiątych i wejścia w gnające na złamanie karku lata dziewięćdziesiąte. Kumpel, którego po seansie chciałby mieć każdy facet. W finale bohater rusza w morskie odmęty i prawdopodobnie nigdy z nich nie wraca. Lubię sobie to tłumaczyć w ten sposób, że to właśnie ten kultowy, zmitologizowany Swayze – zamknięty w nieskończonej romantyczno-brutalnej sinusoidzie – odpłynął do krainy wiecznej akcji i nadal gdzieś tam łapie kolejne fale, przygotowując się do powrotu, żeby uratować zeżarte przez kasę i bylejakość współczesne kino słabej pompy oraz greyopodobne romansidła.

w7

Później oczywiście Swayze’emu 2.0, zastępującemu w moim umyśle wiecznego surfera, wpadło kilka naprawdę dobrych ról – szczególnie wybija się ta w Ślicznotkach (1995), w których zagrał uroczą i twardą jak mięśnie Michaela Dudikoffa drag queen, jeszcze rubaszniej bawiąc się swoim ekranowym wizerunkiem, łącząc delikatność z eksplozjami testosteronu. Chwilę po tym przypomniał o sobie fanom mocnej akcji w mocno ejtisowym Czarnym psie (1998), gdzie znowu na szali ląduje rodzina. Później powoli znika z mapy wielkiego kina, zaliczając po drodze kilka słabszych ról, aż do smutnego końca w 2009 roku.

Ikona na rozdrożu diametralnie różnych gatunków filmowych – chociaż czy tak bardzo? Miłość, kule i połamane gnaty od zawsze lubią się spotykać, bo bez pasji nie ma akcji. Aktor, który zrobił, co miał do zrobienia, zostawił po sobie fantastyczną spuściznę, a głaszczący się po brzuchach producenci mogą do woli robić nowe wersje Czerwonych świtów czy Point Breaków – jest tylko jeden prawdziwy wykidajło i właśnie salutuje wam gestem Kozakiewicza prosto ze słonecznych lat osiemdziesiątych.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane