nowości kinowe

Yuma

Jeżeli ktoś go zobaczy, to dobrze. Jeśli nie - to też nic nie straci.

Autor: Krzysztof Połaski
opublikowano

Obraz jednorazowy

Autorem gościnnej recenzji jest Krzysztof Połaski

 

Czuję się oszukany. Zwiastun filmu sugerował, że "Yuma" będzie gangsterską komedią, a tymczasem twórcy zaserwowali nam dramat. I myślę, że właśnie ta zmyłka będzie dla niektórych widzów rozczarowaniem. Dla mnie wręcz przeciwnie.

Po latach do kina powraca temat przemiany ustrojowej i barwnych, dla niektórych wspaniałych, a dla innych fatalnych, lat 90., w których jedni zdobywali fortuny i ustawiali się na całe życie, a drudzy wszystko tracili. Łatwo zdobyć, łatwo stracić – takie czasy. Kiedyś "Młode Wilki" uczyły jak szmuglować spirytus lub materiały radioaktywne przez granicę, a "Amok" oraz "Pierwszy Milion" uczyły gry na giełdzie. Teraz wraz z "Yumą" uczymy się okradać Niemców, pardon, zabierać co nasze.

 

Kilka słów o fabule

O tym, że nie będziemy mieć do czynienia z komedią dobitnie pokazuje już jedna z pierwszych scen filmu. Jest 1987 rok. Zyga oraz Rysio, dwaj wkraczający w dorosłość najlepsi przyjaciele, przez jeden błąd tego drugiego, zostaną zmuszeni do czegoś, co wywrze na nich piętno na całe życie i trwale podzieli. Od teraz będą po dwóch stronach barykady. W międzyczasie pojawi się również uciekinier z NRD, którego uratował Zyga, co prawdopodobnie okazało się jego największym życiowym błędem.

 Mija kilka lat, jest 1992 lub 1993 rok, a Armia Radziecka opuszcza nasz kraj. Zmienił się ustrój, ale nie zmieniła się Polska. I nie zmienił się także Zyga. To wciąż ten sam inteligentny, pełny pasji do kina romantyk jak dawniej. Marzy o wielkiej miłości i tak właściwie to dla niej postanawia podnieść standard swojego życia, przecież jako gołodupiec w tekturowych butach do trumny nie ma żadnych szans u Majki, dziewczyny wymarzonej, jak z okładki żurnala albo zachodniego serialu.

 Przepisem na nowe, dostatnie życie w nowiuśkich adidaskach oraz eleganckich dżinsach, pachnącym nowością ortalionowym dresie lub skórzanej kurtce, jest tytułowa "yuma", lub bardziej po polsku "juma". Były to krótkie wyjazdy do Niemiec w celu odebrania tego co nasze i nam się należy – to wersja dyplomatyczna, a wersja bliższa prawdzie, to zwyczajne okradanie jeszcze niczego nieświadomych Niemców, którzy w końcu się zorientują, że biuro rzeczy znalezionych to ostatnie miejsce, jakie można znaleźć w naszym kraju.

 

Zygę w świat "jumy" wprowadza jego ciotka, miejscowa burdelmama i osoba mająca większą władzę niż sam burmistrz, który zresztą jest stałym klientem jej przybytku rozkoszy. Oczywiście Zyga nie działał sam, skompletował swoją ekipę "młodych wilków" w składzie Młot, Kula oraz do szaleństwa zakochana w Zydze, Bajadera. Od tej pory to oni rządzili miastem, oczywiście aż do czasu, gdy na horyzoncie nie pojawił się stary znajomy Zygi, rosyjski gangster Opat, który postanowił zniszczyć to miejscowe El Dorado.

Realizm z przerysowaniem

To tyle o fabule. "Yuma" to w gruncie rzeczy film niezwykle przejmujący i smutny. Reżyser, Piotr Mularuk, chciał pokazać sam proceder "jumania", jak i zmuszonych do niego ludzi. To się akurat udało. Film co prawda miesza wątki bardzo realistyczne z tymi przerysowanymi, ale pokazuje, że to kim jesteśmy, determinuje miejsce oraz czas, w którym żyjemy. Zyga był marzycielem, chciał całkowicie zmienić swoje życie. Niestety rzeczywistość okazała się bardzo brutalna, co dobitnie pokazuje zakończenie tego filmu, którego ja w żadnym wypadku nie nazwałbym happy endem.

Większość krytyków docenia świetną rolę Jakuba Gierszała, aczkolwiek moim zdaniem, czegoś zabrakło. Być może nie jest to wina samego Gierszała, tylko słabego napisania i poprowadzenia postaci Zygi, który zupełnie nie pasuje na przywódcę bandy. Jeżeli miałbym porównać "Yumę" do chociażby hitu lat 90. o podobnej tematyce, czyli "Młodych Wilków" (często spotykam się z tym porównaniem), to Zyga absolutnie nie ma charyzmy, jaką miał Cichy wykreowany przez Jarosława Jakimowicza. Ba, Zydze jest wręcz bliżej do Prymusa, którego grał Piotr Szwedes: tak samo zachłysnęli się szybko zdobytymi pieniędzmi.

 

To nie Jakub Gierszał błyszczy na ekranie, tylko drugi plan. Absolutnym odkryciem tego filmu jest Jakub Kamieński, wcielający się w rolę Młota, którego ksywka już sama wskazuje, że jest w ekipie tym najbardziej prostackim i pierwszym do bójki. Mam nadzieję, że kino jeszcze nie raz sięgnie po Kamieńskiego, bo obecnie marnuje się w serialu "Pierwsza Miłość", gdzie od lat gra jedną z najbardziej charakterystycznych postaci. Jeżeli mówimy o drugim planie, to nie możemy pominąć reszty bandy, czyli Krzysztofa Skoniecznego jako Kuli i świetnej Heleny Sujeckiej, która wcieliła się w desperacko zakochaną w Zydze, Bajaderę.

Na plus możemy zaliczyć również celnika i jednocześnie chrzestnego Zygi – Mieczysława Grąbka, pożyczającego samochód za paczkę Marlboro ojca Zygi – Jerzego Schejbala, zawsze świetnego Przemysława Bluszcza, który zagrał burmistrza oraz oczywiście dumnie prezentującą swoje walory i atuty jako burdelmama Halinka – Katarzynę Figurę.

Na minus niestety wypada Opat, którego wykreował Tomasz Kot. Postać ta jest zwyczajnie przerysowana, Kot gra jakby dalej był Kaszpirowskim z reklamy Netii. I wielki minus dla reżysera i scenarzysty za niewykorzystanie wątku Majki, w którą wcieliła się piękna Karolina Chapko. Nie miała tutaj wiele do grania, jej postać zostanie strasznie spłaszczona, szkoda. Kilka uśmiechów i parę zdań, to zdecydowanie za mało jak na postać, dla której Zyga zaczął jumać. Mam nadzieję, że już wkrótce zarówno ona, jak i jej siostra bliźniaczka, Paulina, dostaną lepsze propozycje, bo mocno im kibicuje od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłem je w "Polskiej Noweli Filmowej".

 

"Yuma" to niestety typowy średniak. Zapowiadało się bardzo dobrze, lecz Piotr Mularuk nie wykorzystał drzemiącego w temacie potencjału. Film dużo traci szczególnie w swojej drugiej połowie, która jest wręcz chaotyczna. Im dalej w las, tym ciemniej. Podejrzewam, że film został  bardzo mocno pocięty przy montażu, stąd te wszystkie nieścisłości i nie do końca wyjaśnione wątki. Nie mogę również zrozumieć kolejnego (m.in. po "Rozdroże cafe" czy "Bez wstydu") wątku kazirodczego w polskim kinie. Nie wiem w jakim celu został wprowadzony i dlaczego, ale zdecydowanie obniża moją ocenę przy odbiorze tego filmu. Na szczęście gorzkie zakończenie lekko rekompensuje mi niektóre wady tego obrazu.

Z "Yumą" jest jak z jej bohaterami – po prostu powstała w złym czasie. Gdyby została nakręcona w latach 90., to być może miałaby dzisiaj taki status jak "Młode Wilki" (o co akurat wówczas nie było trudno). A tak zwyczajnie przepadnie. Jest to obraz jednorazowy, jeżeli ktoś go zobaczy, to dobrze. Jeśli nie – to też nic nie straci. Szczerze, ja też nic nie straciłem i absolutnie nie żałuję wydanych pieniędzy na bilet. Wierzę, że Piotra Mularuka stać na jeszcze więcej.

 

Ostatnio dodane