nowości kinowe

WYKLĘTY (FPFF w Gdyni 2017)

"Wyklęty" miałby szansę być dobrym filmem mitotwórczym, zwłaszcza w momentach odwołujących się do kina gatunków, jednak niepotrzebnie wikła się w aktualną politykę.

Autor: Karolina Dzieniszewska
opublikowano

Decyzji o umieszczeniu Wyklętego w Konkursie Głównym festiwalu w Gdyni zapewne już zawsze będzie towarzyszyła fama o dobrej zmianie, która wyciągnęła ręce również po to wydarzenie kulturalne, oraz niewypowiadana głośno i publicznie opinia o upolitycznieniu festiwalu – co miało miejsce już rok temu przy okazji pokazu specjalnego Smoleńska, będącego formą ugody między tymi, którzy żądali od Michała Oleszczyka (ówczesnego dyrektora artystycznego) umieszczenia tego tytułu w konkursie, a tymi, którzy uważali to wręcz za hańbę dla polskiej sztuki filmowej. Polityczny posmak raczej nie służy Wyklętemu, a szkoda, bo jest to film z potencjałem, i jeśli dzielić kinematografię według partyjnych podziałów, to jest to film, którego prawica nie powinna się (wreszcie) wstydzić.

Zarazem ambiwalentne uczucia przy oglądaniu Wyklętego wydają się jak najbardziej usprawiedliwione, bo chyba sam Konrad Łęcki nie do końca umiał się zdecydować, które akcenty w jego filmie powinny przeważać. Franciszek „Lolo” Józefczyk ujawnia się po wojnie, ale zamiast szansy na nowe życie w Polsce Ludowej czekają go karcer i krwawe przesłuchania. Nic dziwnego, że gdy zostaje odbity z transportu, przyłącza się do partyzantki, która staje się początkiem jego długoletniej tułaczki.

Wyklęty miałby szansę być dobrym kinem mitotwórczym, gdyby nie drobne potknięcia, które finalnie dają efekt niepotrzebnego uwikłania w obecny kontekst polityczny.

W oczywisty sposób Wyklęty jest filmem antyreżimowym czy antysystemowym. Temu głównie służą wszelkie uproszczenia w filmie, które zawadzają przy naprawdę zgrabnym scenariuszu próbującym przez los jednostki pokazać dramat całego oszukanego pokolenia. W dziele Łęckiego pojawiają się elementy, które czynią filmowy świat zbyt czarno-białym, bez stanów pośrednich. Reżyser wykorzystuje zarówno klisze wizualne (wspominając chociażby scenę otwierającą, która kumuluje w sobie całą spuściznę kulturowego żegnania powstańców), jak i fabularne: Rosjanie pojawiają się głównie po to, by pić wódkę, minister musi być bezwzględnym sukinsynem próbującym przypodobać się Moskwie, ludzie z SB nie mają żadnych zahamowań czy wyrzutów sumienia, a żołnierze wyklęci są moralnie krystalicznie czyści i jeśli robią „złe rzeczy”, to tylko dlatego, że wróg posłużył się prowokacją. Mimo to najśmieszniejszy pozostaje chyba wątek miłosny – wpisany w film na siłę i kompletnie nieprzekonywająco; jakby reżyser chciał zmusić widza do pożałowania głównego bohatera jeszcze bardziej, bo ten w życiu miał jeszcze gorzej… Ewidentnie jest to pułapka wynikająca z chęci umieszczenia w dziele zbyt wielu elementów na raz. Jeżeli w życiu bohatera zaczyna dziać się dobrze – to tylko po to, żeby ktoś lub coś za chwilę mogło zburzyć tę kruchą stabilizację, natomiast jeśli dzieje się źle, to wiadomo, iż scenę później nadejdzie niespodziewana pomoc (w myśl jakieś dziwnej, magicznej zasady niezbyt przystającej do życiowego prawdopodobieństwa).

Zdaje się, że Łęcki czerpał również z amerykańskiego kina patriotycznego, które nie waha się używać patosu i chwytać za serca. Wychodzi mu to zadziwiająco dobrze, a wiele scen czy ujęć można by odczytywać w kluczu historycznych, epickich epopei. Przez pryzmat losów jednostki opowiada o znacznie szerszym dramacie, pokazując postawy ludzi niezłomnych oraz gotowych na poświęcenie w imię wyznawanych idei (dokładając widzowi kolejne kilogramy emocjonalnego ciężaru również poprzez napisy końcowe). Z Wyklętego aż promieniuje myśl, iż to byli cnotliwi ludzie, którzy niczym nie zasłużyli sobie na swój los. Łęckiemu udaje się wykreować wizję prostego, szczerego heroizmu, a jednocześnie wystrzega się on traktowania złotych czasów partyzantki jako zabawy w wojnę, mimo że od tej bandy młodych chłopaków czuć żar witalności i gotowości do działania. Wśród wielu poruszających mów i deklaracji pada dokładnie jeden żart.

Ma Wyklęty w sobie wreszcie elementy westernu – opowieści o ostatnim sprawiedliwym, ostatnim szlachetnym człowieku, którego los skazał na taki żywot. Być może jest to najciekawsza część tego filmu, usprawiedliwiająca moralne niewzruszenie postaci: zawsze prawi i zawsze szlachetni, bo racja stała po ich stronie. Jednakże duchowo nieskalnego bohatera zaczynają imać się brud, choroby, głód. To, co wcześniej zdaje się na poły przygodą, wreszcie zamienia się w poruszający dramat człowieka, który nie ma szans odmienić swojego losu, bo żadna z amnestii nie oznaczała nowego życia. De facto żołnierze wyklęci stali się tym, kim byli, bo takimi stworzyła ich komunistyczna władza; poprzez długie lata prześladowań i partyzanckiej wojny wręcz hodowano sobie wrogów w tych umęczonych, zmarzniętych niedobitkach z innej epoki.

Niestety patriotyczna epopeja o ostatnim sprawiedliwym ostatecznie zamienia się w polityczną agitację i pozostawia po seansie nieprzyjemny posmak nieudolnej propagandy.

Szkoda, że nie można było obyć się bez dziwacznej polityki pamięci, która musi odcisnąć swe piętno w samej końcówce filmu, pozostawiając widza z całkiem klarownym odczuciem, że właśnie obejrzał film służący konkretnemu programowi partyjnemu. Tym bardziej szkoda, iż Łęckiemu udaje się doprowadzić swoje dzieło do momentu, w którym bohater nie ma już wyjścia, nie może uciekać ani ukrywać się dalej i pozostaje mu tylko odejść na swoich zasadach, tak jak żył… i jest w tym pre-finale jakiś przejmujący dramat ostatniego, szlachetnego i zaszczutego człowieka, który naprawdę może wstrząsnąć. Mimo że byłaby to iście hollywoodzka końcówka (w dobrym znaczeniu tego wyrażenia), to niestety następuje postscriptum będące absolutnie niepotrzebnym, naiwnym i nachalnym oddawaniem bohaterowi sprawiedliwości. Widz dostaje tą uaktualnioną ideologią niczym obuchem w łeb.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane