Wyjęty spod prawa Josey Wales - artykuł o filmie | FILM.ORG.PL

Wyjęty spod prawa Josey Wales

Naprawdę ciekawie jest obejrzeć film, który przeciwstawia się przyzwyczajeniom widzów i pokazuje historię Stanów Zjednoczonych od innej strony niż większość „zwykłych” filmów. Także inaczej niż klasyczne westerny.




Bohater z południa




Piotr Han
06.04.2013


Wytwórnia: Warner Bros

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Philip Kaufman, Sonia Chernus

Muzyka: Jerry Fielding

Zdjęcia: John Surtees

Obsada: Clint Eastwood, Dan George, Sondra Locke, Sam Bottoms, Geraldine Keams

Czy na południu Stanów Zjednoczonych żyją ludzie?

Gdyby wiedzę na ten temat czerpać jedynie z filmów, to odpowiedź musiałaby być przecząca. Mieszkańcy Południa (jak i większości kraju poza największymi aglomeracjami) portretowani są z lekceważeniem i wyższością. Filmowe Południe jest krainą zamieszkiwaną wyłącznie przez ograniczonych rasistów, których interesuje jedynie broń i gnębienie szlachetnych przyjezdnych z Nowego Jorku/Los Angeles. Dodatkowo, gdyby brać pod uwagę filmy historyczne, to można by zaryzykować stwierdzenie, że kinematografia zna więcej dobrych nazistów niż żołnierzy Konfederacji z czasów wojny secesyjnej.

Dlaczego tak jest? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – historię piszą zwycięzcy. Jak wiadomo, wojnę secesyjną wygrała przemysłowa Północ i to Jankesi zaprowadzili swoje porządki. Jeżeli do tego doda się jeszcze fakt, iż filmowcy (i ogólnie artyści) z zasady ciążą ku liberalnej lewicy, to stanie się jasne, dlaczego konserwatywne Południe konsekwentnie degradowane jest do roli swoiście pojmowanego „ciemnogrodu”.

Nie komentuję ani nie krytykuję powyższej sytuacji. Moim celem nie jest rozpoczęcie ideologiczno-politycznej dyskusji, lecz jedynie zwrócenie uwagi na nadreprezentację jednej opcji. Nie twierdzę, że amerykański Interior jest krainą mlekiem i miodem płynącą, gdzie żyją wyłącznie czarujący i światli ludzie. Bo oczywiście sytuacja wygląda inaczej. Jednak nie jest też prawdą, że połowę USA zamieszkują zombie.

Lubię intrygujące i nieszablonowe filmy, z zaciekawieniem podchodzę do wszystkich dzieł, które nie wpisują się w proste narracje. Cenię filmy, które skłaniają do pewnej refleksji. Kto by chciał cały czas oglądać to samo? Południe ma swoją tradycję, swoją swoiście pojmowaną kulturę i na wielu polach przewyższa „postępowe” aglomeracje.

Dlatego też uważam, że warto zwrócić uwagę na pewien klasyczny, aczkolwiek niezbyt znany w Polsce western mistrza Clinta Eastwooda. Filmem tym jest „Wyjęty spod prawa Josey Wales” z 1976 roku.

Źli i brzydcy Jankesi

Już pierwsze sceny burzą przyzwyczajenia. Gospodarstwo spokojnego farmera Joseya Walesa (w tej roli oczywiście Clint) zostaje napadnięte przez związanych z Jankesami bandytów-partyzantów, którzy bezlitośnie mordują jego żonę i dziecko. Clint uchodzi z życiem, poprzysięga zemstę i przyłącza się do formującej się armii Południa.

Po krótkim montażu scen walk z wojny secesyjnej akcja przenosi się w okres tuż po zakończeniu działań wojennych, gdy cały odział Joseya zmuszony jest złożyć broń na ręce oficerów zwycięskiej armii – bandytów z prologu. Josey jako jedyny nie zamierza się poddać znienawidzonym przeciwnikom. Tak rozpoczyna się jego podróż, podczas której będzie spotykał Indian (głównie dobrych), mieszkańców Południa (dobrych i złych) oraz Jankesów (wyłącznie złych).

Jeździec skądś

Przedstawione powyżej zawiązanie akcji sugeruje, iż „Wyjęty spod prawa” jest klasycznym kinem zemsty – są to jednak tylko pozory. W rzeczywistości film opowiada raczej o próbach radzenia sobie z „demonami wojny”. Wales stara się otrząsnąć z tego co przeżył i wrócić do normalności. Nie kieruje nim gorycz, złość ani gniew, tylko chęć odkupienia. Przedkłada życie ponad zabijanie. Spieszę jednak zapewnić, że te prawdy nie zostały przedstawione w konwencji ciężkiego dramatu egzystencjalnego. „Wyjęty spod prawa Josey Wales” jest bowiem przede wszystkim doskonale zrealizowanym westernem!

Josey Wales nie jest typowym Eastwoodowskim Tajemniczym Mścicielem. Co prawda nie mówi zbyt dużo i – co oczywiste – dysponuje niemal boskimi umiejętnościami strzeleckimi. Jednak nie jest postacią znikąd – w filmie klarownie zostało wyjaśnione, co nim kieruje. Jest bohaterem z krwi i kości. Jak wiadomo, Clint Eastwood uchodzi za aktorskiego minimalistę i jego bohaterowie rzadko okazują jakiekolwiek emocje – ten film jest jednak wyjątkiem od reguły.

Główną osią fabuły jest ucieczka przed jankeskimi siepaczami i próba przedostania się do Teksasu. Bezpośrednio po zakończeniu wojny secesyjnej te rejony były bardzo niebezpiecznym miejscem, nie powinno być więc dla nikogo zaskoczeniem, że film obfituje w pojedynki strzeleckie, a fabuła przez cały czas trzyma w napięciu. Jednak główną siłą „Wyjętego spod prawa Joseya Walesa” są doskonale rozpisane postacie i relacje między nimi.

Oprócz bohatera tytułowego, najważniejszą postacią jest stary Indianin Lone Watie. Grający go Chief Dan George dał tu prawdziwy koncert sztuki aktorskiej. Udała mu się rzadka sztuka – potrafił być jednocześnie zabawny i wzruszający. Sceny, w których ze smutkiem opowiada o swoimi ucywilizowaniu, należą do jednych z najbardziej zapadających w pamięć w całym filmie.

W „oficjalnej” wersji historii tolerancyjna Północ przeciwstawiała się rasistowskiemu Południu. Dlatego też dla wielu osób szokiem może być fakt, iż Indianie w czasie wojny secesyjnej solidarnie opowiadali się po stronie Konfederacji. Rdzenni Amerykanie nienawidzili Jankesów, którzy bezwzględnie i z żelazną konsekwencją wydzierali im kolejne ziemie. W filmie poświęcono tej sprawie dużo uwagi – generalnie kwestia indiańska wydaje się mieć wielkie znaczenie dla Clinta Eastwooda. Nie bez przyczyny film ten zbierał wysokie noty u rdzennych Amerykanów.

W „Wyjętym spod prawa…” kładzie się także silny nacisk na indywidualizm, pragnienie wolności i niechęć wobec centralnej władzy, jakie charakteryzują mieszkańców Południa. Eastwood pokazuje ludzi, którzy nie walczyli o utrzymanie niewolnictwa (czy jakąkolwiek inną idee lub instytucję), lecz o własne domy, rodziny i miasteczka. Według historyków czynniki te przełożyły się na bardzo wysokie morale konfederackiej armii, dzięki czemu tak długo stawiała opór liczniejszej i dysponującej lepszym zapleczem przemysłowym Północy.

Rewizja historii nie jest jednak w tym filmie najważniejszym tematem. Nawet w oderwaniu od kwestii politycznych, „Wyjęty spod prawa Josey Wales” jest sam w sobie doskonale napisanym i świetnie zrealizowanym filmem, który może spodobać się wszystkim miłośnikom westernów (i nie tylko).

Dawno temu na planie filmowym

Nie mniej ciekawa od samego dzieła jest historia jego powstawania, która – przepraszam za frazes – sama mogłaby posłużyć za scenariusz trzymającego w napięciu filmu.

W połowie lat 70. Eastwood był jedną z najważniejszych postaci w amerykańskim przemyśle filmowym. Grał, reżyserował i produkował kolejne filmy. Klęska finansowa „Akcji na Eigerze” (1975) sprawiła jednak, że Clint musiał okiełznać swoje ego i pozwolił komu innemu nakręcić „Wyjętego spod Prawa Joseya Walesa”. Eastwood zadowolił się „jedynie” rolą producenta i – oczywiście – głównej gwiazdy filmu.

Na stołku reżyserskim zasiadł Philip Kaufman. Dziś jest znany jako twórca „Nieznośnej lekkości bytu” oraz scenarzysta trzech pierwszych filmów o Indianie Jonesie. W czasie prac nad „Wyjętym spod prawa…” był jednak początkującym reżyserem, który miał na koncie jedynie kilka pomniejszych produkcji. Kaufmanowi powierzono również zadanie zaadaptowania książkowego oryginału na potrzeby srebrnego ekranu.

Scenariusz jest bardzo wierną adaptacją książki „Gone to Texas” Forresta Cartera. Kaufmanowi udało się zawrzeć wszystkie wątki i postaci z powieści. Zwraca tutaj uwagę wielka troska o szczegóły – wiernie odtworzone zostały wszelkie drobne natręctwa głównego bohatera, takie jak np. plucie na zwierzęta (!) czy specyficzny sposób wysławiania się. Są to drobne detale, które dodają tej postaci wiarygodności i swoistego uroku.

Można zaryzykować stwierdzenie, że pisanie scenariusza było dla Kaufmana najprzyjemniejszym i najmniej stresującym aspektem pracy nad tym filmem. Już w czasie przygotowań do produkcji stało się jasne, że współpraca na linii Eastwood – Kaufman nie będzie łatwa. Clint oczekiwał, że reżyser będzie sprawnym rzemieślnikiem, ale nie sprzeciwi się jego woli. Pierwszym poważnym zgrzytem było przeforsowanie – wbrew woli Kaufmana – kandydatury aktorki Sondry Locke do roli ukochanej Joseya. Reżyser nie miał na to ochoty, Eastwood był jednak tak zauroczony aktorką, że nie ustępował i zaangażował ją na własne konto – jako producent miał do tego prawo. Kaufman nie miał więc wyjścia i przeszedł nad dywersją Clinta do porządku dziennego. To był błąd, gdyż to ustępstwo znacznie osłabiła jego – i tak niezbyt silną – pozycję przy produkcji tego filmu. A autorytet jest niezbędnym atrybutem w tym fachu. Zwłaszcza kiedy ma się na planie kogoś takiego jak Eastwood.

W czasie zdjęć Clint nie miał litości dla Kaufmana. Notorycznie krytykował jego metody pracy i styl reżyserii. Zarzucał mu nieudolność i ślamazarność, narażającą producentów (czyli samego Eastwooda, który znany jest z tego, że kręci filmy taniej i szybciej niż zakładał harmonogram) na straty. Jakby tego było mało, Kaufman popełnił największy błąd, jaki można było zrobić w Hollywood lat 70. – zaprosił na kolację „niechcianą” gwiazdę swojego filmu Sondrę Locke, która wpadła również w oko Eastwoodowi. Nie muszę chyba dodawać, czyją kandydaturę wybrała pani Locke. Wspomnę tylko, że wystąpiła jeszcze w pięciu filmach Clintona Eastwooda Jr.

Zasada Eastwooda, czyli związek zawodowy kontra wytwórnia

Presja wywierana na Kaufmanie była tak wielka, iż reżyserowi zaczęły puszczać nerwy. Podczas kręcenia jednej ze scen był tak rozkojarzony, że zamiast powiedzieć „cięcie” wydał komendę „akcja”, czym zepsuł bardzo długie i skomplikowane ujęcie. Kaufmanowi zdarzyło się jeszcze kilka tego typu wpadek i w efekcie części zaplanowanych na ten dzień zadań nie udało się zrealizować.

Eastwood nigdy nie charakteryzował się cierpliwością i pobłażliwością, dlatego też następnego dnia pod nieobecność Kaufmana (który akurat wyjechał przygotowywać inną lokację) przejął stery i na własną rękę nadrobił zaległości. De facto oznaczało to, że wyrzucił nominalnego reżysera z pracy. Związek zawodowy skupiający amerykańskich reżyserów (DGA) stanął jednak w obronie Kaufmana – to on wykonał całą żmudną pracę związaną z preprodukcją. Wytwórnia Warner Bros trzymała z kolei stronę Eastwooda. Zanosiło się na kosztowną sądową batalię, ale zatriumfował jednak pragmatyzm i cała sprawa zakończyła się 50 tysiącami dolarów odszkodowania dla Kaufmana.

DGA wprowadziła potem do swojego statutu zapis mówiący, iż od tej pory reżyser nie może być nigdy zastąpiony przez aktora lub jakąkolwiek inną osobę zaangażowaną w pracę nad danym filmem. Przepis ten nazwano „Zasadą Eastwooda”.

Philip Kaufman nie wypowiadał się później o współpracy z Eastwoodem. Faktem jest jednak, że po jej zerwaniu długo dochodził do siebie – następny film nakręcił dopiero cztery lata po całym zajściu. Po sukcesie „Inwazji porywaczy ciał” (notabene był to remake filmu największego mentora Clinta – Dona Siegela) na dobre „wrócił do interesu”.

Jak wcześniej wspomniałem, Eastwood w czasie prac nad filmem nie miewa kryzysów twórczych ani innych problemów, które mogłyby wpłynąć na opóźnienie zdjęć. Dlatego też, gdy tylko rozwiały się wszelkie wątpliwości, kto właściwie rządzi na planie, produkcja ruszyła pełną parą. Doskonałym przykładem tego, jak Clint radzi sobie z problemami na planie, jest casus Chiefa Dana Georga, który wcielał się w rolę indiańskiego kompana Joseya Walesa. Aktor z racji podeszłego wieku miał wielkie problemy z zapamiętywaniem swoich kwestii. Eastwood spostrzegł jednak, że Chief jest doskonałym gawędziarzem, więc przed daną sceną pokrótce informował go, na jaki temat ma mówić i pozwalał Indianinowi improwizować. Efekt był doskonały – między głównymi bohaterami wytworzyła się rzadko spotykana chemia.

Wiele garści dolarów

Lata 70. i 80. są najczarniejszym okresem w historii westernu. Można powiedzieć, że w tym okresie w głównym nurcie jedynie Eastwood kręcił filmy tego gatunku. Publiczność nie chciała wtedy oglądać filmów opowiadających o rewolwerowcach. Mimo tego „Wyjęty spod prawa Josey Wales” okazał się jednym z największych kasowych przebojów sezonu. Sukces ten pozwolił wymazać klęskę „Akcji na Eigerze” – nazwisko Eastwooda na powrót stało się synonimem sukcesu. Co prawda film dostał mieszane recenzje, jednak po latach uznawany jest za jeden z najlepszych filmów w karierze Eastwooda. Na serwisie agregacyjnym Rotten Tomatoes „Josey…” ma aż 94% pozytywnych recenzji. Orson Welles zaliczył go w poczet Wielkich Amerykańskich Westernów, obok dzieł takich klasyków Złotej Ery Hollywood jak John Ford i Howard Hawks. Dodatkowo – co nie mniej ważne – sam Clint Eastwood uważa „Wyjętego spod prawa Joseya Walesa” za jedną ze swoich najbardziej udanych produkcji.

„Wyjęty spod prawa…” w ogóle się nie zestarzał i mimo upływu lat ogląda się go doskonale, a kwestie, które porusza, w ogóle nie straciły na aktualności. Dodatkowo naprawdę ciekawie jest obejrzeć film, który przeciwstawia się przyzwyczajeniom widzów i pokazuje historię Stanów Zjednoczonych od innej strony niż większość „zwykłych” filmów.

Teoretycznie ten film mógłby stanowić doskonały przyczynek do dyskusji nad postrzeganiem wojny secesyjnej i ogólnie Południa USA. Jest jednak pewien szkopuł, który może wytrącić z ręki argumenty miłośnikom Skonfederowanych Stanów Ameryki.

Autor Widmo!

Prawdziwa tożsamość autora książki na podstawie której nakręcono film – Forresta Cartera – nie była znana opinii publicznej. W 1976 roku wydał on następną powieść, „The Education of Little Tree”, w której twierdził, że był sierotą wychowanym przez Indian z plemienia Cherokee. Książka okazała się wielkim sukcesem wydawniczym – trafiła nawet na listę bestsellerów „New York Timesa”. Dziennikarze tej gazety postanowili odkryć tożsamość tajemniczego twórcy. Rezultaty śledztwa prawdopodobnie przerosły ich oczekiwania. Okazało się bowiem, że pod pseudonimem kryje się Asa Earl Carter, czyli jeden z ówczesnych liderów Ku Klux Klanu. Był również członkiem organizacji o wymownej nazwie White Citizens’ Council. Został jednak z niej usunięty za nadmierny ekstremizm. Carter znany jest również jako autor niesławnego przemówienia napisanego dla gubernatora Alabamy Georga Wallace’a – „Segregacja jest dziś, będzie jutro i będzie zawsze”. Nieprzychylni dziennikarze nie pozostawili na Clincie suchej nitki – został nawet nazwany faszystą.

Sprawa jednak przycichła i życiorys Asy Cartera nie rzutuje już na odbiór tego wielkiego przeboju z lat 70. Na ekranie nie ma bowiem żadnych wątków rasistowskich czy segregacyjnych, więcej – Indianie są tam najbardziej pozytywnymi postaciami, a film jest hymnem pochwalnym na rzecz wolności.

Jestem przeciwnikiem interpretowania filmu przez pryzmat biografii autora – dla mnie liczy się wyłącznie to, co widać na ekranie. W tym przypadku mamy do czynienia z doskonałym i wartym obejrzenia – bo innym niż wszystkie – filmem. Niezwykle kontrowersyjna postać Asy Cartera jest tylko kolejnym powodem, dla którego warto się zapoznać z „Wyjętym spod prawa…”. Film, który zaprzecza większości stereotypów, nakręcony został na podstawie książki osoby, która reprezentuje sobą wszystko to, co najgorsze na Południu. Piękny paradoks!







  • Mefisto

    Świetny tekst. Sam film także bardzo dobry, choć jednak miejscami nieco ciężko go się ogląda, a fabuła potrafi się dłużyć.

  • hans von kloss

    Kolejny dowód na to, ze publicystyka w KMF stoi na bardzo wysokim poziomie (w wiekszosci,wpadek nie licze). Super tekst,kolejny z cyklu.tak trzymac.

  • mati

    Bardzo ciekawy tekst.

    Akurat ostatnio oglądałem ten film na TVN7.

  • John Wayne

    Bardzo dobre, dzięki za smaczki około filmowe!






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Układ zamknięty

Następny tekst

Martwe zło



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE