nowości kinowe

Wszyscy ludzie prezydenta

Powstanie scenariusza, który do dzisiaj budzi podziw swoim dynamizmem i przyniósł Williamowi Goldmanowi Oscara, to była prawdziwa droga przez mękę.

Autor: Karolina Chymkowska
opublikowano

Tekst z Archiwum film.org.pl.

 

Marzenie każdego dziennikarza: wpaść na trop takiej historii, wycisnąć ją jak cytrynę, zgłębić do samego dna. Natknąć się na przełomowy temat i w efekcie napisać artykuł życia.

Zauważyliście, jaką mamy w Polsce epidemię dziennikarzy z lubością obdarzających samych siebie etykietką „śledczy”? Nawet jeśli ich największy sukces to wykrycie źródła salmonelli w przedszkolnej kuchni. Każdy pismak może marzyć – niektórym nawet się udaje spełnić swoje pragnienia.

Spójrzmy na takiego Boba Woodwarda: dziś ma na koncie 12 książek i dwie nagrody Pulitzera, nie ma chyba osoby, która by nie znała jego nazwiska. A przecież jego reporterski okres próbny w Washington Post zakończył się całkowitą porażką i relegacją do Montgomery Sentinel. Świetne pióro Carla Bernsteina i jego opinia człowieka, który zna wszystkich i o każdym coś wie, nie uchroniły go od niekończącego się raportowania mniej lub bardziej interesujących lokalnych newsów, których żywot rzadko przekraczał jeden dzień. Kto wie, jak długo krążyliby po orbicie wydarzeń, gdyby reporterski nos im nie podpowiedział, że włamanie do siedziby Partii Demokratycznej to coś więcej, niż tylko jednorazowy, odosobniony przypadek? Gdyby nie uruchomili łańcucha zdarzeń, który zakończył się jednym z największych skandalów w politycznej historii USA? Kiedy Carl Bernstein pierwszy odważył się powiedzieć na głos „Richard Nixon”, usłyszał „znajdź dowody”. Paranoja paranoją, ale jeśli chcesz uderzyć w urzędującego prezydenta, musisz mieć w ręku coś bardziej konkretnego niż pomówienia. Woodward i Bernstein mieli swoją porcję szczęścia – w osobie informatora, przez wiele dekad znanego jako Głębokie Gardło, aż wreszcie postanowił się ujawnić w 2005 roku, na trzy lata przed śmiercią, w wywiadzie dla Vanity Fair. Okazał się nim być William Mark Felt, w owym czasie zastępca dyrektora FBI.

W 1974 roku Woodward i Bernstein napisali książkę pod tytułem Wszyscy ludzie prezydentaAll the President’s Men, co było aluzją do fragmentu dziecinnego wierszyka o Humptym Dumptym (Wańce Wstańce): „all the king’s horses and all the king’s men, couldn’t put Humpty together again”. Dwa lata później książka została przeniesiona na duży ekran. Nie był to przypadek fascynacji literackim pierwowzorem – jeśli wierzyć Woodwardowi, na jej napisanie duży wpływ miał Robert Redford, który nie tylko zagwarantował chęć wykupienia praw do ekranizacji, ale również zasugerował kilka poprawek do tekstu, które ostatecznie okazały się kluczowe. Przede wszystkim odradził dziennikarzom skupianie się na aferze Watergate jako takiej, a bardziej na prowadzonym śledztwie, kolejnych jego etapach, wzlotach i upadkach.

To Redfordowi zatem w dużej mierze zawdzięczamy to, czym jest film Wszyscy ludzie prezydenta – fascynującym studium reporterskiego śledztwa, pokazywanym od kuchni, w każdym szczególe, krok po kroku. Do dzisiaj ogląda się to z zapartym tchem, chociaż w rutynie dziennikarskiej zmieniło się tak wiele, szturmem wszedł internet, bazy danych, powszechny dostęp do informacji, blogi, PR i portale społecznościowe. Tym bardziej praca Woodwarda i Bernsteina budzi niekłamany podziw. Burza mózgów, kto zna kogo i kogo zna ten ktoś, i co ten ktoś może załatwić. Wybiegi i podchody, by wydobyć listę nazwisk. Mozolne odcedzanie prawdy od kłamstwa i oddzielanie ziarna od plew. Telefon za telefonem, morze kawy, urabianie godzina za godziną przerażonej informatorki, by zechciała nieśmiałym bąknięciem potwierdzić istnienie jakiegoś pojedynczego fragmentu układanki.

Powstanie scenariusza, który do dzisiaj budzi podziw swoim dynamizmem i przyniósł Williamowi Goldmanowi Oscara, to była prawdziwa droga przez mękę. W zasadzie jedynym, który okazał scenarzyście wsparcie i udzielił pomocy, był Bob Woodward. Pierwszy zarys nie przypadł do gustu ani Redfordowi, ani Bernsteinowi (i jego ówczesnej partnerce, Norze Ephron). Redford zasugerował, by para podsunęła Goldmanowi kilka podpowiedzi, oni jednak poszli na całość i stworzyli własny scenariusz. Goldman poczuł się zdradzony i wystawiony do wiatru – na dodatek bez sensu, bo wersja Ephron i Bernsteina nie spodobała się Redfordowi również. Carl jawił się w niej jako pełen nieodpartego uroku Casanova. Ostatecznie jedna scena z tej autolaurki przedostała się do filmu – ta, w której Bernstein kokietuje sekretarkę. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca.

Kiedy na stołku reżysera zasiadł Alan J. Pakula, nieszczęsny scenariusz uległ kolejnym metamorfozom. Długo utrzymująca się plotka głosiła, że Goldman był w zasadzie figurantem, a końcowa wersja tekstu powstała jako efekt całonocnych posiedzeń Pakuli i Redforda. Dopiero uczciwa praca porównawcza Richarda Staytona z magazynu Written By, który zadał sobie trud, żeby zestawić ze sobą poszczególne próbki, oddała w końcu Goldmanowi co Goldmanowe.

Nieco lepiej powiodło się aktorom – Dustinowi Hoffmanowi, który wcielił się w Carla Bernsteina, i Redfordowi, tym razem jak odtwórcy roli Woodwarda. Spędzali długie rodziny w salach konferencyjnych w redakcji Washington Post, działając dziennikarzom na nerwy ciągłym patrzeniem im na ręce. Była to decyzja Bena Bradlee, redaktora naczelnego i bezpośredniego przełożonego pary głównych bohaterów, który dostrzegł w filmie szansę, by rozprawić się z negatywnymi stereotypami ciążącymi na branży medialnej. Ekipa nie dostała jednak pozwolenia na filmowanie w rzeczywistych wnętrzach, dlatego każdy przedmiot został wymierzony, sfotografowany i odtworzony. Dla potrzeb autentyzmu zakupiono nawet 200 biurek (500 dolarów sztuka) od tej samej firmy, która zaopatrywała Post w 1971 roku, i wykonano replikę książki telefonicznej.

Ta długa i wyboista droga wreszcie doprowadziła do właściwego finału. Właściwego, ponieważ – co stwierdzam bez najmniejszych wątpliwości i z pełną odpowiedzialnością – powstało arcydzieło.

Film zaczyna się w chwili, gdy grupa „hydraulików” zostaje przyłapana na włamaniu do siedziby Partii Demokratycznej i zaciągnięta przed sąd. Młody i pełen werwy reporter Bob Woodward (Robert Redford) zostaje oddelegowany na rozprawę sądową dotyczącą tej – jak się zdaje – błahej sprawy. Od razu widać, że to typ, który – jeśli wyrzucić do drzwiami – wróci oknem, nie tracąc przy tym ujmującego uśmiechu. Przeczucie mu mówi, że w sprawie kryje się coś więcej, zwłaszcza gdy wychodzi na jaw, że jeden z włamywaczy ma powiązania z CIA. We współpracy z redakcyjnym kolegą, Carlem Bernsteinem (Dustin Hoffman) rozpoczynają śledztwo, które stopniowo ujawnia kolejne warstwy korupcji i manipulacji, prowadzące przez Komitet Reelekcji aż do samego prezydenta Nixona.

Chemia między Redfordem a Hoffmanem jest wspaniała, zwłaszcza dzięki zbilansowaniu przez trzeci wierzchołek trójkąta – Jasona Robardsa w roli naczelnego Bena Bradlee, starego wyjadacza, który na dziennikarskim chlebie zęby zjadł. Pozornie chłodny profesjonalista, jest w stanie zaufać swoim pracownikom na tyle, by oddać w ich ręce swoją zawodową reputację i prestiż ukochanej gazety, ale jednocześnie studzi ich gorące głowy, domagając się dowodów, świadków i źródeł. W cieniu garażu przewija się grający głównie głosem Hal Holbrook, czyli bezimienne Głębokie Gardło, podsuwający Woodwardowi tropy i nakłaniający go do nieustannej dedukcji. I wreszcie reprezentujący solidny ojcowski racjonalizm Jack Warden jako Harry M. Rosenfeld, redaktor stający na drodze hienom z konkurencji, zawsze gotowym podebrać temat – człowiek o mentalności trenera footballu, rozdartego między błaganiem a poganianiem swoich podopiecznych (cytując Woodwarda).

Żywe interakcje między tą grupą i dynamiczny scenariusz budują w sumie wrażenie niesamowitej autentyczności. Jesteśmy częścią śledztwa, stoimy nad ramieniem Woodwarda, niecierpliwie oczekujemy telefonu od Bernsteina. Skreślamy kolejnych podejrzanych i z jękiem zawodu przyjmujemy kolejne zatrzaśnięte drzwi. Czujemy, jak w żyłach buzuje nam kofeina od nadmiaru wypitych kaw i nagle zaczynamy gestykulować równie żywo i nerwowo jak Bernstein. Zaciskamy zęby, oczekując informacji, na którą stronę trafi nasz artykuł. I wreszcie pogrążamy się w czystej, musującej satysfakcji należnej tym, którym udało się trafić na temat życia i właściwie go zrealizować. Nawet jeśli rzeczywistość nam tego spełnienia odmówi, filmowa magia działa bez zarzutu. Na taśmie filmowej Woodward i Bernstein zawsze robią dobrą robotę – i zawsze można na nich liczyć.

Ostatnio dodane