Wszyscy ludzie prezydenta - All the President's Men | FILM.ORG.PL

Wszyscy ludzie prezydenta

Powstanie scenariusza, który do dzisiaj budzi podziw swoim dynamizmem i przyniósł Williamowi Goldmanowi Oscara, to była prawdziwa droga przez mękę.




Kawa, ołówek i Richard Nixon




Karolina Chymkowska
10.02.2016


Tekst z Archiwum film.org.pl.

 

Marzenie każdego dziennikarza: wpaść na trop takiej historii, wycisnąć ją jak cytrynę, zgłębić do samego dna. Natknąć się na przełomowy temat i w efekcie napisać artykuł życia.

Zauważyliście, jaką mamy w Polsce epidemię dziennikarzy z lubością obdarzających samych siebie etykietką „śledczy”? Nawet jeśli ich największy sukces to wykrycie źródła salmonelli w przedszkolnej kuchni. Każdy pismak może marzyć – niektórym nawet się udaje spełnić swoje pragnienia.

Spójrzmy na takiego Boba Woodwarda: dziś ma na koncie 12 książek i dwie nagrody Pulitzera, nie ma chyba osoby, która by nie znała jego nazwiska. A przecież jego reporterski okres próbny w Washington Post zakończył się całkowitą porażką i relegacją do Montgomery Sentinel. Świetne pióro Carla Bernsteina i jego opinia człowieka, który zna wszystkich i o każdym coś wie, nie uchroniły go od niekończącego się raportowania mniej lub bardziej interesujących lokalnych newsów, których żywot rzadko przekraczał jeden dzień. Kto wie, jak długo krążyliby po orbicie wydarzeń, gdyby reporterski nos im nie podpowiedział, że włamanie do siedziby Partii Demokratycznej to coś więcej, niż tylko jednorazowy, odosobniony przypadek? Gdyby nie uruchomili łańcucha zdarzeń, który zakończył się jednym z największych skandalów w politycznej historii USA? Kiedy Carl Bernstein pierwszy odważył się powiedzieć na głos „Richard Nixon”, usłyszał „znajdź dowody”. Paranoja paranoją, ale jeśli chcesz uderzyć w urzędującego prezydenta, musisz mieć w ręku coś bardziej konkretnego niż pomówienia. Woodward i Bernstein mieli swoją porcję szczęścia – w osobie informatora, przez wiele dekad znanego jako Głębokie Gardło, aż wreszcie postanowił się ujawnić w 2005 roku, na trzy lata przed śmiercią, w wywiadzie dla Vanity Fair. Okazał się nim być William Mark Felt, w owym czasie zastępca dyrektora FBI.

W 1974 roku Woodward i Bernstein napisali książkę pod tytułem Wszyscy ludzie prezydentaAll the President’s Men, co było aluzją do fragmentu dziecinnego wierszyka o Humptym Dumptym (Wańce Wstańce): „all the king’s horses and all the king’s men, couldn’t put Humpty together again”. Dwa lata później książka została przeniesiona na duży ekran. Nie był to przypadek fascynacji literackim pierwowzorem – jeśli wierzyć Woodwardowi, na jej napisanie duży wpływ miał Robert Redford, który nie tylko zagwarantował chęć wykupienia praw do ekranizacji, ale również zasugerował kilka poprawek do tekstu, które ostatecznie okazały się kluczowe. Przede wszystkim odradził dziennikarzom skupianie się na aferze Watergate jako takiej, a bardziej na prowadzonym śledztwie, kolejnych jego etapach, wzlotach i upadkach.

To Redfordowi zatem w dużej mierze zawdzięczamy to, czym jest film Wszyscy ludzie prezydenta – fascynującym studium reporterskiego śledztwa, pokazywanym od kuchni, w każdym szczególe, krok po kroku. Do dzisiaj ogląda się to z zapartym tchem, chociaż w rutynie dziennikarskiej zmieniło się tak wiele, szturmem wszedł internet, bazy danych, powszechny dostęp do informacji, blogi, PR i portale społecznościowe. Tym bardziej praca Woodwarda i Bernsteina budzi niekłamany podziw. Burza mózgów, kto zna kogo i kogo zna ten ktoś, i co ten ktoś może załatwić. Wybiegi i podchody, by wydobyć listę nazwisk. Mozolne odcedzanie prawdy od kłamstwa i oddzielanie ziarna od plew. Telefon za telefonem, morze kawy, urabianie godzina za godziną przerażonej informatorki, by zechciała nieśmiałym bąknięciem potwierdzić istnienie jakiegoś pojedynczego fragmentu układanki.

Powstanie scenariusza, który do dzisiaj budzi podziw swoim dynamizmem i przyniósł Williamowi Goldmanowi Oscara, to była prawdziwa droga przez mękę. W zasadzie jedynym, który okazał scenarzyście wsparcie i udzielił pomocy, był Bob Woodward. Pierwszy zarys nie przypadł do gustu ani Redfordowi, ani Bernsteinowi (i jego ówczesnej partnerce, Norze Ephron). Redford zasugerował, by para podsunęła Goldmanowi kilka podpowiedzi, oni jednak poszli na całość i stworzyli własny scenariusz. Goldman poczuł się zdradzony i wystawiony do wiatru – na dodatek bez sensu, bo wersja Ephron i Bernsteina nie spodobała się Redfordowi również. Carl jawił się w niej jako pełen nieodpartego uroku Casanova. Ostatecznie jedna scena z tej autolaurki przedostała się do filmu – ta, w której Bernstein kokietuje sekretarkę. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca.

Kiedy na stołku reżysera zasiadł Alan J. Pakula, nieszczęsny scenariusz uległ kolejnym metamorfozom. Długo utrzymująca się plotka głosiła, że Goldman był w zasadzie figurantem, a końcowa wersja tekstu powstała jako efekt całonocnych posiedzeń Pakuli i Redforda. Dopiero uczciwa praca porównawcza Richarda Staytona z magazynu Written By, który zadał sobie trud, żeby zestawić ze sobą poszczególne próbki, oddała w końcu Goldmanowi co Goldmanowe.

Nieco lepiej powiodło się aktorom – Dustinowi Hoffmanowi, który wcielił się w Carla Bernsteina, i Redfordowi, tym razem jak odtwórcy roli Woodwarda. Spędzali długie rodziny w salach konferencyjnych w redakcji Washington Post, działając dziennikarzom na nerwy ciągłym patrzeniem im na ręce. Była to decyzja Bena Bradlee, redaktora naczelnego i bezpośredniego przełożonego pary głównych bohaterów, który dostrzegł w filmie szansę, by rozprawić się z negatywnymi stereotypami ciążącymi na branży medialnej. Ekipa nie dostała jednak pozwolenia na filmowanie w rzeczywistych wnętrzach, dlatego każdy przedmiot został wymierzony, sfotografowany i odtworzony. Dla potrzeb autentyzmu zakupiono nawet 200 biurek (500 dolarów sztuka) od tej samej firmy, która zaopatrywała Post w 1971 roku, i wykonano replikę książki telefonicznej.

Ta długa i wyboista droga wreszcie doprowadziła do właściwego finału. Właściwego, ponieważ – co stwierdzam bez najmniejszych wątpliwości i z pełną odpowiedzialnością – powstało arcydzieło.

Film zaczyna się w chwili, gdy grupa „hydraulików” zostaje przyłapana na włamaniu do siedziby Partii Demokratycznej i zaciągnięta przed sąd. Młody i pełen werwy reporter Bob Woodward (Robert Redford) zostaje oddelegowany na rozprawę sądową dotyczącą tej – jak się zdaje – błahej sprawy. Od razu widać, że to typ, który – jeśli wyrzucić do drzwiami – wróci oknem, nie tracąc przy tym ujmującego uśmiechu. Przeczucie mu mówi, że w sprawie kryje się coś więcej, zwłaszcza gdy wychodzi na jaw, że jeden z włamywaczy ma powiązania z CIA. We współpracy z redakcyjnym kolegą, Carlem Bernsteinem (Dustin Hoffman) rozpoczynają śledztwo, które stopniowo ujawnia kolejne warstwy korupcji i manipulacji, prowadzące przez Komitet Reelekcji aż do samego prezydenta Nixona.

Chemia między Redfordem a Hoffmanem jest wspaniała, zwłaszcza dzięki zbilansowaniu przez trzeci wierzchołek trójkąta – Jasona Robardsa w roli naczelnego Bena Bradlee, starego wyjadacza, który na dziennikarskim chlebie zęby zjadł. Pozornie chłodny profesjonalista, jest w stanie zaufać swoim pracownikom na tyle, by oddać w ich ręce swoją zawodową reputację i prestiż ukochanej gazety, ale jednocześnie studzi ich gorące głowy, domagając się dowodów, świadków i źródeł. W cieniu garażu przewija się grający głównie głosem Hal Holbrook, czyli bezimienne Głębokie Gardło, podsuwający Woodwardowi tropy i nakłaniający go do nieustannej dedukcji. I wreszcie reprezentujący solidny ojcowski racjonalizm Jack Warden jako Harry M. Rosenfeld, redaktor stający na drodze hienom z konkurencji, zawsze gotowym podebrać temat – człowiek o mentalności trenera footballu, rozdartego między błaganiem a poganianiem swoich podopiecznych (cytując Woodwarda).

Żywe interakcje między tą grupą i dynamiczny scenariusz budują w sumie wrażenie niesamowitej autentyczności. Jesteśmy częścią śledztwa, stoimy nad ramieniem Woodwarda, niecierpliwie oczekujemy telefonu od Bernsteina. Skreślamy kolejnych podejrzanych i z jękiem zawodu przyjmujemy kolejne zatrzaśnięte drzwi. Czujemy, jak w żyłach buzuje nam kofeina od nadmiaru wypitych kaw i nagle zaczynamy gestykulować równie żywo i nerwowo jak Bernstein. Zaciskamy zęby, oczekując informacji, na którą stronę trafi nasz artykuł. I wreszcie pogrążamy się w czystej, musującej satysfakcji należnej tym, którym udało się trafić na temat życia i właściwie go zrealizować. Nawet jeśli rzeczywistość nam tego spełnienia odmówi, filmowa magia działa bez zarzutu. Na taśmie filmowej Woodward i Bernstein zawsze robią dobrą robotę – i zawsze można na nich liczyć.

Karolina Chymkowska

Karolina Chymkowska

Redaktor naczelny na film.org.pl.
Jestem filmowym profilerem. Kino to dla mnie przede wszystkim emocje. Bohaterowie. Niuanse. Półtony. Lubię wgryzać się pod powierzchnię, szukać tego, co niedopowiedziane.
Karolina Chymkowska

Latest posts by Karolina Chymkowska (see all)







  • Adam Nguyen

    Okej,
    do tej pory nigdy nie skojarzyłem „All the President’s Men” z „All the
    king’s horses and all the king’s men”. Yeah…it kinda makes sense now.

    Uznaje to za poważną, osobistą porażkę. 10 punktów karnych dla Griffindoru.

  • Jakub Piwoński

    czas najwyższy nadrobić zaległość.

  • Kazik

    W sumie często śmieję się z tego filmu i jednocześnie podziwiam, przede wszystkim za to, że udało mu się stworzyć atmosferę zagrożenia z tytułu… no właśnie, z tytułu czego? Ponieważ jedni drugim założyli podsłuch?:) Tylko tyle?
    W tym sensie film ten jest jawnie szkodliwy, sugeruje bowiem, że coś tak błahego jeżeli chodzi o arenę wielkiej polityki nagle urasta to niemalże największego skandalu w dziejach. Tak jak gdyby żaden polityk czy polityczna partia nie była nigdy zamieszana w zabójstwa, kontakty z mafią itd. NIe. „Wszyscy ludzie prezydenta” opowiadają o tym jaki to świat polityki był pachnący i płynący miodem, do momentu kiedy się okazało, że, UWAGA SPOILER! prezydent USA Richard Nixon był zamieszany w podłożenie podsłuchu politycznej konkurencji. Jezusie miłosierny! Przecież nikt nigdy czegoś tak niegodziwego nigdy nie uczynił, to jest po prostu straszne! Nie chce się w to wierzyć! Jak to możliwe?! Film Pakuli tak naprawdę poprzez tworzenie sencacji tam gdzie jej nie powinno być. (ciekaw jestem ile tego typu akcji odbywa się w USA KAŻDEJ godziny) sprzyja politykom, dokonując prostackiej manipulacji na widzu, sugerując mu, że wszystko co złe w polityce to tylko i wyłącznie niecne podsłuchiwanie politycznych przeciwników, cała reszta to bajka.

    • Mefisto

      Gratuluję – najwyraźniej nie znasz historii najnowszej.

    • Jokullus

      Pomijam sam wywód: „ojej pokazują rzeczy robiąc z nich sensacje, kiedy to się dzieje non stop” bo to kretynizm, zwłaszcza w kontekście afery Watergate, albo ogólnie polityki, ALE sugestia że film „Wszyscy ludzie prezydenta” wmawia widzowi wizje świata, gdzie „wszystko co złe w polityce to tylko i wyłącznie niecne podsłuchiwanie” to jest bomba ^^
      Kaziku, co sądzisz o takich filmach jak „Szpieg”, „Leon zawodowiec” czy „Ptaki”? Bo dla mnie to jest szczyt chamstwa, że wmawiają tam ludziom iż wszystko co złe w polityce to szpiegostwo, w dobrym życiu to policja (która zawsze dużo ćpa), a w wyjazdach poza miasto ptaki, szczególnie mewy ;_;

      • Kazik

        Ja akurat bardzo dobrze sądzę o tych filmach, które wymieniłeś, bo to jest zupełnie inne kino.
        Sądzisz, że gdyby film Pakuli opowiadał np. o tym, że Nixon okazał się sowieckim szpiegiem, to napisałbym to samo? Broń Cię Panie Boże. To byłaby naprawdę bomba i wręcz powód aby Woodward i Bernstein moczyli się w nocy. Sikasz nie na to drzewo bo podejrzenie o szpiegostwo na rzecz innego kraju to akurat cholernie poważny zarzut. Nie wiem czy dokładnie zrozumiałeś o co mi chodzi. Nie wiem, być może rzeczywistość polityczna w latach 70-tych XX wieku była inna, na pewno była inna. W każdym bądź razie tworzenie mega sensacyjnego tematu, jakieś wywiady z osobami, które nie chcą nic mówić, spotykanie się po godzinach z nocnym informatorem itd. Wszystko po to aby odkryć tylko tyle, że gdzieś, ktoś komuś, założył aparat podsłuchowy? Wybacz, ale dzisiaj a nawet nie wiem czy wtedy również, jest to po prostu śmieszne. Szkoda np, że nie odkryto, że pan prezydent oddał mocz na trawniku przed Białym Domem. Zrozumiałeś co nie co?

        • Mefisto

          On dawno, natomiast Ty zdaje się nie ogarniasz najprostszych faktów. Może warto czasem poczytać wikipedię przed zabieraniem głosu? Ot tak, co by się nie ośmieszać publicznie.

          • Kazik

            To mnie oświeć w ramach tych faktów, bo coś mi mówi, że wiem więcej od Ciebie.

          • Mefisto

            Trudno oświecić debila, który zarzuca filmowi sprzed lat 40, w dodatku z fabułą wierną faktycznym wydarzeniom, które dokładnie tak jak przedstawia (a nawet bardziej) poruszyły Amerykanów, że rozdmuchuje błahe fakty i jest infantylny. Zrób nam wszystkim więc tą przysługę i przestań komentować, bo co czytam Twoje podpisiki, to mam ochotę wyrwać sobie ręce i się nimi udusić.

        • Jokullus

          W Stanach Zjednoczonych jest system dwupartyjny. W wyborach walczą Republikanie oraz Demokraci.
          Założenie podsłuchu jedynemu kontrkandydatowi przy użyciu państwowych służb -> zamach na podstawowe wartości demokracji, wolnych wyborów. Jeszcze pal licho gdyby zrobił to prywatnie – ale to było przy użyciu służb O.o Według Ciebie naprawdę szpiegostwo to większa sprawa niż próba inwigilacji rywali w wyborach?

          A tak pisząc Ci prosto z mostu Kaziu, żebyś się nie wysilał – szpiegostwo to „brudna” gra między najczęściej demokratycznymi państwami. Inwigilacja opozycji – to podchodzi pod autorytaryzm/totalitaryzm. Czaisz?

          • Kazik

            Jokullus, czaić, czaję, tyle, że panowie w garniturkach robią tyle najróżniejszych kurestw, chyba się zgodzisz, że inwigilacja opozycji przy pomocy aparatury podsłuchowej to naprawdę małe miki. Czaisz?

          • Jokullus

            W momencie kiedy przestaniesz wymagać (od innych, od siebie, od polityków, od państwa, od prawa itd.), a zostaniesz piewcą teorii „małe zło – duże zło” – to albo zostań politykiem, albo zastanów się kiedy na to zachorowałeś i zacznij się leczyć.

          • Kazik

            Nie pytaj co Polska dla Ciebie zrobiła tylko co Ty zrobiłeś dla Polski, tak?:) Ani razu Cię nie obrażałem, więc sam się lecz pierdolcu, który nie umiesz prowadzić dyskusji.

          • Jokullus

            xD Prowadzisz z nami wszystkimi wielowątkową debatę, ale nie chce Ci się nas czytać – spójrz jeszcze raz na mój poprzedni komentarz, przeczytaj go dokładnie, a może zauważysz że Cię w nim nie obraziłem ;) Do usłyszenia w kolejnej debacie :D

    • kelley

      czytajac podobne idiotyzmy w twoim, kazik, wykonaniu juz nawet zdziwiony nie jestem. z cynizmem to sie trzeba umiec obchodzic. ty ze swoim wygladasz jak dziesieciolatek z blasznaym pistolecikiem z puszki po piwie

      • Kazik

        kelley, stul swoje paluchy, albo jedź w tatry na naukę czytania. Jesteś tak beznadziejnie przewidywalny, że robi się niedobrze. Nieważne, kurwa, że kogoś stać, w tym przypadku mnie, na to aby coś podrążyć, próbować spojrzeć szerzej, w jakiś sposób starać się doprowadzić do dyskusji, choćby na temat portretowania polityki w filmie. NIE, najłatwiej walić, że „idz się leczyć, „idiotyzmy” itd. Nie? Więc dobrze, jesteś idiotą, tępym wałem, którego nie można sprowokować do dalszych głębszych dyskusji. Teraz lepiej? Ciągle nie umiesz pojąć w tym swoim pustym blaszanym łbie o czym pisałem. Więc koniec dyskusji. Liżcie się dalej nawzajem po fiutach.

        • kelley

          kaziku drogi, od ciebie takie slowa to prawdziwy komplement :)

    • Adam Nguyen

      Kazik specjalnie dla Ciebie:

      http://pl.wikipedia.org/wiki/Afera_Watergate

  • Deina

    Panowie. Uprzejmie proszę o zaprzestanie wycieczek osobistych, wstrzymanie się od nadmiaru epitetów, poszanowanie interlokutora i utrzymywanie dyskusji na poziomie merytorycznym. Dotyczy to wszystkich stron dialogu. Dziękuję za uwagę.

    • kelley

      oj tam, dei, nie badz taka drobiazgowa :)

      • Kazik

        I bardzo dobrze. Jedna kobieta ma tysiąc razy więcej klasy od was. Uczcie się.

        Adam, ja doskonale wiem czym była afera Watergate. Mogę się z niej śmiać? Dziękuję.

        • Adam Nguyen

          Dobra, niby wiesz, a jednak krytykujesz film za to, że – według
          Ciebie – rozdmuchuje obraz oraz wagę całej tej afery. Podczas gdy tak
          było naprawdę, scenarzyści nie wyciągnęli tego z tyłka. Piszesz, że
          wiesz czym było Watergate, powinieneś więc też wiedzieć jaki miało wpływ na
          społeczeństwo.

          Śmianie się z samej afery nijak ma się do
          jakości filmu, po którym pojechałeś. Cały ten Twój oryginalny post
          sprowadza się do osobistych wniosków na temat politycznego wydarzenia
          (mocno dyskusyjnych – delikatnie mówiąc), które postanowiłeś koślawo
          przekuć w argument przeciw filmowi Pakuli.

          Ba, mało tego – zasugerowałeś, że film „jest szkodliwy” przez to, że przekrzywia skalę afery. Mi się wydaje, że Ty jednak nie wiesz czym było Watergate.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pola kukurydzy i filmy, które je kochają – Zapiski na bilecie #5

Następny tekst

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #11



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE