Wściekłe psy | FILM.ORG.PL

Wściekłe psy

To prawie jak teatr. Bohaterowie umieszczeni są w jednym pomieszczeniu, co daje złudzenie, że niczym aktorzy na deskach teatru miotają się po scenie, aby przyciągnąć uwagę widza.




Kultowe psy




Andrzej Brzeziński
13.01.2013


Szkoda, że pisanie recenzji filmów Quentina Tarantino nie przychodzi mi tak łatwo, jak jemu pisanie tych długich dialogów, tak bardzo przecież charakterystycznych dla jego twórczości. Ciężko tu bowiem wysilać się na bycie oryginalnym. Co by o tym reżyserze nie napisać to nie sposób nie wspomnieć o tym jaką ogromną i bezwarunkową miłością darzy kino lub o ciekawostkach takich jak ta, iż filmowego fachu tak naprawdę nauczył się w wypożyczalni kaset video w Manhattan Beach California, gdzie pracował i miał dostęp do niezliczonej ilości filmów.

Jednak pomimo oczywistości powyższych faktów, koniecznie trzeba o nich wspomnieć. Inaczej nie można byłoby zrozumieć, w czym tak naprawdę tkwi geniusz dzieł Tarantino, a już na pewno grzechem byłoby pominięcie ich przy okazji recenzowania jego debiutanckiego dzieła. Dzieła, dzięki któremu Quentin otworzył sobie kopniakiem drzwi do Hollywood i którym na zawsze zmienił oblicze kina. Dzieła, bez którego nie powstałoby kultowe “Pulp Fiction”. Chodzi oczywiście o nie mniej kultowe “Wściekłe psy”.

Film rozpoczyna genialna scena, w której widzimy ośmiu mężczyzn siedzących przy stoliku w taniej restauracji. Jeden z nich analizuje piosenkę Madonny „Like a Virgin”, drugi próbuje znaleźć zapomniane nazwisko w notesie na adresy (co denerwuje pozostałych), a jeszcze inny wyraża swoje stanowisko dotyczące niedawania napiwków. To główni bohaterowie. Sześciu z nich jest ubranych w eleganckie garnitury o pseudonimach odnoszących się do kolorów, czyli Pan Blond, Pan Niebieski, Pan Brązowy, Pan Pomarańczowy, Pan Różowy i Pan Biały. Pozostali dwaj to ich zleceniodawcy, Joe Cabot i jego syn, Eddie. Już w tej początkowej scenie późniejszy twórca “Pulp Fiction” daje próbkę tego, co stało się wyznacznikiem jego filmów nadając im niesamowitego klimatu, czyli wciągających dialogów ‚”o niczym” i ciekawie zbudowanych charakterów postaci.

Wracając jednak do fabuły. Planują oni skok na sklep jubilerski. Jednak coś poszło nie tak, gdyż zaraz później (bo samego napadu nie dane jest nam zobaczyć) widzimy w pędzącym samochodzie Pana Białego i zakrwawionego Pana Pomarańczowego, który został postrzelony w brzuch. Akcja przenosi się do opuszczonego magazynu, gdzie oprócz Pana Białego i Pomarańczowego, na miejsce docierają Pan Różowy i nieco później Pan Blond. Razem starają się ustalić, co było przyczyną nieudanego napadu. Pada podejrzenie, ze ktoś z nich może być policyjną wtyczką (w końcu nic poza swoimi kolorowymi ksywkami o sobie nie wiedzą), a zaplanowany napad mógł być zasadzką. Czy pomimo wzajemnych oskarżeń i nieufności, uda im się ustalić kto zdradził? To po prostu trzeba zobaczyć…

“Wściekłe psy” nie są, jak wskazywałby powyższy opis, zwykłym filmem gangsterskim. To nie jest typowe mafijne kino spod znaku “Ojca chrzestnego” Francisa Ford Coppoli czy “Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone. Bliżej mu już do “Chłopców z Ferajny” Scorsese, jednak to też jeszcze inny kaliber. Tutaj wszystko jest do góry nogami, z przymrużeniem oka, trochę nie na serio. Akcja filmu oparta jest tylko i wyłącznie na charakterystycznych dla Tarantino dialogach i słownych zwrotach akcji. Nie mamy tu zatem widowiskowych pościgów, strzelanin. To prawie jak teatr.

Bohaterowie umieszczeni są w jednym pomieszczeniu, z wyjątkiem retrospekcji, co daje złudzenie, że niczym aktorzy na deskach teatru miotają się po scenie, aby przyciągnąć uwagę widza. I udaje im się to. Widz nie może oderwać oczu od ekranu, wsłuchując się w soczyste od wulgaryzmów dialogi i widząc przemoc, jaką do tej pory charakteryzowało się kino klasy B. Bo trzeba dodać, że “Wściekłe psy” to brutalny film, jednak przemoc jest tutaj tylko instrumentem, którym posłużył się Tarantino, aby stworzyć niesamowicie wciągające dzieło i składnikiem, jednym z wielu, które nakładają się na sukces tego filmu jak i pozostałych, które wówczas miały dopiero powstać.

Tarantino kocha kino – o tym już wszyscy wiedzą. Gdyby nie to uczucie, nie powstałby żaden z jego filmów. Swojemu uczuciu często daje wyraz „wypożyczając” sobie pomysły z innych, a następnie przerabiając na swój sposób i w swoim własnym niepodrabialnym stylu. Każde dzieło Tarantino jest kopalnią zapożyczeń, które uważny widz odkrywa w trakcie seansu, co stanowi kolejny element zabawy przy oglądaniu. Zresztą, sam Tarantino nie ukrywa swoich inspiracji. Nie inaczej jest w przypadku “Wściekłych psów”. Począwszy od nazewnictwa głównych bohaterów, które zainspirowane zostało filmem “Długiego postoju na Park Avenue” Josepha Sargenta z Warrenem Beaty i Robertem Shaw, a na odniesieniach fabularnych do “Płonącego miasta” Ringo Lama czy “Zabójstwa” Stanleya Kubricka, kończąc.

Niektóre sceny są nawet żywcem przeniesione z innych filmów. Mam tutaj na myśli kultową już scenę torturowania policjanta, w której Pan Blond obcina mu ucho. Tarantino bowiem klatka po klatce cytuje jeden z najsłynniejszych spaghetti westernów w historii kina, czyli “Django” Sergio Corbucciego. Scena ta we “Wściekłych psach” zrobiła tyle samo zamieszania, co jej pierwowzór w 1966 roku, i niemal wyleciała z ostatecznej wersji filmu. Reżyser jednak w ostatniej chwili ucieka kamerą z pola widzenia pokazując jedynie pustą przestrzeń. Widz jedynie słysząc krzyki policjanta, dopowiada sobie, jak ta scena może wyglądać naprawdę i samodzielnie kreuje w swej wyobraźni krwawe obrazy. Warto w tym miejscu dodać, że autorem zdjęć był tutaj nasz rodak, Andrzej Sekuła, który później współpracował jeszcze z Tarantino przy “Pulp Fiction” i jednym segmencie z “Czterech Pokoi”.

Sukces “Wściekłych psów” nie byłby tak ogromny gdyby nie znakomite aktorstwo. Na pierwszy plan wysuwają się tutaj Tim Roth, jako Pan Pomarańczowy, i Harvey Keitel w roli Pana Białego. Ten pierwszy stworzył w tym filmie jedną z pierwszych ważniejszych kreacji w karierze, a gdyby nie Keitel debiut Tarantino nigdy nie ujrzałby światła dziennego. To on bowiem zwrócił uwagę na scenariusz początkującego reżysera, zgodził się wystąpić w jednej z głównych ról, dzięki czemu budżet z 150 tysięcy dolarów wzrósł do 350 tysięcy. Jedną z lepszych kreacji zarówno w filmie, jak i swojej karierze, stworzył Michael Madsen jako psychopatyczny Pan Blond. Jego rola zapamiętana została głównie przez wspomnianą już scenę obcinania ucha, w której podryguje w rytm “Stuck in the Middle With You “ w wykonaniu Stealers Wheel, czy kultowy tekst “Are you gonna bark all day, little doggie, or are you gonna bite?”.

Zresztą, we “Wściekłych psach” każda postać wypowiada tekst, który na stałe wpisał się na listę najpopularniejszych cytatów filmowych. Tak więc mamy tu Steviego Buscemi jako świetnego Pana Różowego i jego tekst o poglądach na dawanie napiwków, Chrisa Penna jako “Nice Guy” Eddie’ego i jego historyjkę o bitej kobiecie, która odegrała się na mężu w drastyczny sposób, czy samego Quentina Tarantino i jego monolog na temat znaczenia piosenki Madonny. To tylko niektóre przykłady, bo wymieniać można by w nieskończoność. W każdym razie trzeba to usłyszeć na własne uszy i zobaczyć na własne oczy, bo te dialogi nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie aktorzy, którzy je wypowiadają.

“Wściekłe psy” to dzieło, które swego czasu podzieliło swoich widzów pomiędzy absolutnych pasjonatów i zatwardziałych przeciwników. Jedni zachwycali się świetnymi rolami, kapitalnymi dialogami, czy rewelacyjną ścieżką dźwiękową. Drudzy z kolei zarzucali reżyserowi epatowanie przemocą, okrucieństwo oraz wulgarność.

Dziś to prawdziwy klasyk, który obecnie jest jednym tchem wymieniany obok innych gigantów gangsterskiego kina i nie tylko. Słynną scenę obcinania ucha porównywano do sceny morderstwa pod prysznicem z “Psychozy” Hitchcocka, a samego Tarantino do Sama Peckinpaha, Martina Scorsese czy Abela Ferrary. Krytycy wyrobili sobie przychylne opinie o debiutanckim dziele Tarantino i nawet Ci, u których wywoływał skrajne emocje, podkreślają jego wkład w historię kina. Styl zapoczątkowany przez niego we “Wściekłych psach”, a rozwinięty później w “Pulp Fiction”, znalazł również wielu naśladowców. Najlepszym przykładem będzie Guy Ritchie i jego “Porachunki” oraz “Przekręt”, co chyba najlepiej świadczy o wartości tego obrazu. Ten film to po prostu pozycja obowiązkowa!

Aaron

Jestem wielkim miłośnikiem kina spod ręki takich geniuszy jak Paul
Thomas Anderson, Stanley Kubrick, Quentin Tarantino czy Joel i Ethan
Coen oraz w wykonaniu takich talentów jak Philip Seymour Hoffman,
Daniel Day-Lewis oraz Kate Winslet. Lista moich ulubionych filmów,
tych najbliższych mojemu sercu jest bardzo długa i nie ma sensu jej
tutaj wypisywać. Jednak gdy ktoś pyta mnie o wskazanie tego jedynego,
zawsze odpowiadam, że jest to "Magnolia" Paula Thomasa Andersona.






  • Mefisto

    Warren Beaty nie ma nic wspólnego z Taking of Pelham 123 – Walter Matthau gra tam w opozycji do Shawa :)

    • Aaron

      Przyznaje, mały błąd. Nie wiem czemu, ale twarze tych aktorów jakoś dziwnie wydają mi się podobne i ich nazwiska zwyczajnie mi się mieszają.

  • Mr.Mbutu

    Porównywanie sceny z ucinanym uchem do prysznicowej z „Psychozy” to gruba przesada…

  • kadr

    A mnie już Tarantino normalnie wkurza z tym swoim coraz większym epigonizmem. Oto niezaprzeczalny triumf filmowej postmoderny Pewnie gdyby Tarantino nie istniał, należałoby go wymyślić. Czy naprawdę kręcąc chociażby western nie może stworzyć czegoś co byłoby stricte jego własne? Nie, on musi zapożyczać tytuł z innego westernu. Inaczej sobie nie poradzi. Tarantino wcale nie jest dobrym reżyserem. W sensie nie jest dobry sam z siebie, To po prostu zwyczajny DJ. Osiąga sukces WYŁĄCZNIE poprzez sukcesy tych twórców, którzy byli przed nim. Dlatego najlepsze filmy Tarantino nigdy nie będą klasykami na miarę, np „Rio Bravo”, które po prostu jest kanoniczne. Mam coraz większe wrażenie, że kariera Quentina Tarantino to po prostu jedno wielkie oszustwo. Genialne oszustwo.

    • niestety, nie masz racji. Status jego filmów mówi jedno: kadr kompletnie nie ma racji :) podobnie jak DJ (czy muzyka elektroniczna oparta na bicie) może być sztuką, tak samo QT cytujący, bawiący się treścią, formą, konwencjami, gatunkami i wciąż mrugający do widza, który wie, że wszystko, co widzi, to pastisz i właśnie zabawa – to też sztuka. I to jest jego własne, tarantinowskie, tylko jego. Albo to rozumiesz, albo nie tego rozumiesz. Cenić nie musisz, ale docenić wypada.

      • Grzegorz Fortuna

        Nie próbuj przekonać kadra, do jego świata nie docierają argumenty ;)

    • AnthonyCrow

      „Kradnę z każdego pojedynczego filmu, jaki kiedykolwiek powstał. Jeśli
      ludzie tego nie lubią, niech na nie nie idą i ich nie oglądają, jasne?
      Kradnę ze wszystkiego. Wielcy artyści kradną, nie składają hołdów.”
      QT

    • blaz

      Hej. Zgadzam się z Tobą i nie zgadzam. Uważam część jego filmów za genialne np. Pulp Fiction, Jackie Brown czy Wściekłe Psy. A niektóre też są według mojej opinii (podkreślam) gniotowate i zupełnie niepotrzebne jak np. kolejne Kill Bille i Grindhouse’y. Bękarty Wojny mnie po prostu znudziły. Zabawa konwencjami jest fajna, jeśli służy opowiadanej historii. Jeśli przeważa nad historią to może stać się kinowym odpowiednikiem grafomanii. (Oglądałem ostatnio Maczetę – w której produkcji też coś tam rzeźbił QT i nie mam pojęcia, po co robić takie filmy. Ok, że można składać hołd pewnej generacji filmów, tylko trzeba jeszcze coś od siebie dodać, a nie robić za DJ’a – jak to zgrabnie ująłeś.) Co do kradzieży – w tym rozumieniu – nowożytny teatr garściami kradnie ze starożytnego, współczesny teatr czerpie garściami z Szekspira i tak dalej. Fernand Leger nie wymyślił kubizmu, a Renoir nie wymyślił Impresjonizmu. Skądś go jednak „przejęli”, to nie umniejsza ich dziełom. Takie może górnolotne porównanie, ale oddaje myślę koncepcję, którą staram się wyrazić.

      Większość artystów jednak gdzieś się inspiruje, i podobnie w kinie jedne filmy są oryginalne, a inne wtórne. To raczej nigdy nie było wyznacznikiem czy produkcja jest dobra czy nie. A pod QT kolejne gwiazdy się chętnie podpinają bo właśnie mam wrażenie chcą się przejechać na owej Quentina „kultowości” właśnie. Tylko ile kolejnych filmów może być kultowych?

      Rio Bravo był świetny, tu się zgadzam. Ale np. Unforgiven też uważam za film wybitny, a tam się już na przykład Clint mocno przejechał po westernowych konwencjach.

      Tak kilka uwag, ode mnie i pozdrawiam wszystkich, którym się chce podyskutować o kinie :)

  • kadr

    Ależ pewnie, że doceniam. I z pewnością nikt tak nie miksuje w kinie jak on. A jednak, wolę filmowych filmowców od filmowych Dj-ów.

    • odpowiadaj proszę przez funkcję „reply”, łatwiej ogarnąć dyskusję :)

  • kadr

    „Wielcy artyści kradną, nie składają hołdów” To naprawdę zabawne bo cała twórczość Tarantino to nic innego jak składanie hołdu filmom od których kradnie co się da. W dodatku, facet, który sam o sobie mówi, że jest wielkim artystą, jest kabotynem.

    • AnthonyCrow

      Zdaje mi się, że Tarantino nigdy nie mówił o swoim złodziejstwie jako „hołdzie”. Dla niego kradzież to kradzież do której bezczelnie się przyznaje.
      Ja mu to wybaczam nie tylko za szczerość, ale też za to, że robi fantastyczne filmy rozrywkowe, które mają emocjonalnie wpływać na widza.
      Czy facet się uważa za wielkiego artystę, czy nie to już jest jego sprawa. Dla mnie jest gość jest świetny!

      :)

  • kadr

    Masz rację, jest bezczelny. I to na tyle bezczelny aby wrzucać wszystkich do jednego wora i bredzić, że co wielki artysta to coś tam ukradł. On tak. Niech więc ma na tyle klasy, żeby przyznać, że on kradnie najwięcej, jeżeli się już trzymamy terminu „kradzież”, ale nie. Tarantino bardzo chce aby jego „złodziejstwo” od dawna było wyznacznikiem jakości każdego „wielkiego” twórcy bo inaczej poczuje się jak zwyczajny złodziejaszek.

    Też lubię filmy Tarantino. Pewnie się zdziwisz, ale mam u siebie pełną kolekcję na Blu-Ray. Jednak zdecydowanie o niebo bardziej wolę oglądać to co uda mu się nakręcić niż słuchać tego co mówi.

    Grzegorzu Fortuna, odczep się. Zamiast negować innym prawo do własnych poglądów na temat światowych filmowców, postaraj się rzetelnie podchodzić do pisania kolejnych recenzji. Amen,

  • kadr

    Przy okazji, bardzo chciałbym, żeby Tarantino mnie oświecił co od kogo „ukradł” Sergio Leone albo Sam Peckinpah?

  • kadr

    A tak „Za garść dolarów” to „Straż przyboczna”






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jack Reacher: Jednym strzałem

Następny tekst

Skyfall Soundtrack



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE