Wróg numer 1 - recenzja filmu | FILM.ORG.PL



Wróg numer 1

Osama Obamy


Dla ostatnich 30 minut warto przeboleć seans beznamiętnego i nudnego śledztwa.

Zaczyna się płaczem w słuchawce telefonu. Zza ciemnego obrazu nic nie widać, słychać tylko szloch i przerażony głos osób, które za chwilę będą ofiarami zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku. 11 września 2001 roku to dzień, który zdefiniował nową tożsamość Amerykanów – zostali uderzeni mocno, dosadnie. Coś takiego nie mogło pozostać bez reakcji. Nikt nie może zdusić amerykańskiego snu, a już szczególnie gość, którego wskazano jako prowodyra zamachu, centralną postać światowego terroryzmu. Osama bin Laden musiał zostać zgładzony. 

„Wróg numer 1” to zapis tego, w jaki sposób doszło do zabicia OBL 2 maja 2011 roku, czyli 10 lat po zamachach na Stany. Fala entuzjazmu, która przebiegła jankeskie media w tamtym dniu, zmiotła na dłuższą chwilę zdrowy rozsądek osób, które wiedzą coś więcej ponad konstatację faktu, że Osama bin Laden był ważnym ogniwem w globalnym terroryzmie. Tak jak Arabowie palący w czasie licznych protestów portrety Busha, tak samo Amerykanie wznieśli sztandary z martwym OBL, zapominając, że Al Kaida to nie gra komputerowa, na której końcu jest boss do pokonania, ale światowa i zdecentralizowana sieć powiązań handlowych (m.in. broń, narkotyki), która pała się również klasycznym terroryzmem. Co ma na celu, to długo by mówić, niemniej śmierć Osamy to śmierć symbolu i jako taka musiała być odebrana wyłącznie pozytywnie. Na tej fali – i zgodnie z wolą Baracka Obamy – swój film zaczęła robić Kathryn Bigelow, która, za pozwoleniem prezydenta, miała dostęp do wielu tajnych dokumentów związanych z zabiciem OBL. Dlaczego ona? Co tam zobaczyła? Co przeczytała? Coś na pewno. Bo na bazie tego czegoś powstał film. Prawdziwy na tyle, na ile prawdziwe mogą być oficjalne dokumenty, wyjaśnienia.

Bohaterka „Zero Dark Thirty”, Maya, rozpoczyna swą pracę w 2003 roku towarzysząc scenom przesłuchania podejrzanego o wspieranie siatki terrorystycznej. Mimo ewidentnych tortur trudno stwierdzić, czy przesłuchiwany coś powiedział. A może nie miał nic do powiedzenia? A może nie powiedział tego, co przesłuchujący chciał usłyszeć? A może jednak coś powie? Podobne sceny widzieliśmy już w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma – poniżanie, ośmieszanie, fizyczne i psychiczne wycieńczanie służyły do wydobycia jakichś kluczowych informacji, co zdarzało się podobno niezwykle rzadko ze względu na przypadkowość aresztowań i podążanie mylnymi tropami. Bigelow nie dokonuje jednak oceny – tak ostre, nieludzkie traktowanie czasem przynosi skutek w postaci nazwiska, telefonu, miejsca. Czasem to rzeczywiście niesprawiedliwe, uwłaczające działanie, które daje jedno wielkie nic. Czasem jednak wystarczy sam areszt, aby rozwiązać język. Czasem zwykła rozmowa. W tle słychać już pewne politycznie narzucane ograniczenia (Barack, ok, wspomnimy o Twoich zasługach, już cicho…). Film jednak żadnej metody nie wartościuje, co może być wodą na młyn dla przeciwników „przesłuchań”, jak i zwolenników waterboardingu. Gdzie leży bowiem klucz do poznania prawdy?

Do niego stara się dotrzeć Maya. Ma życiowy cel – schwytanie wroga numer 1. Śledztwo prowadzone przez agentkę jest ślamazarne. Powolne. Rozciągnięte na lata. To cała masa papierkowej roboty, pisania raportów, dziesiątki spotkań na szczytach władzy agencyjnej. To oczekiwanie na decyzje z góry, beznamiętne spoglądanie w okno, za którym nie ma miejsca na sceny rodem z Bonda czy Bourne’a. Tutaj, jako widzowie, jesteśmy bardzo bliscy rzeczywistości, która jest nieefektowna i nieefektywna – bo z jednej strony wymusza zanurzenie się na wiele godzin w setki danych z protokołów przesłuchań, a z drugiej – trudno cokolwiek szybko zweryfikować, podjąć dobrą decyzję, bowiem nie lada sztuką jest dotarcie do świadków i potwierdzenie dowodów.

Pojawia się na przykład – w zeznaniach przesłuchiwanych świadków – nazwisko Abu Ahmeda, kuriera, który ma dostęp do samego OBL. Jest więc królik, który może doprowadzić do nory, w której jest wiadomo kto. Prawdopodobnie. To ważny element układanki, który domaga się dokładniejszego zlustrowania, kolejnych przesłuchań i rewizji tego, co już się wie. Można na niego stawiać, jak na dobrego konia, że jest dobrym celem do obserwacji. Jednak to wymaga zgód, rozmów, dowodów. Klasyczne biurokratyczne życie, które ma chronić odpowiednią ilość dup przed wtopami. Jasne i proste.

Kłopot w tym, że film, podobnie jak śledztwo, jest nieefektowny i nieefektywny. Idzie dokładnie tym tropem, co przyziemna, marudna, mało wydajna robota agentów CIA. O ile w prawdziwym świecie łatwo się na tego typu defekty zgodzić, tak w filmie, który musi emocjonować, zaskakiwać, intrygować, frapować, skłaniać do refleksji – tak być nie powinno. A jest.

„Wróg numer 1” to bowiem jedno z najnudniejszych śledztw filmowych. Zapowiedzi odnośnie szpiegowskiego tła i quasi-kryminalnej intrygi nie mają zaczepienia w filmie Bigelow. Proces rozpracowywania terrorystycznej siatki Al-Kaidy sprowadza się do wspomnienia kilku ważnych nazwisk i mało nachalną myśl, że o wzajemne wyniszczenie tutaj chodzi. Nie ma tu miejsca na pytanie „dlaczego”, tylko informowanie „kto” i „co”. Ale i tutaj nie ma tej złożoności i ogromu informacji, które zapowiadano – film bez problemu można ogarnąć bez gubienia myśli pośród brzmiących obco nazwisk.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=cAtWcvCxPhc

Spodziewający się błyskotliwego dochodzenia w stylu „JFK” czy „Zodiaka”, muszą swoje oczekiwania schować głęboko do kieszeni – to nie tego typu kino. Jakikolwiek proces dedukcyjny czy abdukcyjny? Niestety, nie. Bigelow zaciekawia – wszak to rzecz bardzo aktualna – ale ze względu na zbytnią powszedniość kompletnie nie intryguje, nie przykuwa do ekranu, nie powoduje obgryzania paznokci, nie spycha na krawędź fotela. Chłodna, beznamiętna narracja i jednostajne tempo pozbawiają pazura, potencjału, jaki miała ta gonitwa – niektórzy mogą nazwać ten stan nudą, co nie będzie tak dalekie od prawdy. Natrafiłem też na epitet „bezpłciowy”, co też nieźle oddaje oziębłość „Wroga”. W takim oskarżeniu nie czai się złośliwość – polowanie na Osamę domaga się przecież dramaturgii, czyli odpowiedniego napięcia dawkowanego w odpowiedni sposób – żeby zaskoczyć, dać upust emocjom, przyklasnąć w ważnym momencie, wkurzyć się gdy trzeba. We „Wrogu numer 1” tego nie ma. Nie ma! Bigelow, odwrotnie niż Stone i Fincher, nie prowadzi gry z widzem – ona go trzyma mocno za rączkę, nie pozwalając na zadawanie pytań, na podziwianie otoczenia.

W tej całej historii nie pomaga obecność Mayi, czyli Jessiki Chastain, bohaterki idealnie wpasowanej w ten daleki od efekciarstwa chłód i biurokratyczny realizm. To postać bez jakiejkolwiek osobowości – nie znamy jej życia prywatnego, o przeszłości wiemy tyle, że tuż po szkole średniej trafiła do CIA. Jej „partnerem” jest Osama bin Laden i to z polowania na niego uczyniła swój życiowy cel. Co ją motywuje, napędza? Trudno powiedzieć. Chęć zemsty za akt terroru na jej ojczyźnie? Obowiązek patriotyczny? Kariera? Pieniądze? Nic nie wiadomo. Maya nie ma historii – Maya ściga mitycznego potwora. Dlaczego? Bo tak. Jest oczywiście poirytowana sposobem podejmowania decyzji, czasami jest smutna, gdy przegrywa, czasem pełna nadziei, gdy coś wie, czego wcześniej nie wiedziała. Ale to tylko sceny, pojedyncze dowody na istnienie w niej jakichkolwiek emocji. Niebanalna uroda Chastain przykuwa do ekranu, ale żeby od razu pokłony przed warsztatem i Oscar na dokładkę? Nagradzanie takich bardzo przeciętnych kreacji to jest właśnie deprecjonowanie najważniejszych nagród w świecie filmowym. Daleko jej do analitycznego chłodu Jodie Foster z „Milczenia owiec”, motywacji uosobionej przez Claire Danes w „Homeland”.

Żeby nie było, że tylko narzekam. Tak naprawdę zdecydowanie największą wartością jest ostatnie pół godziny „Wroga numer 1”, kiedy Maya znika z ekranu, a pojawiają się Navy Seals, którzy wchodzą do domu, w którym spodziewają się zastać Osamę. Zaczyna się nowy film i kapitalnie zrealizowana scena. Trzymające w garści długie minuty – najpierw lotu śmigłowcami nad pakistańską pustyną, potem skradanie się po posesji, likwidacja kilku mieszkańców i to nerwowe oczekiwanie na spotkanie Geronimo, do którego oczywiście dochodzi. Zrealizowane w całkowitej ciszy, przerywanej tylko szeptami komandosów, krótkimi eksplozjami materiałów wybuchowych, pojedynczymi strzałami. Bigelow zbliża się tu do formy dokumentalnej, jakby tam rzeczywiście kamera była i towarzyszyła żołnierzom w trakcie krwawego spektaklu. Znakomite.

Ot, taka niezwykle smaczna wisienka na strawnym, lecz mało finezyjnym torcie. Bez odrobiny patosu – co się chwali – za to z nieukrywanym zadowoleniem zabito symbol tego, co złe i destrukcyjne. Czy warto było z tego powodu robić film? Ja mam wątpliwości, tym bardziej, że zewsząd słychać głosy o zbyt częstym mieszaniu się faktów z fantazją. Czyżby błogosławieństwo zobowiązywało?










Przeczytaj także:

World Trade Center
Yuma
Homeland
World War Z
Wszyscy mężczyźni Weroniki
W ciemno






  • kriegaffe

    Wydawało by się, że dla autora jedynym pozytywnym akcentem filmu jest ostatnie 30 minut akcji i tej akcji by chciał więcej przez cały film. No cóż, kwestia oczekiwań. Ja po tym filmie oczekuję chyba wszystkiego POZA akcją.

    • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

      niestety, oczekiwałem po prostu emocji i napięcia, których śledztwo mi nie dało, za to akcja na końcu – dała. Ot, proste.

      • krytyk

        weź ty się nie kompromituj ze swoimi ocenami filmów bo wychodzisz na pryszczatego nastolatka

        • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

          :)

  • Bogusz

    Ale to nie miała być bajeczka- jak właśnie „Homeland” (Szczególnie końcowe odcinki drugiej serii) „Zero Dark Thirty” opiera się na prawdziwych wydarzeniach, które siłą rzeczy nie będą tak atrakcyjne jak szalone pomysły scenarzystów. Zaś pierwowzorem wspomnianej Carrie wydaje się właśnie Maya z ZDT- łączy je intelekt, nieustępliwość, niechęć ze strony własnego środowiska, a przede wszystkim długoletnia pogoń za jednym z przywódców Al Kaidy.

    • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

      to jest kwestia reżyserii i scenariusza. Być może jest tak, że Bigelow wymyśliła sobie, że zrobi taki beznamiętny dramat. Można doceniać takie podejście, ale z drugiej strony to trochę rozczarowuje, bo emocji w tym niewiele. A tych naprawdę chciałem!

      • Bogusz

        Ciężko polemizować nad tym czy film wywołuje emocje, czy też nie, ponieważ jest to kwestia czysto subiektywna. Dla mnie jak najbardziej emocje są :-)

  • Adam Nguyen

    Rafał, ciekawi mnie co miałeś na myśli pisząc o odgórnych politycznych ograniczeniach. Jeżeli chodzi o fragment przemówienia Baracka, w którym przekazuje on swoją decyzję o zamknięciu programu „enhanced interrogations”, to myślę, że ciężko pisać o tym jak o laurce dla Obamy narzuconej przez Biały Dom. Jak sam napisałeś Bigelow nie wartościuje, nie mówi nigdzie, że tortury to samo zło i nie przedstawia decyzji Baracka jako zakończenia bestialskich praktyk i przywrócenie porządku. Sami bohaterowie filmu wyraźnie czują fałsz i hipokryzję tej sytuacji, wskazując nawet na fakt, że ich praca stała się przez to trudniejsza. Osobiście nie widzę w filmie najmniejszych chociażby, narzuconych politycznych ograniczeń. Pod tym względem ZDT jest zadziwiająco neutralny.

    • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

      biłem do sceny, w której nawiązuje się do ukrócenia brutalnych praktyk przesłuchiwania, co ma związek – dla mnie widoczny – z decyzją Obamy. Polityki jednak rzeczywiście praktycznie nie ma, ale wrodzona czujność nie pozwala mi do końca wierzyć w wersję oficjalną tej historii. Inaczej: nie mam powodu by nie wierzyć i nie mam powodu, by wierzyć ;)

      • Adam Nguyen

        No ja też pisałem o tym fragmencie wyżej, nadal jednak nie widzę w
        jaki sposób miałoby to być politycznym ograniczeniem. Decyzja Obamy nie
        została przedstawiona w filmie w sposób pozytywny, nikt nigdzie nie pochwala działań Białego Domu, mało tego, w drugiej połowie filmu można odnieść wrażenie, że śledztwo zostało przez to wyraznie utrudnione.

        A co do tego w jakim stopniu oficjalna wersja wydarzeń miałaby się pokrywać z tym co naprawdę mało miejsce…cóż, zważywszy na tematykę filmu, nie ważne co wymyśliliby Boal i Bigelow i tak byłoby to podejrzane. Pod tym względem duo scenarzystów nie mogło wygrać, zawsze będą wątpliwości. Ale biorąc pod uwagę to, że film w wyjątkowy sposób nie chwyta okazji by opowiedzieć się za którąkolwiek z licznych „stron” opowieści, niczego nie wybiela, nie pokazuje żadnej chwalebnej i sprawiedliwej zemsty jankesów, ani nie stawia nikomu pomników, to jestem w stanie przychylnie spojrzeć na ich wersję wydarzeń.

        • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

          gdyby był to efekt własnego śledztwa albo oparcia faktów w czymś innym niż oficjalna, zaakceptowana przez prezydenta i CIA wersja. Ale jak mówię – smrodu politycznego w ogóle nie czuć, zero kunktatorstwa. Ale wiesz, zaufanie musi być ograniczone, choćby ze względu na _oficjalne_ fakty związane z 9/11…

          • Adam Nguyen

            Ale przecież to było prywatne śledztwo. To nie jest tak, że Bigelow i Boal zrobili ten film, bo nagle dostali zielone światło od administracji Obamy. Przygotowania i research do scenariusza trwały jeszcze zanim OBL został kropnięty. Prawda, posłużyli się materiałami z Białego Domu, ale to była tylko część pracy jaką wykonali w wyniku własnego dochodzenia i wywiadów przeprowadzonych z osobami biorącymi udział w akcji.

            Nie wiem też skąd twierdzenie, że film przedstawia wersję zaakceptowaną przez CIA. Przecież jest zupełnie na odwrót. Cała ta do porzygu żałosna afera jaką wywołała premiera filmu, była właśnie o tym, że CIA ma do Bigelow pretensje o to, że przedstawiła tortury jako kluczowy element w procesie polowania na OBL. Czyli coś zupełnie przeciwnego oficjalnej wersji wydarzeń, w której próbują ludziom wmówić, że Osama został znaleziony przez pieczołowitą pracę śledczą amerykańskiego wywiadu, a nie z powodu torturowania ludzi. W amerykańskich mediach trąbią o tym nieustannie już od paru miesięcy, CIA wystosowało oficjalny sprzeciw wobec przedstawionej w filmie wersji wydarzeń, a Bigelow do dziś musi się z tego tłumaczyć.

            Nie twierdzę ani przez sekundę, że to co w filmie pokazano jest 100% prawdą. Nie jestem naiwny, poza tym za cienki w uszach by rzucać takie wyroki. Ale nawet jeżeli są w filmie jakieś nieświadome nieścisłości lub świadome przekłamania, to raczej ciężko pisać o nich kategorii „odgórnych politycznych ograniczeń”. Zwłaszcza, że tak jak już było powiedziane, Bigelow nie wartościuje, nie opowiada się po niczyjej stronie i nie przedstawia wkładu Obamy jako czegoś jednoznacznie pozytywnego, a jej wersja wydarzeń kłóci się z oficjalnym oświadczeniem ludzi z Langley.

          • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

            Czy tortury to kluczowy element prowadzone śledztwa? Trudno powiedzieć, bo w filmie nic takiego nie zasugerowano – czasem się sprawdzają, czasem nie. Różnie bywa.
            Co do autentyczności – oficjalny sprzeciw CIA też może być częścią gry… ;)

  • KetRaab

    Jak dla mnie film 8/10. Trzymał mnie w napięciu przez 2 i pół godziny. Świetnie zrealizowany, nieźle zagrany.
    Spodziewałem się chyba tego, czego autor recenzji. Ja, na całe szczęście, pozytywnie się rozczarowałem.

    • kriegaffe

      Nie ma czegoś takiego jak pozytywne rozczarowanie. Można się rozczarować (zawsze negatywnie) albo pozytywnie zaskoczyć.

      • KetRaab

        więc mów mi William (żart)
        W takim razie (o Polsko!) pozytywnie mnie ów film zaskoczył.
        Dziękuję za zwrócenie uwagi. Pozdrawiam.

  • maszor

    jak dla mnie warto było robić ten film. i według mnie Bigelow jest dosyć surowa w ocenie – subtelna, ale surowa. Osama stał się symbolem zła wcielonego. takie postacie jak Maya uznały że trzeba go zabić – nie osądzić, zamordować. i poświęciły się temu całkowicie – nie zadając sobie pytań, nie stawiając wątpliwości. cel uświęcił środki. problem w tym że przez to nieco beszta się pamięć ofiar WTC. przedstawienie 11 września, o którym pisałeś, jest niemal jak jakiś cień wspomnienia. coś co nie ma już znaczenia, co kiedyś się wydarzyło – nie pamiętamy jak to było ale pamiętamy że boli. i pamiętamy kto to zrobił. zrobiliśmy więc z niego szatana aby móc zamordować go w imię sprawiedliwości. twarzy Osamy w filmie nigdy nie zobaczymy, zobaczymy tylko twarze tych, którzy go widzieli – i nie ma na nich satysfakcji czy zadowolenia o którym piszesz. kiedy w środku nocy pada zdanie „Zabiłem faceta z trzeciego piętra” nie ma w tym fanfar ani dumy. jest pytanie. Bigelow w delikatny i dojrzały sposób stwierdza że amerykanie nie mogą być dumni z tego punktu swojej historii – ale nie wciera widzom tego w twarz. pokazuje im „fakty” a ocenę zostawia im. jest to największy plus filmu i niestety strzał w stopę – jak widać po Twojej recenzji można się w tym dopatrzeć dumy i propagandy. i tak to nic w zestawieniu z niektórymi recenzjami zza oceanu. jedna z dziennikarek nazwała Bigelow amerykańską Leni Riefenstahl. inni zarzucali faworyzowanie tortur – w końcu mamy bohaterkę której celem jest złapanie BinLadena i osiąga go. żeby go osiągnąć – torturuje. czyli – Bigelow jest za torturami. co ciekawe (i smutne), kiedy Spike Lee zarzucał Tarantino rasizm oparty na podobnie bzdurnej logice, wszyscy stanęli za nim murem. sam Tarantino nie musiał mówić nic. Bigelow została sama, nawet studio się od niej odwróciło. załamujące…

    a co do Chastain to mój wielki szacunek zarówno dla niej jak i Bigelow. dla tej drugiej za stworzenie pełnokrwistej bohaterki która nie ma na celu wspierania męskich bohaterów. dla tej pierwszej za wypełnienie jej emocjami i ludzkim rysem bez popadania w ckliwość. nominacja do Oscara moim zdaniem w pełni zasłużona.

    i również nie przesadzałbym ze stwierdzeniem że przez półtorej godziny jest nuda i brak emocji – pierwsza scena tortur, spotkanie w obozie w którym ginie inny agent, wreszcie zarzucanie sieci na dom i odkrycie dodatkowego lokatora… poza tym bardzo dużo emocji dostarcza właśnie Chastain i jej stopniowe zatracanie się w swojej obsesji. w gruncie rzeczy to nie jest szpiegowsko-detektywistyczny thriller którego oczekiwałeś. to film prowadzony i skupiony na bohaterze – skreśl to, bohaterce – która nie jest tą która się pieprzy.

    • http://www.film.org.pl/ Rafał Oświeciński

      no waśnie odniosłem zupełnie inne wrażenie – że Maya jest, ale z racji kompletnie beznamiętnego śledztwa, ani mnie jej sukces ziębi, ani grzeje. Ona nawet nie jest katalizatorem żadnych uczuć, bo jednak całość jest taka… chłodna, bezosobowa. Chastain się nie pieprzy, a jednocześnie nie wiadomo, co ją nakręca.

      I nie, ja nie mówię, że czuć w filmie dumę i propagandę. Wręcz przeciwnie – to obraz pozbawiony jakiegokolwiek wartościowania, bogoojczyźnianego podejścia, jankeskiego patosu. I super. Kłopotem dla mnie jest dramaturgia, z której film jest wyzuty. Ale to czysto subiektywne odczucie.

  • puff

    „która pała się również klasycznym terroryzmem” – nie ‚pała’, tylko ‚para’ (pałać to co innego niż parać się)




Rafał Oświeciński

08/02/2013

KMF Film.org.pl 1999-2014 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, modyfikacja, publikacja, dystrybucja w celach komercyjnych bez zgody właściciela tej strony są zabronione.

Strona załadowała się w 1,003 sekund.

banner