nowości kinowe

Wróg numer 1

Dla ostatnich 30 minut warto przeboleć seans beznamiętnego i nudnego śledztwa.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Zaczyna się płaczem w słuchawce telefonu. Zza ciemnego obrazu nic nie widać, słychać tylko szloch i przerażony głos osób, które za chwilę będą ofiarami zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku. 11 września 2001 roku to dzień, który zdefiniował nową tożsamość Amerykanów – zostali uderzeni mocno, dosadnie. Coś takiego nie mogło pozostać bez reakcji. Nikt nie może zdusić amerykańskiego snu, a już szczególnie gość, którego wskazano jako prowodyra zamachu, centralną postać światowego terroryzmu. Osama bin Laden musiał zostać zgładzony. 

„Wróg numer 1” to zapis tego, w jaki sposób doszło do zabicia OBL 2 maja 2011 roku, czyli 10 lat po zamachach na Stany. Fala entuzjazmu, która przebiegła jankeskie media w tamtym dniu, zmiotła na dłuższą chwilę zdrowy rozsądek osób, które wiedzą coś więcej ponad konstatację faktu, że Osama bin Laden był ważnym ogniwem w globalnym terroryzmie. Tak jak Arabowie palący w czasie licznych protestów portrety Busha, tak samo Amerykanie wznieśli sztandary z martwym OBL, zapominając, że Al Kaida to nie gra komputerowa, na której końcu jest boss do pokonania, ale światowa i zdecentralizowana sieć powiązań handlowych (m.in. broń, narkotyki), która pała się również klasycznym terroryzmem. Co ma na celu, to długo by mówić, niemniej śmierć Osamy to śmierć symbolu i jako taka musiała być odebrana wyłącznie pozytywnie. Na tej fali – i zgodnie z wolą Baracka Obamy – swój film zaczęła robić Kathryn Bigelow, która, za pozwoleniem prezydenta, miała dostęp do wielu tajnych dokumentów związanych z zabiciem OBL. Dlaczego ona? Co tam zobaczyła? Co przeczytała? Coś na pewno. Bo na bazie tego czegoś powstał film. Prawdziwy na tyle, na ile prawdziwe mogą być oficjalne dokumenty, wyjaśnienia.

Bohaterka „Zero Dark Thirty”, Maya, rozpoczyna swą pracę w 2003 roku towarzysząc scenom przesłuchania podejrzanego o wspieranie siatki terrorystycznej. Mimo ewidentnych tortur trudno stwierdzić, czy przesłuchiwany coś powiedział. A może nie miał nic do powiedzenia? A może nie powiedział tego, co przesłuchujący chciał usłyszeć? A może jednak coś powie? Podobne sceny widzieliśmy już w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma – poniżanie, ośmieszanie, fizyczne i psychiczne wycieńczanie służyły do wydobycia jakichś kluczowych informacji, co zdarzało się podobno niezwykle rzadko ze względu na przypadkowość aresztowań i podążanie mylnymi tropami. Bigelow nie dokonuje jednak oceny – tak ostre, nieludzkie traktowanie czasem przynosi skutek w postaci nazwiska, telefonu, miejsca. Czasem to rzeczywiście niesprawiedliwe, uwłaczające działanie, które daje jedno wielkie nic. Czasem jednak wystarczy sam areszt, aby rozwiązać język. Czasem zwykła rozmowa. W tle słychać już pewne politycznie narzucane ograniczenia (Barack, ok, wspomnimy o Twoich zasługach, już cicho…). Film jednak żadnej metody nie wartościuje, co może być wodą na młyn dla przeciwników „przesłuchań”, jak i zwolenników waterboardingu. Gdzie leży bowiem klucz do poznania prawdy?

Do niego stara się dotrzeć Maya. Ma życiowy cel – schwytanie wroga numer 1. Śledztwo prowadzone przez agentkę jest ślamazarne. Powolne. Rozciągnięte na lata. To cała masa papierkowej roboty, pisania raportów, dziesiątki spotkań na szczytach władzy agencyjnej. To oczekiwanie na decyzje z góry, beznamiętne spoglądanie w okno, za którym nie ma miejsca na sceny rodem z Bonda czy Bourne’a. Tutaj, jako widzowie, jesteśmy bardzo bliscy rzeczywistości, która jest nieefektowna i nieefektywna – bo z jednej strony wymusza zanurzenie się na wiele godzin w setki danych z protokołów przesłuchań, a z drugiej – trudno cokolwiek szybko zweryfikować, podjąć dobrą decyzję, bowiem nie lada sztuką jest dotarcie do świadków i potwierdzenie dowodów.

Pojawia się na przykład – w zeznaniach przesłuchiwanych świadków – nazwisko Abu Ahmeda, kuriera, który ma dostęp do samego OBL. Jest więc królik, który może doprowadzić do nory, w której jest wiadomo kto. Prawdopodobnie. To ważny element układanki, który domaga się dokładniejszego zlustrowania, kolejnych przesłuchań i rewizji tego, co już się wie. Można na niego stawiać, jak na dobrego konia, że jest dobrym celem do obserwacji. Jednak to wymaga zgód, rozmów, dowodów. Klasyczne biurokratyczne życie, które ma chronić odpowiednią ilość dup przed wtopami. Jasne i proste.

Kłopot w tym, że film, podobnie jak śledztwo, jest nieefektowny i nieefektywny. Idzie dokładnie tym tropem, co przyziemna, marudna, mało wydajna robota agentów CIA. O ile w prawdziwym świecie łatwo się na tego typu defekty zgodzić, tak w filmie, który musi emocjonować, zaskakiwać, intrygować, frapować, skłaniać do refleksji – tak być nie powinno. A jest.

„Wróg numer 1” to bowiem jedno z najnudniejszych śledztw filmowych. Zapowiedzi odnośnie szpiegowskiego tła i quasi-kryminalnej intrygi nie mają zaczepienia w filmie Bigelow. Proces rozpracowywania terrorystycznej siatki Al-Kaidy sprowadza się do wspomnienia kilku ważnych nazwisk i mało nachalną myśl, że o wzajemne wyniszczenie tutaj chodzi. Nie ma tu miejsca na pytanie „dlaczego”, tylko informowanie „kto” i „co”. Ale i tutaj nie ma tej złożoności i ogromu informacji, które zapowiadano – film bez problemu można ogarnąć bez gubienia myśli pośród brzmiących obco nazwisk.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=cAtWcvCxPhc

Spodziewający się błyskotliwego dochodzenia w stylu „JFK” czy „Zodiaka”, muszą swoje oczekiwania schować głęboko do kieszeni – to nie tego typu kino. Jakikolwiek proces dedukcyjny czy abdukcyjny? Niestety, nie. Bigelow zaciekawia – wszak to rzecz bardzo aktualna – ale ze względu na zbytnią powszedniość kompletnie nie intryguje, nie przykuwa do ekranu, nie powoduje obgryzania paznokci, nie spycha na krawędź fotela. Chłodna, beznamiętna narracja i jednostajne tempo pozbawiają pazura, potencjału, jaki miała ta gonitwa – niektórzy mogą nazwać ten stan nudą, co nie będzie tak dalekie od prawdy. Natrafiłem też na epitet „bezpłciowy”, co też nieźle oddaje oziębłość „Wroga”. W takim oskarżeniu nie czai się złośliwość – polowanie na Osamę domaga się przecież dramaturgii, czyli odpowiedniego napięcia dawkowanego w odpowiedni sposób – żeby zaskoczyć, dać upust emocjom, przyklasnąć w ważnym momencie, wkurzyć się gdy trzeba. We „Wrogu numer 1” tego nie ma. Nie ma! Bigelow, odwrotnie niż Stone i Fincher, nie prowadzi gry z widzem – ona go trzyma mocno za rączkę, nie pozwalając na zadawanie pytań, na podziwianie otoczenia.

W tej całej historii nie pomaga obecność Mayi, czyli Jessiki Chastain, bohaterki idealnie wpasowanej w ten daleki od efekciarstwa chłód i biurokratyczny realizm. To postać bez jakiejkolwiek osobowości – nie znamy jej życia prywatnego, o przeszłości wiemy tyle, że tuż po szkole średniej trafiła do CIA. Jej „partnerem” jest Osama bin Laden i to z polowania na niego uczyniła swój życiowy cel. Co ją motywuje, napędza? Trudno powiedzieć. Chęć zemsty za akt terroru na jej ojczyźnie? Obowiązek patriotyczny? Kariera? Pieniądze? Nic nie wiadomo. Maya nie ma historii – Maya ściga mitycznego potwora. Dlaczego? Bo tak. Jest oczywiście poirytowana sposobem podejmowania decyzji, czasami jest smutna, gdy przegrywa, czasem pełna nadziei, gdy coś wie, czego wcześniej nie wiedziała. Ale to tylko sceny, pojedyncze dowody na istnienie w niej jakichkolwiek emocji. Niebanalna uroda Chastain przykuwa do ekranu, ale żeby od razu pokłony przed warsztatem i Oscar na dokładkę? Nagradzanie takich bardzo przeciętnych kreacji to jest właśnie deprecjonowanie najważniejszych nagród w świecie filmowym. Daleko jej do analitycznego chłodu Jodie Foster z „Milczenia owiec”, motywacji uosobionej przez Claire Danes w „Homeland”.

Żeby nie było, że tylko narzekam. Tak naprawdę zdecydowanie największą wartością jest ostatnie pół godziny „Wroga numer 1”, kiedy Maya znika z ekranu, a pojawiają się Navy Seals, którzy wchodzą do domu, w którym spodziewają się zastać Osamę. Zaczyna się nowy film i kapitalnie zrealizowana scena. Trzymające w garści długie minuty – najpierw lotu śmigłowcami nad pakistańską pustyną, potem skradanie się po posesji, likwidacja kilku mieszkańców i to nerwowe oczekiwanie na spotkanie Geronimo, do którego oczywiście dochodzi. Zrealizowane w całkowitej ciszy, przerywanej tylko szeptami komandosów, krótkimi eksplozjami materiałów wybuchowych, pojedynczymi strzałami. Bigelow zbliża się tu do formy dokumentalnej, jakby tam rzeczywiście kamera była i towarzyszyła żołnierzom w trakcie krwawego spektaklu. Znakomite.

Ot, taka niezwykle smaczna wisienka na strawnym, lecz mało finezyjnym torcie. Bez odrobiny patosu – co się chwali – za to z nieukrywanym zadowoleniem zabito symbol tego, co złe i destrukcyjne. Czy warto było z tego powodu robić film? Ja mam wątpliwości, tym bardziej, że zewsząd słychać głosy o zbyt częstym mieszaniu się faktów z fantazją. Czyżby błogosławieństwo zobowiązywało?

Ostatnio dodane