nowości kinowe

World War Z

Bezpieczny, pozbawiony jakichkolwiek kontrowersji film na rodzinne wypady do kina

Autor: Andrzej Brzeziński
opublikowano

Familijne zombie

Max Brooks dokonał rzeczy niemożliwej. W swojej drugiej książce, podobnie jak Robert Kirkman w swoim komiksie, tchnął w skostniałe uniwersum żywych trupów powiew świeżości, a nawet poszedł o krok dalej. Udało mu się bowiem przy okazji zamknąć usta wszystkim niedowiarkom, u których zombie apokalipsa wywoływała jedynie uśmiech politowania, a może i nawet odrobinę ich zaniepokoić.

Z książkowym pierwowzorem postanowili się zmierzyć Leonardo DiCaprio i Brad Pitt. Oczywiście nie zamierzali zrobić tego razem. Obaj jednak walczyli zaciekle o prawa autorskie do zekranizowania książki Brooksa. Pittowi się udało, co więcej zdecydował, że wystąpi w roli głównej. Pierwsze zarysy fabuły wyszły spod ręki J. Michaela Straczynskiego, jednak komuś nie spodobało się to, co ma do zaoferowania scenarzysta pamiętnego „Babilon 5” i to pomimo przychylnych opinii samego Maxa Brooksa. I tu zaczęły się problemy, o których można napisać osobny artykuł – wielokrotne zmiany w scenariuszu, przekroczony budżet i dokręcane na szybko sceny, na które wydano dodatkowe 20 milionów dolarów. Należałoby dodać, że za poprawki w scenariuszu odpowiadał Damon Lindelof, czyli osoba znienawidzona przez widzów za zepsucie „Prometeusza”, usilne pogmatwanie końcowego sezonu „Zagubionych” oraz maczanie palców w scenariuszach „Kowbojów i obcych” i ostatniego „Star Treka”. Jednym słowem wszystkie znaki na niebie mówiły mi, że ten film nie może się udać. Co więcej przez wielu obraz Forstera, utalentowanego przecież reżysera, typowany był do klapy roku. Nie martwiłem się tym zbytnio, bo jakoś szczególnie nie czekałem na ten film. Ostatecznie zza oceanu zaczęły spływać całkiem pozytywne recenzje, w dodatku film zaczął na siebie zarabiać, co z kolei zaczęło mnie już martwić.

Filmowy „World War Z” nie jest wierną adaptacją książki Brooksa. Scenarzyści mieli do zgryzienia naprawdę twardy orzech. Na pierwszy rzut oka jego książka wydaje się materiałem nienadającym się do przeniesienia na duży ekran. Książkowy pierwowzór „World War Z” nie jest  bowiem klasyczną fabułą. Jest to raczej zbiór reportaży, wywiadów i relacji naocznych świadków wybuchu, przebiegu i zakończenia pandemii zombie. Nie ma tutaj jednego bohatera,  a całość przybiera formę pojedynczych epizodów, które idealnie nadawałyby się do tzw. kina mozaikowego, tworząc wielowątkową fabułę i materiał na ponad trzygodzinny film. I w tym miejscu okazuje się, jak bardzo bogate i obfite jest to źródło. W odpowiednich rękach mogłoby z tego wyjść coś nie tylko przyzwoitego, ale i ambitnego. Szczerze mówiąc na stołku reżysera widziałbym raczej Stevena Soderbergha – wtedy być może wyszłoby coś w stylu „Traffica” w połączeniu z „Contagion – Epidemia strachu”. Mogłoby to być coś stylizowanego na paradokument i jestem wręcz pewny, że wtedy ten film trzymałby o wiele bardziej za gardło niż najlepsze momenty w filmie Marca Forstera.

Z literackiego pierwowzoru twórcy wzięli tylko tytuł. I trzeba szczerze przyznać, że nie ma w tym niczego dziwnego. To tytuł bardzo nośny, fajnie brzmiący i jest gwarantem, że niczym magnes przyciągnie widzów do sal kinowych oraz wryje się w ich pamięć sprawiając, że zapewne kupią go później na blu-ray. To również dobry tytuł, aby rozkręcić całkiem sporą franczyzę, która z pewnością obejmie gry komputerowe czy nadruki na koszulkach i kubkach do kawy.

Ale wracając do filmu. Z inteligentnego oryginału nakręcono film dla niezbyt inteligentnych. Przede wszystkim nie mamy do czynienia z kinem grozy. Tak na dobrą sprawę trudno stwierdzić, czym ten film właściwie jest, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, w którym kierunku chcą podążyć. Mamy tutaj elementy dramatu, kina akcji, ale i również klasycznie familijne. Owszem, może marzył im się sukces na miarę serialowego „The Walking Dead”, ale zdecydowanie zabrakło im jaj, o czym najlepiej świadczy zaniżona kategoria wiekowa, czyli znienawidzone PG-13.

Wszystko jest tutaj bezkrwawe i  litościwe dla widza. To nie jest zombie-movie w stylu „Świtu żywych trupów” Zacka Snydera, aczkolwiek oba są równie dynamiczne. Oba te filmy łączy sposób, w jaki ukazują umarlaków. Zarówno u Snydera, jak i Forstera to niesamowicie aktywne istoty, które dziwnym trafem po śmierci zyskały jeszcze lepszą kondycję niż za życia. Warto w tym miejscu pochwalić film Forstera za rozmach scen, w których umarlaki niczym mrówki tworzą kopce, podobne do tych, które mogliśmy zobaczyć w jednej z reklam Playstation 2, gdy przewalają się niczym fala tsunami. Co jednak odróżnia oba te filmy, to wspomniana kategoria wiekowa. Snyder jednak nie bał się pokazać drastycznych momentów, czasem przekraczających granice dobrego smaku, jak chociażby w scenach z ciężarną kobietą . Forster zdaje się unikać tego jak ognia. Zastanawiam się, czy na dvd i blu-ray dostaniemy jakąś wersję unrated, gdzie zobaczymy chociaż odrobinę tryskającej krwi czy całkowicie wyciętą scenę końcową rozgrywającą się w Rosji, która to rzekomo odstawała od całej reszty filmu.

Obok chwytliwego tytułu, bez wątpienia magnesem dla filmu miała być osoba Brada Pitta, od początku z poświęceniem zaangażowanego w cały projekt. No cóż, z pewnością nie jest to najlepsza jego rola w karierze, aczkolwiek chyba jeszcze takiej nie miał. Nigdy bowiem nie wcielał się w kolesia aspirującego do miana superherosa próbującego ocalić świat. Pitt wciela się tutaj w byłego pracownika ONZ, który jest na tyle ważny, że specjalnie wyciągają go helikopterem z oblężonej Filadelfii i każą mu przemierzać pół świata, by znaleźć jakikolwiek sposób na powstrzymanie rozprzestrzeniającej się w zastraszającym tempie epidemii zombie. Uchodzi cało z wszystkich możliwych katastrof (w tym jednej lotniczej), popisuje się survivalowymi zdolnościami, a gdzieś w całym tym chaosie kontaktuje się za pomocą telefonu satelitarnego z żoną i córeczkami. I właśnie te familijne fragmenty są najsłabsze, bo w moim odczuciu wcale nie budują dramaturgii tego pędzącego na łeb na szyję filmu, a ewidentnie go spłycają. Zresztą sam Pitt przyznał, że chciał zrobić taki film, jaki mógłby oglądać ze swoimi synami przed ukończeniem przez nich 18 roku życia. Wspomniani synowie są w dodatku ogromnymi fanami zombie. Zapomniał jednak, że zapewne widzieli już ostrzejsze filmy w takiej tematyce.

„World War Z” niestety rozczarowuje na całej linii. A powinienem już na samym początku tego tekstu zaznaczyć, że jestem czujnym obserwatorem wszystkiego, co obraca się w tematyce żywych trupów. Niezmiernie cieszy mnie, kiedy filmy pochodne od klasyka Georga A. Romero wykraczają ponad schemat przedstawiający grupę ocalałych odpierających ataki truposzy. I taki był właśnie książkowy pierwowzór Brooksa, taki jest przecież komiks Kirkmana, który z powodzeniem przenoszony jest na mały ekran.

Dlaczego zatem takie nie jest „WWZ”? Zombie apokalipsa, może i pokazana z rozmachem, ale w brutalny (chociaż to niewłaściwe słowo) sposób zostaje złagodzona, przez co staje się dodatkiem do popcornu. Ot, typowy film na upalny dzień. Marc Forster nakręcił letniego blockbustera, który niestety wypada blado w porównaniu do wcześniejszych propozycji typu „Człowiek ze stali” czy „Iron Man 3” . To bezpieczny, pozbawiony jakichkolwiek kontrowersji film na wspólne rodzinne wypady do kina. Broni się co prawda świetną realizacją, zapewniającą solidną dawkę widowiska, aczkolwiek fabularnie to już kino pod względem inteligencji przeciętne, bo niewyzbyte irytujących głupotek. Jednak największym grzechem jest to, że film zwyczajnie rozczarowuje poziomem grozy i napięcia, pozostawiając znawcę tematyki zombie-movies z opadniętymi rękami.

Ostatnio dodane