nowości kinowe

Wolny strzelec

"Wolny strzelec" to z pewnością jeden z najważniejszych i najlepszych filmów tego roku, z rewelacyjną rolą Jake'a Gyllenhaala

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Taksówkarz z kamerą

3xbX1N9

Autorem gościnnej recenzji jest Adrian Bobrowski.

Dan Gilroy swoją pracę na stołku reżyserskim zaczął naprawdę z grubej rury, a jego debiut to film, którego niektórzy twórcy mogą mu pozazdrościć. Wziął na celownik mass media, ale przede wszystkim pokazał, w jaki sposób american dream może namieszać w głowie.

Największym złotem filmu jest główny bohater, socjopata i psychol, Lou Bloom, którego gra Jake Gyllenhaal, a robi to w sposób tak fantastyczny, że z pewnością w lutym będziemy go po raz drugi oglądać w gronie nominowanych. Najbliżej mu do „Taksówkarza”, tylko, że z kamerą, szukający sensacji i niemający kręgosłupa moralnego, można by go porównać do wampira, który żeruje w nocy na ludzi. Jego zapadnięte oczy, wystające kości policzkowe (Gyllenhaal schudł dobrych kilka kilogramów) i diaboliczny wzrok potrafią zahipnotyzować, ale znakomicie pasują do charakteru tej postaci, co tylko podkreśla jego poświęcenie dla roli. „Wolny strzelec” to z pewnością jeden z najważniejszych i najlepszych filmów tego roku, choć brakuje mu odrobiny, bym mógł powiedzieć o nim wybitny

Żeby nie przedłużać, naprędce, o czym jest właściwie film. Lou Bloom jest złodziejem, więc gdy wraca „z fuchy” zatrzymuje się przy wypadku, gdzie spostrzega znacznie lepszy i legalniejszy sposób na życie. Zatrudnia asystenta Ricka (Riz Ahmed), wyposaża się w kamerę, GPS oraz nasłuch policyjnego radia, by móc przeczesywać Los Angeles w poszukiwaniu sensacji. Udaje się, a materiał sprzedaje szefowej z lokalnych wiadomości, Ninie (Rene Russo). To dopiero zalążek, bo Lou chce więcej i za więcej, więc robi wszystko, by piąć się po szczeblach kariery, a przesuwanie ciała na miejscu wypadku, by lepiej wyglądało w kadrze to dopiero początek.

la_ca_0828_nightcrawler

Lou Bloom jest niezwykle ambitnym człowiekiem, ale ma urojenia, jest jak w transie, z którego nikt nie jest w stanie go wyciągnąć. Ma obsesję na punkcie doskonalenia, jest oczytany, absolutnie wie, co robić, aby zdobyć w branży telewizyjnej uznanie. Branży cynicznej, świadomie się wyniszczającej od środka, bowiem ludzie tam pracujący nie mają za grosz godności. Wszystkim kierują słupki oglądalności. Śmierć, krew, brutalność? Dlaczego nie? Puścimy to w porannych wiadomościach, aby ludzie mogli przy śniadaniu obejrzeć, a później rozmawiać o tym w pracy – przekonuje Nina pracowników po obejrzeniu materiału o masakrze w domu na przedmieściach, gdzie giną trzy osoby. Pokazanie wszystkiego, wraz z umierającym człowiekiem na noszach, bez wstydu i skrupułów moralnych jest normalnością. Jest to „pisane” grubą kreską, Gilroy doskonale potrafił lawirować między realizmem a groteską. Amoralność jest tu właściwie pokazana w każdym bohaterze, no może poza Rick’em, który w filmie pełni rolę sumienia. Co więcej, jest nim też dla całego filmu, a jego rozmowy z charyzmatycznym Lou są jednymi z najlepszych, jakie ostatnio widziałem.

Zresztą, jak podkreślał Gilroy i sam Gyllenhaal, dialogi zostały pieczołowicie napisane i odgrywają olbrzymią rolę, a kwestie Lou Blooma zwalają z nóg. Niczym Wilk z Wall Street potrafi motywować, a jego wiązanki są niezwykle hipnotyzujące. Autentycznie przechodzą ciarki, patrząc w demoniczne oczy Gyllenhaala, który potrafi zmienić się jak kameleon. Spojrzenie dziwne, przeraźliwe, ale w pełni oddające jego szaleństwo. Wiedziałem, kiedy jest zły, kiedy zadowolony, a kiedy podniecony, tym, że jest pierwszy na miejscu zdarzenia. To niezwykle ciekawa postać, bo choć nie czujemy empatii, widzimy, jaki z niego człowiek, potrafimy w małym stopniu, ale trzymać kciuki. Paradoks.

Warto podkreślić, że Los Angeles jest idealne dla tego filmu. Sfilmowane podobnie jak w „Zakładniku” Manna, trochę wyludnione, ale za to potęgujące nastrój i napięcie. Autor zdjęć, Robert Elswit, mający jak na razie jednego Oscara, odwalił kawał dobrej roboty. Czy to ujęcia spokojne, typowo dramatyczne, czy dynamiczne (pościg), każde jest tu charakterystyczne i patrzyłem na nie z nieskrywaną przyjemnością. W dodatku miałem wrażenie, jakby akcja działa się w latach 80., też przez muzykę Jamesa Newtona Howarda, która brzmi rewelacyjnie i klimatycznie. Taka stylizacja sprawia, że smakuje to inaczej, trochę kameralnie, ale bez jakiegoś kiczu czy taniochy.

Dan Gilroy skrytykował media, pokazał wyścig szczurów po swój amerykański sen, zrobił to spójnie i z ogromną swobodą narracyjną. Zadbał o każdy szczegół, a na nic wydaje się szukanie dłużyzn, czy niedorzeczności scenariuszowych. Spodziewałem się filmu, który jasno będzie komentarzem dla rozpadającego się społeczeństwa, mającego najgorsze instynkty – i taki dostałem. Choć trzeba zrozumieć tak samo formę, jak i treść. Jeśli ktoś spodziewa się „American Psycho”, to się przejedzie, ale „Wolny strzelec” jest na tyle przekonujący, że patrzymy i potakujemy głową. Niezależnie też od poziomu realizmu, jest filmem, do którego wrócę, tak jak wracam do „Drive’a”, z którym też można go w pewnych aspektach porównać. Dla mnie przede wszystkim wspaniałe studium postaci z przerażająco dobrą rolą Jake’a Gyllenhaala. Gnać do kina!

Ostatnio dodane