Wolny strzelec - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Wolny strzelec

"Wolny strzelec" to z pewnością jeden z najważniejszych i najlepszych filmów tego roku, z rewelacyjną rolą Jake'a Gyllenhaala




Taksówkarz z kamerą




Tekst gościnny
22.11.2014


3xbX1N9

Autorem gościnnej recenzji jest Adrian Bobrowski.

Dan Gilroy swoją pracę na stołku reżyserskim zaczął naprawdę z grubej rury, a jego debiut to film, którego niektórzy twórcy mogą mu pozazdrościć. Wziął na celownik mass media, ale przede wszystkim pokazał, w jaki sposób american dream może namieszać w głowie.

Największym złotem filmu jest główny bohater, socjopata i psychol, Lou Bloom, którego gra Jake Gyllenhaal, a robi to w sposób tak fantastyczny, że z pewnością w lutym będziemy go po raz drugi oglądać w gronie nominowanych. Najbliżej mu do „Taksówkarza”, tylko, że z kamerą, szukający sensacji i niemający kręgosłupa moralnego, można by go porównać do wampira, który żeruje w nocy na ludzi. Jego zapadnięte oczy, wystające kości policzkowe (Gyllenhaal schudł dobrych kilka kilogramów) i diaboliczny wzrok potrafią zahipnotyzować, ale znakomicie pasują do charakteru tej postaci, co tylko podkreśla jego poświęcenie dla roli. „Wolny strzelec” to z pewnością jeden z najważniejszych i najlepszych filmów tego roku, choć brakuje mu odrobiny, bym mógł powiedzieć o nim wybitny

Żeby nie przedłużać, naprędce, o czym jest właściwie film. Lou Bloom jest złodziejem, więc gdy wraca „z fuchy” zatrzymuje się przy wypadku, gdzie spostrzega znacznie lepszy i legalniejszy sposób na życie. Zatrudnia asystenta Ricka (Riz Ahmed), wyposaża się w kamerę, GPS oraz nasłuch policyjnego radia, by móc przeczesywać Los Angeles w poszukiwaniu sensacji. Udaje się, a materiał sprzedaje szefowej z lokalnych wiadomości, Ninie (Rene Russo). To dopiero zalążek, bo Lou chce więcej i za więcej, więc robi wszystko, by piąć się po szczeblach kariery, a przesuwanie ciała na miejscu wypadku, by lepiej wyglądało w kadrze to dopiero początek.

la_ca_0828_nightcrawler

Lou Bloom jest niezwykle ambitnym człowiekiem, ale ma urojenia, jest jak w transie, z którego nikt nie jest w stanie go wyciągnąć. Ma obsesję na punkcie doskonalenia, jest oczytany, absolutnie wie, co robić, aby zdobyć w branży telewizyjnej uznanie. Branży cynicznej, świadomie się wyniszczającej od środka, bowiem ludzie tam pracujący nie mają za grosz godności. Wszystkim kierują słupki oglądalności. Śmierć, krew, brutalność? Dlaczego nie? Puścimy to w porannych wiadomościach, aby ludzie mogli przy śniadaniu obejrzeć, a później rozmawiać o tym w pracy – przekonuje Nina pracowników po obejrzeniu materiału o masakrze w domu na przedmieściach, gdzie giną trzy osoby. Pokazanie wszystkiego, wraz z umierającym człowiekiem na noszach, bez wstydu i skrupułów moralnych jest normalnością. Jest to „pisane” grubą kreską, Gilroy doskonale potrafił lawirować między realizmem a groteską. Amoralność jest tu właściwie pokazana w każdym bohaterze, no może poza Rick’em, który w filmie pełni rolę sumienia. Co więcej, jest nim też dla całego filmu, a jego rozmowy z charyzmatycznym Lou są jednymi z najlepszych, jakie ostatnio widziałem.

Zresztą, jak podkreślał Gilroy i sam Gyllenhaal, dialogi zostały pieczołowicie napisane i odgrywają olbrzymią rolę, a kwestie Lou Blooma zwalają z nóg. Niczym Wilk z Wall Street potrafi motywować, a jego wiązanki są niezwykle hipnotyzujące. Autentycznie przechodzą ciarki, patrząc w demoniczne oczy Gyllenhaala, który potrafi zmienić się jak kameleon. Spojrzenie dziwne, przeraźliwe, ale w pełni oddające jego szaleństwo. Wiedziałem, kiedy jest zły, kiedy zadowolony, a kiedy podniecony, tym, że jest pierwszy na miejscu zdarzenia. To niezwykle ciekawa postać, bo choć nie czujemy empatii, widzimy, jaki z niego człowiek, potrafimy w małym stopniu, ale trzymać kciuki. Paradoks.

Warto podkreślić, że Los Angeles jest idealne dla tego filmu. Sfilmowane podobnie jak w „Zakładniku” Manna, trochę wyludnione, ale za to potęgujące nastrój i napięcie. Autor zdjęć, Robert Elswit, mający jak na razie jednego Oscara, odwalił kawał dobrej roboty. Czy to ujęcia spokojne, typowo dramatyczne, czy dynamiczne (pościg), każde jest tu charakterystyczne i patrzyłem na nie z nieskrywaną przyjemnością. W dodatku miałem wrażenie, jakby akcja działa się w latach 80., też przez muzykę Jamesa Newtona Howarda, która brzmi rewelacyjnie i klimatycznie. Taka stylizacja sprawia, że smakuje to inaczej, trochę kameralnie, ale bez jakiegoś kiczu czy taniochy.

Dan Gilroy skrytykował media, pokazał wyścig szczurów po swój amerykański sen, zrobił to spójnie i z ogromną swobodą narracyjną. Zadbał o każdy szczegół, a na nic wydaje się szukanie dłużyzn, czy niedorzeczności scenariuszowych. Spodziewałem się filmu, który jasno będzie komentarzem dla rozpadającego się społeczeństwa, mającego najgorsze instynkty – i taki dostałem. Choć trzeba zrozumieć tak samo formę, jak i treść. Jeśli ktoś spodziewa się „American Psycho”, to się przejedzie, ale „Wolny strzelec” jest na tyle przekonujący, że patrzymy i potakujemy głową. Niezależnie też od poziomu realizmu, jest filmem, do którego wrócę, tak jak wracam do „Drive’a”, z którym też można go w pewnych aspektach porównać. Dla mnie przede wszystkim wspaniałe studium postaci z przerażająco dobrą rolą Jake’a Gyllenhaala. Gnać do kina!

Tekst gościnny

Tekst gościnny

Jeśli potrafisz pisać recenzje lub artykuły filmowe (które zazwyczaj lądują w Twojej szufladzie), a chciałbyś zaprezentować się przed tysiącami czytelników, możesz gościnnie publikować na naszej stronie! Przy większej i regularnej liczbie tekstów, takie osoby takie dopisujemy do stałej współpracy.
Napisz do nas: wspolpraca@film.org.pl
Tekst gościnny

Tekst gościnny - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Andriej

    Ważne że Jake i tym razem nie zawiódł

  • Simon Dark

    Nominacja do oscara murowana

  • Kamil

    Warto jednak napisać coś więcej na ten temat, bo film nie jest specyficzny tylko dlatego, że fajnie wygląda, choć… fajnie wygląda:) Mianowicie bohater jakiego poznajemy jest bohaterem katalitycznym. Można z powodzeniem przyrównać go do Jamesa Bonda, czy (bardziej undergrandowo) do bohatera ExDrummer. W tym właśnie tkwi specyfika tego filmu. Nasz bohater się nie zmienia, jest stały, jedyna zmiana to pogłębienie jego przekonań. Nasz bohater to ten, który zmienia świat wokół siebie. Druga specyfika tej produkcji to brak tak na dobrą sprawę ostatniego twistu przed zakończeniem. Historia toczy się do ostatniej minuty, jesteśmy pozbawieni oczyszczenia. Wg stałych, znanych nam zasad ostatnia strzelanina, pościg i nagranie zabójstwa, powinno się wydarzyć ok 20 minut wcześniej, a wydarza się w miejscu gdzie wszytko powinno wracać do normy, a owe 20 minut wcześniej mamy wizytę oficerów, czyli podbicie stawki. W ten sposób normą dla bohatera staje się osiągnięcie zupełnego dna etycznego i co najlepsze staje się to sukcesem nas wszystkich, bo oto Jake G. ma niesamowite poparcie wśród pracowników TV. Wchodzi jeszcze wyżej, sięga po marzenia. Dla porównania tego wszystkiego słynny Taksówkarz S. jest osobą jak najbardziej normalną na początku, bardzo empatyczną i to co robi, robi dla nas wszystkich i tak naprawdę każdy z nas chciałby to zrobić. Drugie porównanie; Milczenie owiec – mamy studium psychola, ale nie jest on głównym bohaterem. Bohaterem jest agentka i to w niej mamy oparcie. Można jeszcze porównać go do Psycho w reż Hichcocka, ale tam z kolei idziemy po sznurku jakim jest McGuffin czyli początkowo pieniądze, a później ciało „bohaterki”, która tak naprawdę nią nie jest, więc twórcy mogli sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. Podsumowując Nightcrawler jest filmem o specyficznej budowie, ze specyficznym bohaterem, poparty etycznie takimi filmami jak Blowup, Converstaion, czy jeszcze jednym filmem z lat 70/80tych o takim reporterze co wypadki filmował, ale tytułu nie pamiętam ;p Polecam też przyjrzeć się powrotowi, lub pojawieniu się nowego typu bohatera w dzisiejszych czasach; jest to właśnie bohater nieczysty etycznie, darksidowy, który myli się czasem a nawet nadużywa swojej władzy do niecnych celów. Uff. na co dzień piszę scenariusze, dlatego naświetlam sytuację od tej strony :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Zapnijcie pasy

Następny tekst

Zaginiona dziewczyna - analiza tematyczna. To wszystko się tak boleśnie rozpada



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE