WITAJ W KLUBIE - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Witaj w klubie

Nie pozbawiona humoru dramatyczna opowieść z magnetycznym duetem McConaughey-Leto




Walcząc o życie, nie ma czasu żyć




Dominik Jedliński
26.02.2014



Lata 80. to czas, kiedy świat musiał stawić czoła nowemu wyzwaniu, jakim było odkrycie wirusa HIV. Choroba AIDS, którą ten wirus wywoływał, była postrzegana wyłącznie jako schorzenie homoseksualistów i narkomanów, a zarażeni wirusem byli brutalnie wyrzucani ze społeczności. Jednym z pierwszych filmów, który ukazał wiele aspektów tej choroby, była „Filadelfia” Jonathana Demme’a. Po 20 latach ten niechlubny moment społecznej historii USA postanowił poruszyć kanadyjski reżyser Jean-Marc Vallée w filmie „Witaj w klubie”. I zrobił to bardzo wiarygodnie i z wyczuciem.

Film oparty na prawdziwych wydarzeniach, opowiada historię teksańskiego elektryka, Rona Woodroofa (McConaughey), który w wolnych chwilach oddaje się pasji, jaką jest rodeo. Woodroff nie oszczędza siebie i swojego organizmu, korzystając z życia w myśl znanej zasady „sex, drugs and rock’n’roll” (no dobra, to ostatnie zmienione jest na country). W wyniku niegroźnego wypadku w pracy trafia do szpitala, gdzie po serii rutynowych badań dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa HIV i pozostało mu 30 dni życia. Oczywiście nie dopuszcza do siebie takiej wiadomości. Gdy zaczynają pojawiać się poważne objawy, a sam Ron dokształca się w drażliwym temacie, postanawia znaleźć sposób, żeby przedłużyć nieco swój żywot. W szpitalu poznaje transseksualistę Rayon (Jared Leto), z którym tworzy „Dallas Buyers Club” – organizację zapewniającą leczenie za pomocą środków, które w Stanach są nieosiągalne.

dallas-1

Film porusza kilka ważnych wątków, począwszy od zawsze uniwersalnej przemiany głównego bohatera, przez problem homofobii, a na wadliwym systemie amerykańskiej służby zdrowia kończąc. Woodroof po diagnozie uświadamia sobie, że jego życie, zwykle ciężkie, a nieraz zupełnie nijakie, jest darem. Wizja szybkiej śmierci otwiera mu oczy. Nie natychmiast, ale stopniowo. Krok po kroku próbuje przechytrzyć śmierć, chwytając się każdego możliwego sposobu, nie wahając się choćby na moment. Nie ma zamiaru nigdzie się wynosić. Teksas jest jego miejscem. Tutaj ma rodeo, to właśnie tutaj najlepiej smakuje mu piwko.

Wewnętrzna zmiana Rona realizuje się również w podejściu do Rayon. To na ten aspekt reżyser położył największy nacisk. Reprezentujący dwa różne światy bohaterowie nigdy nie znaleźliby się blisko siebie, gdyby nie zapach śmierci unoszący się wokół nich. Świadomość końca z upływem czasu zaciera wszelkie granice, które były zakorzenione nie tylko w Ronie, ale i w amerykańskim społeczeństwie lat 80. Dotychczasowy wróg staje się jedynym wsparciem i przyjacielem, kiedy wszyscy znajomi odchodzą. On jako jedyny nie traktuje go jak ognia, którego nie można dotknąć, żeby się nie poparzyć.

dallas-2

„Witaj w klubie” odnosi się również do amerykańskiego systemu ochrony zdrowia. Koncerny farmaceutyczne zainteresowane są intratnymi kontraktami, które pozwolą im zarobić grube miliony. Mniej interesują się sprawami chorych, którzy potrzebują natychmiastowej opieki medycznej. Woodroof próbuje walczyć z systemem testowania i akceptacji leków. Systemem, który w ważnym momencie nie stoi po stronie obywatela, nie pomaga ludziom i na dodatek pozbawia ich ostatniej nadziei.

Matthew McConaughey ma obecnie chyba najlepszy okres w swojej karierze. Amerykanin do niedawna nie był za bardzo wybredny w dobieraniu ról. Czasem występował w całkiem dobrych filmach, takich jak „Czas zabijania”, czy „Amistad”, żeby potem być kojarzonym przede wszystkim z rolami amantów w głupiutkich komediach romantycznych. Wydaje się, że od czasu zaskakująco dobrego „Uciekiniera” postanowił zmienić swój wizerunek i zaczął rozważniej dobierać produkcje. Opłaciło się. Genialny występ w najnowszym filmie Jean-Marca Vallée „Witaj w klubie” zaowocował Złotym Globem, a także pierwszą w życiu nominacją do Oscara, a sam McConaughey stał się marką, o którą biją się wszyscy wielcy Hollywood. Jeszcze w tym roku wejdzie do kin „Interstellar” Christophera Nolana.

dallas-3

McConaughey do roli Rona Woodroofa schudł 20 kilogramów, pokazując, że nie tylko Christian Bale i Daniel Day-Lewis dla filmu są wstanie zrobić wiele. Dieta zmieniła nie tylko jego ciało, ale także psychikę, sprawiając, że mógł w pełni wcielić się w rolę. Postura i teksański akcent sprawiają, że Amerykanin gra bardzo wiarygodnie. Każdy jęk bólu, każdy krzyk, śmiech, czy płacz odznacza się na wychudzonym ciele, które stało się otwartą księgą, z której można wyczytać wszystko.

„Witaj w klubie” nie jest jednak popisem tylko jednego aktora. Po 5 latach nieobecności na srebrnym ekranie w wielkim stylu powraca Jared Leto, który rolą Rayon również wywalczył Złotego Globa i nominację do Oscara za rolę drugoplanową. Rayon stanowi idealny kontrast dla Woodroofa. Obaj panowie tworzą niezwykle emocjonalny, przekonywający duet. Chemia – odhaczone, dramaturgia – jest, dowcip – również. Przy tak magnetycznym duecie McConaughey-Leto, Jennifer Garner, która wciela się w postać doktor Eve, wypada zupełnie blado. Gra bez energii, którą emanuje wspomniana para.

dallas-4

Najnowszy film Jean-Marca Vallée to całkiem zgrabna, nie pozbawiona humoru dramatyczna opowieść, w której choroba staje się pretekstem do przemiany człowieka. I to może również być postrzegane za minus tego filmu, bo szkopuł tkwi w tym, że to nie historia czyni „Witaj w klubie” filmem bardzo dobrym. To przede wszystkim popis aktorstwa, które sprawia, że role Rona Woodroofa i Rayon zapamięta się o wiele, wiele dłużej niż opowieść, w której uczestniczyli.







  • Mefisto

    Pełna zgoda – nic dodać, nic ująć.

  • kapryśna panienka

    Świetny film i recenzja chyba oddaje wszystko to, co w Dallas Buyers Club najważniejsze – ciekawie zarysowane postaci, fajne tło i super aktorstwo. Czasami nie trzeba nic więcej.

  • canismajoris

    Obok „Wilka” jedyny słusznie nominowany do Oscarów.

    • drDigger

      Jeśli chodzi Ci o film, to absolutnie nie. Jeśli o aktora, to ja jednak obstawiam fenomenalnego Bruce’a Derna.

    • Jakub Piwoński

      w pełni podzielam.

    • I obok HER, i GRAVITY :)

      • canismajoris

        Her jest oryginalny, ale żeby zaraz nominacja? A Gravity tak, ale w kategoriach technicznych

        • q

          Her to bardzo dobry i przemyślany film z wybitną grą aktorską.
          Grawitacja to bardzo efektowny film z poprawną grą aktorską i przeciętną fabułą.

          Klub – cóż, całkiem niezła prawdziwa historia przeciętnie opowiedziana. Warto obejrzeć z powodu poświęcenia aktorów i trochę lepszej niż zwykle gry aktorskiej. Całość jest dość oczywista. Trochę szkoda że bardziej odrzuca i niż szokuje.

  • drDigger

    Ja uważam, że temu filmowi brakuje, jakby to ująć… nie do końca wiem o czym ten film opowiada. Czy jest to film o człowieku, który zmaga się z chorobą, czy o walce człowieka z systemem, czy może o dość kontrowersyjnym sposobie na zarabianie pieniędzy. Nie przekonał mnie. Tylko Leto, za którego trzymam kciuki.

  • Jokullus

    Jeden z lepszych filmów nominowanych do tegorocznych Oscarów.

  • Karolina

    Dość niespójny film. Reżyser próbuje przedstawić problem odnosząc się do wielu aspektów, ale tak naprawdę żadnego do końca nie eksploruje. Gdyby wziąć kiepskich aktorów, to sama historia wypada dość przeciętnie. Filmów wykorzystujących wątek przemiany świadomości ludzi lat 80. odkrywających zagrożenie AIDS było mnóstwo, a sam wątek bezradności wobec władzy koncernów farmaceutycznych i służby zdrowia zapowiadał się interesująco. Szkoda, że został nieco rozmyty przez wątki poboczne. Zgadzam się jednak, że jest to jedna z najlepszych nominacji tegorocznych Oskarów.

    • drDigger

      O właśnie. Pierwsze dwa zdania to to, co chciałem powiedzieć powyżej.

      • q

        dokładnie.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Psychozy Soderbergha

Następny tekst

#123 Decydująca runda



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE