nowości kinowe

WINCHESTER. DOM DUCHÓW. Po omacku

Horror, którego zgubiła chęć bycia klasycznym.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Niespełniony potencjał

Filmy o nawiedzonych domach mogą być prawdziwie przerażającą formą wycieczki po przybytku, który stara się doprowadzić bohaterów na skraj szaleństwa, bądź istną jazdą bez trzymanki, straszącą niczym podróż kolejką górską. Z jednej strony psychologiczny, nierzadko również egzystencjalny pojedynek – najlepszymi przykładami takiego kina są W kleszczach lęku oraz Inni – z drugiej szalony atak na zmysły, ocierający się czasem o śmieszność, jak w Domu na nawiedzonym wzgórzu lub Poltergeist. Oczywiście są i takie filmy, które starają się łączyć jedno z drugim, ale biada tym, które same nie wiedzą, czym chcą być. Winchester. Dom duchów jest niestety takim dziełem, po omacku szukającym równowagi pomiędzy elegancją starodawnych opowieści grozy, a pełnym efektownych i licznych momentów horrorem, w których coś nieoczekiwanie chce nas wystraszyć własną obecnością. Problem polega na tym, że film braci Spierig nie spełnia się w żadnym z tych celów.

Sama historia obiecuje całkiem sporo w temacie nawiedzonego domostwa, prezentując nam jeden z najciekawszych budynków, w których straszy, jakie mogliśmy podziwiać na ekranie. Wielopoziomowa konstrukcja składa się nie tylko z setki pomieszczeń, licznych korytarzy, wielu nietypowych rozwiązań architektonicznych, ale jest również w ciągłej przebudowie, przekształcając się o każdej porze dnia i nocy, dzięki niekończącej się pracy ekipy budowlanej. Po co to wszystko? Według właścicielki domu, Sary Winchester (Helen Mirren), dziedziczki fortuny swojego zmarłego męża, producenta słynnych strzelb, to duchy zabitych z broni palnej Winchester domagają się miejsca w jej domu, nawiedzając ją i każąc budować kolejne pomieszczenia. Można tu mówić o poetyckiej sprawiedliwości – ofiary szukają spokoju u tej, która dysponuje fortuną zbitą na ich śmierci. Zarząd firmy podejrzewa jednak, że pani Winchester zwyczajnie postradała zmysły, i aby pozbawić ją udziałów, wynajmuje psychiatrę, mającego zawyrokować o zdrowiu psychicznym dziedziczki.

Taki punkt wyjścia sugeruje oczywiście pojedynek racjonalizmu z wiarą w coś wykraczającego poza życie i śmierć jako początek i koniec, co jest stałym motywem tego typu opowieści. Twórcy nie wychodzą jednak poza schemat, obdarzając głównego bohatera, doktora Prince’a (Jason Clarke), udręczoną duszą z powodu śmierci żony oraz lekomańskimi ciągotami, które skutecznie utrudniają mu właściwy osąd sytuacji. Doskonale wiemy, że w końcu dojdzie do sytuacji, w której opór lekarza na nic się zda, a on sam będzie musiał wyjrzeć poza Mickiewiczowskie szkiełko i oko.

Największy zarzut, jaki mam do filmu braci Spierig, to zacofane myślenie, że konwencjonalność jest wartością samą w sobie.

Nie mam problemu z tego typu szablonem – zaledwie wczoraj zrecenzowany Rytuał jest przykładem horroru, który broni się pomimo schematyzmu fabuły. Ale Winchester jest w tym wyjątkowo nieporadny, bardziej zainteresowany stylizacją niż świeżym spojrzeniem na znajomą historię. I jest to widoczne już od pierwszych fragmentów, w których nietypowo bijące czerwone światło uderza w nas swoją sztucznością; zamiast ocieplać zimne i ciemne pomieszczenia, zwraca na siebie uwagę tym, jak bardzo jest nienaturalne. To światło towarzyszyć nam będzie już do samego końca, za każdym razem przypominając nam o nachalnej próbie nadania całości szlachetnego posmaku. Bo przecież retro groza musi charakteryzować się elegancją, spokojnym tempem narracji, klasyczną formą i zwrotami akcji typowymi już tylko dla starych opowieści o duchach. Największy zarzut, jaki mam do filmu braci Spierig, skądinąd zręcznych twórców b-klasowego kina (Daybreakers – Świt, Przeznaczenie), to właśnie to zacofane myślenie, że konwencjonalność jest wartością samą w sobie. Marzy im się to samo światło, jakie towarzyszyło Deborze Kerr w mistrzowskich W kleszczach lęku, ten sam blask, jaki bił od lampy trzymanej przez Nicole Kidman w Innych, ale stylowa oprawa to za mało, aby stać się klasykiem. Zwłaszcza jeżeli na każdym kroku ma się wrażenie obcowania z tanią podróbką.

To wszystko boli tym bardziej, gdyż tytułowy dom duchów jest miejscem niepodobnym do żadnego innego. Aż grzechem było go nie wykorzystać, a to właśnie uczynił duet australijskich reżyserów, silących się na tradycjonalne podejście tam, gdzie potrzebne było szaleństwo. Zamiast tego otrzymujemy garść mało skutecznych jump scares oraz kilka ujęć domu, mających nam zastąpić wyobrażenie o potencjale, jaki kryje. Tym samym Winchester. Dom duchów łatwiej mi będzie zapamiętać jako film, którym mógłby być, niż ten, którym ostatecznie jest.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane