nowości kinowe

Wilk z Wall Street

To pędzące do przodu, dowcipne, świetnie zmontowane w rytm znanych piosenek dzieło jest zdecydowanie najlepszym filmem Martina Scorsese od bardzo dawna.

Autor: Jędrzej Dudkiewicz
opublikowano

Król Leonardo

82382552Martin Scorsese to wciąż jeden z najlepszych reżyserów świata, a do tego zalicza się w poczet moich ulubionych. Dlatego też z niecierpliwością czekałem na jego najnowsze dzieło – „Wilka z Wall Street”. Jednak im bliżej było premiery, tym mój niepokój rósł. A to dochodziły pogłoski o problemach w trakcie produkcji, a to film dostał niedawno tylko dwie nominacje do Złotych Globów… Koniec końców okazało się jednak, że duet Scorsese – Terrence Winter nie tylko nie rozczarował, ale dał znacznie więcej niż można się było spodziewać.

Jordan Belfort to typowy przykład osoby, która mając trochę inteligencji i zero skrupułów, przeszła drogę od zera do bohatera (i z powrotem). Już w wieku 26 lat dorobił się gigantycznej fortuny – 50-metrowy jacht, wielka posiadłość i helikopter to tylko jej kawałek. Jak? Sprzedając akcje: wpierw zwykłym ludziom, następnie bogaczom, przy okazji robiąc szwindle na ogromną skalę. Dlatego też wkrótce zaczęło interesować się nim FBI.

443415.1

Scorsese ze swoim filmem idealnie wstrzelił się w chyba najbardziej aktualny medialnie temat, czyli kryzys finansowy. Nie chodzi mu oczywiście o odwzorowanie tego, jak do niego doszło, ale oglądając poczynania Belforda ciężko nie mieć gdzieś z tyłu głowy skojarzeń z obecną sytuacją. Tym bardziej, że niejaki Mark Hanna, którego krótko, ale brawurowo zagrał Matthew McConaughey, wypowiada jedne z ważniejszych kwestii. Wynika z nich (co w zasadzie jest prawdą), że na giełdzie chodzi tylko o zysk: maklerzy nic nie produkują, nie pomagają bogacić się ludziom, a to, co sprzedają, jest w rzeczywistości wirtualne. Na papierze klient zarabia, ale nie widzi realnych pieniędzy, bo inwestuje je w kolejne akcje podsuwane przez swojego doradcę. Wydaje się jednak, że bardziej niż kryzys Scorsese krytykuje tak ważne dla USA wartości jak kapitalizm i american dream – które oczywiście są mocno związane z tym, co przed chwilą napisałem. Każą one nie tylko zarabiać coraz więcej pieniędzy, co w którymś momencie zaczyna być celem samym w sobie, ale też wyniszczają wewnętrznie każdego, bez wyjątku.

Wspomniałem wcześniej o duecie Scorsese – Winter. Ten pierwszy potwierdza klasę reżyserską, udowadniając kolejny raz, że swój fach ma w małym palcu. „Wilk z Wall Street”, chociaż trwa trzy godziny, nie nudzi ani przez chwilę. Ma doskonałe tempo, świetnie wyważone tonacje, jest po prostu tak szybki, jak życie głównego bohatera. Winter z kolei, który tworzył scenariusze do takich seriali jak „Rodzina Soprano” i „Boardwalk Empire” (przy tym pracuje ze Scorsese), napisał kawał świetnego tekstu. Po pierwsze, film ma rewelacyjne dialogi, które albo idealnie dają odpocząć widzowi w krótkich przerwach pomiędzy akcją, albo są jej dopełnieniem. Po drugie, wszystko w scenariuszu do siebie pasuje – zarówno powaga, jak i komedia. Bo „Wilk z Wall Street” jest naprawdę zabawny i gromkie salwy śmiechu na pokazie prasowym nie były wcale rzadkie. Po trzecie, scenariusz Wintera żywcem przypomina film gangsterski. Główny bohater nie tylko bogaci się poprzez nielegalne czyny, zdobywa sławę i luksusy, ale też jest bezwzględny, cyniczny i, jak w przypadku większości kinowych gangsterów, mimo to daje się go lubić. Z wielu względów, chociażby z racji tego, że Belford jest uzależniony od narkotyków, „Wilk z Wall Street” przypomina mi „Człowieka z blizną” Briana De Palmy (ale skojarzenia z „Chłopcami z ferajny” też są zasadne).

15-outrageous-scenes-in-martin-scorseses-wolf-of-wall-street-we-cant-wait-to-see

Osobne słowa należą się aktorstwu. Oprócz wspomnianego już Matthew McConaugheya docenić trzeba Jonaha Hilla, który drugi już raz (pierwszy to „Moneyball”) zaskakuje mnie swoją kreacją. Jako Donnie Azoff, największy przyjaciel Belforda, jest znakomity – jednocześnie podobny do Jordana i zupełnie od niego inny. Na drugim planie bardzo przekonująco radzą sobie Margot Robbie w roli drugiej żony Belforda, Naomi, oraz Kyle Chandler grający agenta FBI, który ściga Jordana. Królem „Wilka z Wall Street” jest jednak zdecydowanie Leonardo DiCaprio. Od bardzo długiego czasu mający znakomitą passę (dla mnie jest wzorem tego, jak poprowadzić swoją karierę), tutaj udowadnia, że obecnie jest jednym z najlepszych amerykańskich aktorów. DiCaprio ma tu ogromne pole do popisu – w końcu jego bohater zalicza wiele różnych faz zachowań. Od opanowania, spokoju, przez cynizm, brak skrupułów, bycie czarującym dupkiem, po wściekłość i bycie na haju. Każda twarz Belforda jest zagrana bezbłędnie i z wielkim wyczuciem. To w głównej mierze zasługa DiCaprio – jego gry, charyzmy i wdzięku –  że jego bohatera da się lubić nawet wtedy, gdy jest najbardziej żałosny. Myślę, że w końcu nadszedł czas, by docenić go od dawna zasłużonym Oscarem, który należy mu się jak psu buda.

Wszystko powyższe sprawia, że nawet jeśli „Wilk z Wall Street” jest trochę za długi (tak gdzieś o 20 minut), to bez problemu mu się to wybacza. To pędzące do przodu, dowcipne, świetnie zmontowane w rytm znanych piosenek dzieło jest zdecydowanie najlepszym filmem Martina Scorsese od bardzo dawna, a konkretniej od „Kasyna”, chociaż można się zastanowić, czy nawet nie od „Chłopców z ferajny”.

Ostatnio dodane