nowości kinowe

Więzień labiryntu

Kolejny wtórny przejaw postępującej mody na fantastyczno-młodzieżowe widowiska.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

W oczekiwaniu na twist

7601693.3Czasem przychodzi taka chwila w kinie, w której zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele filmów już widziałem i jak małe wrażanie jest w stanie wywrzeć na mnie to, co właśnie oglądam. W wypełnionej po brzegi sali, czuję się wówczas jak outsider, nieprzystający do panującej atmosfery powszechnej uciechy. Gdy po kilkunastu minutach seansu zdaję sobie sprawę z tego, z jakim typem filmu się mierzę, jak może się skończyć i czym ewentualnie może mnie zaskoczyć, zaczynam niecierpliwie spoglądać na zegarek, wyczekując planszy z napisami końcowymi. Gdy już ją widzę, jako pierwszy wstaję z miejsca, chcąc czym prędzej pozostawić to małoznaczące doświadczenie za sobą. Ale zawsze przy takiej okazji zadaję sobie jedno pytanie: jak ocenić film, który nie podobał się mnie, ale istnieje duża szansa, że mógł spodobać się innym? Tym mniej wyrachowanym, mniej świadomym, mniej filmowo doświadczonym?

Taką grupą widzów mogą być na przykład nastolatki. Wszak to dla nich przeznaczony jest największy kawałek popkulturowego tortu wypiekanego współcześnie. Moda na młodzieżowe kino akcji, umiejscowione w fantastycznym anturażu i podszyte nutką romansu, rośnie w siłę i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. Powstają zatem filmy o bliźniaczo zawiązanej intrydze, poniekąd wywodzące się z jednego świata przedstawionego. Ale producenci wciąż nie ustępują w poszukiwaniach kolejnych pisanych na jedno kopyto bestsellerów, które mogłyby stanowić podkład dla scenariusza. Wszak najlepiej podrzucić młodym cukierka, którego już wcześniej zasmakowali. „Więzień labiryntu” jest tej mody kolejnym przejawem. Przejawem małowartościowym i wtórnym. Cóż jednak z tego, jeśli film zaliczył bardzo dobre otwarcie, zwiastując tym samym nadejście rychłej kontynuacji. Jakie znaczenie w tym wypadku mają moje słowa? Otóż żadne.

wiezien-labiryntu

Nie mam najmniejszej ochoty rozwodzić się nad treścią „Więźnia labiryntu”. Konstrukcja fabuły wpisuje się bowiem w postępujący uwiąd twórczy hollywoodzkich scenarzystów, obserwowany przez nas od dobrych kilkunastu lat. Nihil novi chciałoby się rzec po seansie i wzruszyć ramionami. I nie byłoby w tym nic złego – wszak dobrze podane schematy także potrafią dać frajdę – gdyby nie brak atutów, pozwalających mi spojrzeć na akcję filmu z odpowiednim przymrużeniem oka. Nie dość, że znowu jest śmiertelnie poważnie, a w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach fałszu i logicznego oderwania od znanej mi rzeczywistości, to jeszcze cała intryga sprowadzona została do dwugodzinnego oczekiwania na finał. I faktycznie, w takim wypadku ostatnim ratunkiem dla filmu było zaprezentowanie sensownego twistu, budzącego mnie z marazmu. To na nim twórcy oparli cały ciężar jakościowy prezentowanej historii, który ma determinować jej odbiór. Ta powszechna atmosfera tajemnicy okazuje się jednak cholernie złudna, tak jak złudne było wrażenie, że przy końcu cokolwiek będzie mogło mną wstrząsnąć.

Krótkometrażowy film pt. „Ruin” zwiastował potencjał tkwiący w osobie Wesa Bella. Nie mogę jednak powiedzieć, by „Więźniem labiryntu” reżyser ten zaprezentował coś więcej niż… twórczy konformizm. Objawia się on w stosunku do wypróbowanego i usilnie ferowanego przez producentów sposobu prowadzenia akcji, odpowiednio spłaszczonego, wysterylizowanego, wygładzonego (bo oczywiście, gdy w stadzie samców nagle pojawia się kobieta, niecnych myśli w stosunku do niej nie da się przyuważyć). Oglądamy zatem casting ładnych buź, które prześcigają się w wypowiadaniu co rusz to ważniejszych słów. Wielka szkoda, że wykazują się w tym zarówno brakiem charyzmy, jak i zdrowego rozsądku.

mazefeatured

Intencją główną jest potrzeba zmierzenia się z tajemnicą labiryntu, dotarciem do sedna zagadki, w której tkwieniu bohaterowie, nie wiedzieć czemu, zostali pozostawieni. Żadnemu do głowy nie przyjdzie, by lepiej zbadać windę, która ich wszystkich do tego miejsca przywiodła – by schować się w niej i po prostu poczekać, aż zjedzie na dół. Daleka jest także perspektywa udania się do lasu, porąbania znacznej ilości drewna i podjęcie próby budowy konstrukcji, która pozwoliłaby dotrzeć na szczyt jednej ze ścian labiryntu, umożliwiając tym samym wędrówkę po jego wierzchu, a nie ślepe i bezsilne brnięcie przez jego głębie. A zgodnie z tym, co mówi jeden z bohaterów, ucinający w rozmowie wątpliwości drugiego, wszystkie rozwiązania zostały wypróbowane. Czy aby na pewno? Gdyby tak faktycznie było, film trwałby o połowę krócej, a Wes Bell nakręciłby kolejną krótkometrażówkę.

Czuję się jednak bezsilny. Bo nie dość, że „Więzień labiryntu” podoba się publice, to jeszcze duża część krytyków patrzy na niego przychylnym okiem, co wnioskować można po utrzymującym się czerwonym pomidorze na właściwym serwisie operującym wypadkową oceny krytyki. Czyżbyśmy się już poddali? Czy napór idiotyzmu i bezmyślnego naśladownictwa przybrał tak wielki rozmiar, że zakłóca nasz odbiór i zobojętnia na wymagania stawiane wobec twórców? Pozostawię to pytanie w zawieszeniu, licząc, że zdołacie odpowiedzieć sobie na nie sami.

Ostatnio dodane