Więzień labiryntu - recenzja, | FILM.ORG.PL

Więzień labiryntu

Kolejny wtórny przejaw postępującej mody na fantastyczno-młodzieżowe widowiska.




W oczekiwaniu na twist




Jakub Piwoński
22.09.2014


7601693.3Czasem przychodzi taka chwila w kinie, w której zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele filmów już widziałem i jak małe wrażanie jest w stanie wywrzeć na mnie to, co właśnie oglądam. W wypełnionej po brzegi sali, czuję się wówczas jak outsider, nieprzystający do panującej atmosfery powszechnej uciechy. Gdy po kilkunastu minutach seansu zdaję sobie sprawę z tego, z jakim typem filmu się mierzę, jak może się skończyć i czym ewentualnie może mnie zaskoczyć, zaczynam niecierpliwie spoglądać na zegarek, wyczekując planszy z napisami końcowymi. Gdy już ją widzę, jako pierwszy wstaję z miejsca, chcąc czym prędzej pozostawić to małoznaczące doświadczenie za sobą. Ale zawsze przy takiej okazji zadaję sobie jedno pytanie: jak ocenić film, który nie podobał się mnie, ale istnieje duża szansa, że mógł spodobać się innym? Tym mniej wyrachowanym, mniej świadomym, mniej filmowo doświadczonym?

Taką grupą widzów mogą być na przykład nastolatki. Wszak to dla nich przeznaczony jest największy kawałek popkulturowego tortu wypiekanego współcześnie. Moda na młodzieżowe kino akcji, umiejscowione w fantastycznym anturażu i podszyte nutką romansu, rośnie w siłę i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. Powstają zatem filmy o bliźniaczo zawiązanej intrydze, poniekąd wywodzące się z jednego świata przedstawionego. Ale producenci wciąż nie ustępują w poszukiwaniach kolejnych pisanych na jedno kopyto bestsellerów, które mogłyby stanowić podkład dla scenariusza. Wszak najlepiej podrzucić młodym cukierka, którego już wcześniej zasmakowali. „Więzień labiryntu” jest tej mody kolejnym przejawem. Przejawem małowartościowym i wtórnym. Cóż jednak z tego, jeśli film zaliczył bardzo dobre otwarcie, zwiastując tym samym nadejście rychłej kontynuacji. Jakie znaczenie w tym wypadku mają moje słowa? Otóż żadne.

wiezien-labiryntu

Nie mam najmniejszej ochoty rozwodzić się nad treścią „Więźnia labiryntu”. Konstrukcja fabuły wpisuje się bowiem w postępujący uwiąd twórczy hollywoodzkich scenarzystów, obserwowany przez nas od dobrych kilkunastu lat. Nihil novi chciałoby się rzec po seansie i wzruszyć ramionami. I nie byłoby w tym nic złego – wszak dobrze podane schematy także potrafią dać frajdę – gdyby nie brak atutów, pozwalających mi spojrzeć na akcję filmu z odpowiednim przymrużeniem oka. Nie dość, że znowu jest śmiertelnie poważnie, a w powietrzu unosi się nieprzyjemny zapach fałszu i logicznego oderwania od znanej mi rzeczywistości, to jeszcze cała intryga sprowadzona została do dwugodzinnego oczekiwania na finał. I faktycznie, w takim wypadku ostatnim ratunkiem dla filmu było zaprezentowanie sensownego twistu, budzącego mnie z marazmu. To na nim twórcy oparli cały ciężar jakościowy prezentowanej historii, który ma determinować jej odbiór. Ta powszechna atmosfera tajemnicy okazuje się jednak cholernie złudna, tak jak złudne było wrażenie, że przy końcu cokolwiek będzie mogło mną wstrząsnąć.

Krótkometrażowy film pt. „Ruin” zwiastował potencjał tkwiący w osobie Wesa Bella. Nie mogę jednak powiedzieć, by „Więźniem labiryntu” reżyser ten zaprezentował coś więcej niż… twórczy konformizm. Objawia się on w stosunku do wypróbowanego i usilnie ferowanego przez producentów sposobu prowadzenia akcji, odpowiednio spłaszczonego, wysterylizowanego, wygładzonego (bo oczywiście, gdy w stadzie samców nagle pojawia się kobieta, niecnych myśli w stosunku do niej nie da się przyuważyć). Oglądamy zatem casting ładnych buź, które prześcigają się w wypowiadaniu co rusz to ważniejszych słów. Wielka szkoda, że wykazują się w tym zarówno brakiem charyzmy, jak i zdrowego rozsądku.

mazefeatured

Intencją główną jest potrzeba zmierzenia się z tajemnicą labiryntu, dotarciem do sedna zagadki, w której tkwieniu bohaterowie, nie wiedzieć czemu, zostali pozostawieni. Żadnemu do głowy nie przyjdzie, by lepiej zbadać windę, która ich wszystkich do tego miejsca przywiodła – by schować się w niej i po prostu poczekać, aż zjedzie na dół. Daleka jest także perspektywa udania się do lasu, porąbania znacznej ilości drewna i podjęcie próby budowy konstrukcji, która pozwoliłaby dotrzeć na szczyt jednej ze ścian labiryntu, umożliwiając tym samym wędrówkę po jego wierzchu, a nie ślepe i bezsilne brnięcie przez jego głębie. A zgodnie z tym, co mówi jeden z bohaterów, ucinający w rozmowie wątpliwości drugiego, wszystkie rozwiązania zostały wypróbowane. Czy aby na pewno? Gdyby tak faktycznie było, film trwałby o połowę krócej, a Wes Bell nakręciłby kolejną krótkometrażówkę.

Czuję się jednak bezsilny. Bo nie dość, że „Więzień labiryntu” podoba się publice, to jeszcze duża część krytyków patrzy na niego przychylnym okiem, co wnioskować można po utrzymującym się czerwonym pomidorze na właściwym serwisie operującym wypadkową oceny krytyki. Czyżbyśmy się już poddali? Czy napór idiotyzmu i bezmyślnego naśladownictwa przybrał tak wielki rozmiar, że zakłóca nasz odbiór i zobojętnia na wymagania stawiane wobec twórców? Pozostawię to pytanie w zawieszeniu, licząc, że zdołacie odpowiedzieć sobie na nie sami.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Librarian

    Co poradzić, jeśli film jest ekranizacją pierwszej części trylogii (coś na kształt Igrzysk)? Ta część nie wyjaśnia zupełnie, o co w tym wszystkim chodzi (jestem po przeczytaniu 2 tomu i nie jestem zachwycona, spodziewałam się czegoś zupełnie innego ;/). Zapewne kolejne ekranizacyjne odsłony cośkolwiek wyjaśnią, tak na prawdę więc chodzi o przywiązanie widza do bohaterów. A jeśli chodzi o tendencje kina młodzieżowego, to wypadkowa tego, jak wygląda dzisiejsza literatura młodzieżowa. A wygląda właśnie tak, jak te wszystkie ekranizacje. Natrafienie na cokolwiek wartościowego graniczy z cudem.

  • Andriej

    Piwoń powiedział dokładnie to, co sam mówiłem wcześniej pod recką innego klona „Hunger games”, tyle że mnie jakiś hipster zaraz zbeształ. Po „Zmierzchu” przyszła moda na młodzieżowe ero-wampiry, po HG przyszła moda na gówniarskie romanse w dystopicznej przyszłości. Jedyną optymistyczną cechą tego zjawiska jest jego krótki żywot i zapomnienie, w jakie od razu popada. Po ukazaniu się drugiej części trzeciej ekranizacji (LoL) „Igrzysk…”, ten szablon już długo nie pociągnie

  • Mefisto

    Ocena raczej spodziewana – nie ganiłbym jednak aż tak scenarzystów, którzy jedynie odwalają tu pańszczyznę kolejnym przenoszeniem debilnych sag książkowych na ekran. Wina leży bardziej po stronie producentów i, cóż, autorów tych książek, z których każdy następny lekką ręką chciałby się dorobić tryliardów dolarów na kolejnych klonach Zmierzchu, Świtu, Popołudnia czy czego tam. I pomyśleć tylko, że kiedyś to May cieszył się popularnością wśród młodzieży.

  • Lilka

    Więzień labiryntu nie jest wielkim osiągnięciem kinematografii, ale moim zdaniem jest przyzwoitym przedstawicielem gatunku YA. Uważam, że aktorstwo było na dobrym poziomie i lektura zagranicznych recenzji pokazuje, że wielu krytyków jest tego samego zdania. Stwierdzenie o „castingu ładnych buź” jest bardzo mocne i w tym przypadku chyba jednak niesprawiedliwe. Nie mieliśmy w tym filmie do czynienia z Kristen Steward, która w Zmierzchu nie była w stanie nawet się uśmiechnąć. Każdy krytyk ma jednak prawo do swojej opinii. Zwrócę tylko uwagę, że trudno mieć zaufanie do recenzji, w której pojawiają się błędy pokazujące brak znajomości fabuły. W recenzji pojawia się stwierdzenie, że żadnemu z bohaterów do głowy nie przyjdzie, by lepiej zbadać windę, która ich
    wszystkich do labiryntu przywiodła – by schować się w niej i po prostu poczekać, aż zjedzie na dół. W filmie Thomas pyta o to jednego z towarzyszy i dostaje odpowiedź, że próbowali, ale nie wyszło – winda nie wyjedzie na zewnątrz z załadunkiem. Zresztą w filmach sf chyba nie chodzi o piorunującą logikę. Gdyby tak było żaden nie zostałby nakręcony. Podkreślam, że nie uważam, że jest to film dobry. Nie sądzę jednak, że zasługuje na aż tak mocną krytykę.

  • Jacek Leciński

    A mnie się marzy aby zamiast tych słodkich teledysków ktoś się odważył zekranizować „Lewiatana” wg Westerfelda. Trzaby z kiermany budżet na blockbustera wysupłać, bo powieść typu biopunk/steampunk ekranizowana metodami chałupniczymi mogłaby się nie obronić… Kto wie, może się znajdzie kiedyś jakiś śmiałek…

  • Heyter Weird

    Mam wrażenie, że autor recenzji filmu nie obejrzał, albo po prostu mało wie na temat, o którym pisze. „Więzień labiryntu” kinem ambitnym nie jest i (jak sądzę) nawet nie usiłuje takiego udawać. Moim zdaniem sugerowanie, że film może spodobać się tylko osobom „mniej wyrachowanym (wyrafinowanym?) mniej świadomym, mniej filmowo doświadczonym” jest nieco niesprawiedliwe, gdyż biorąc poprawkę na to, że jest to produkcja typowo młodzieżowa, jako źródło rozrywki sprawdza się całkiem dobrze. I właśnie jako kino rozrywkowe mi odpowiada, chociaż „mniej świadoma” wcale się nie czuję, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jestem całkiem trzeźwo myślącym kinomanem. „Więzień…” jest o tyle wtórny, że należy do tego samego gatunku co chociażby „Igrzyska śmierci”. Występują tu młodzi bohaterowie, postawieni w sytuacji, która wskazuje na przynależność do modnej ostatnimi czasy młodzieżowej dystopii – w tym momencie jednak podobieństwa się kończą. Czy ktoś porównuje „Draculę” Coppoli z „Underworld” tylko dlatego, że w obu filmach występują wampiry?
    Niedociągnięcie w recenzji – wspomniana tu kwestia windy została – i owszem – wyjaśniona w jednej z rozmów między bohaterami… Tak więc dziwi mnie przytoczenie akurat tego argumentu.
    Na zakończenie chciałabym dodać, że do fanów dystopii młodzieżowych nie należę, bo większość z nich rzeczywiście można uznać za wtórne, nie dziwię się więc, że autorowi film mógł się nie spodobać w aż takim stopniu. Na ile jednak ta opinia jest merytoryczna, a na ile podyktowana nastawieniem, z jakim recenzent trafił do kina?

    • Jakub Piwoński

      Na miłość boską, toż ja nie wymagam od twórców, by robiąc kino młodzieżowe tworzyli arcydzieła kinematografii. Ja wymagam od nich tego, by robiąc kino młodzieżowe robili to w taki sposób, by nie uwłaczało to inteligencji przeciętnego widza, by w myśl koniunktury po sobie bezmyślnie nie powtarzali, i by te filmy były po prostu ciekawe. Proste. I „Igrzyska śmierci”, które poniekąd tą modę zainicjowały, są dobrym przykładem na to, że jeśli się chcę, to można poprowadzić narracja nawet lepiej, niż autor książki. Sam przecież wyraziłem dalece pochlebną opinię na temat tego filmu, zakrawającą o zachwyt, w tej oto recenzji: http://film.org.pl/r/recenzje/igrzyska-smierci-7300/
      Tworzone obecnie filmy YA to nic innego jak tanie popłuczyny po sukcesie „Igrzysk…” (ale także po sukcesie Pottera) a my ślepo w tym uczestniczymy, dając twórcom zielone światło na ich tworzenie, nie odróżniając jakościowo jednego od drugiego.
      Jeżeli ty na „Więźniu…” bawiłeś się dobrze, a uważasz siebie za, jak to ująłeś, „trzeźwo myślącego kinomana”, to gratuluje, mogę się tylko cieszyć Twoim szczęściem. Moje przeżycia były skrajnie odmienne, czułem jak ktoś wciska mi kit, czemu dałem wyraz w recenzji, której charakter do końca pozostał dalece subiektywny. Nie podoba się, ok, rozumiem twoją argumentację, ale nie trzeba zaraz poddawać w wątpliwość mojego uczestnictwa w seansie.

      PS- a co do argumentu z windą, to fakt istnienia wzmianki na jej temat, w której bohaterowie tłumaczą dlaczego „nie tędy droga”, moim zdaniem w żaden sposób nie zmienia negatywnego wrażenia, jakie budzi we mnie to rozwiązanie. Bo to mniej więcej tak, jakby zagubieni bohaterowie filmu „Cube” w jednym z odwiedzanych pomieszczeń znaleźli drzwi z napisem „exit”. Wedle mnie, w filmach traktujących o zamknięciu, tudzież umieszczeniu grupki osób w danej przestrzeni, nie powinno się bohaterom wskazywać, jaką drogą trafili do tego miejsca, a już na pewno nie powinno się tego pokazywać widzowi.

      • Heyter Weird

        „Igrzyska śmierci” są moim zdaniem znacznie lepszym materiałem na scenariusz i przyznaję, że efekt był bardziej zadowalający niż to, co zaprezentowano w „Więźniu…”, aczkolwiek patrząc na te filmy postrzegam je w pewnym sensie przez pryzmat książek, jako że są to przecież ekranizacje. Podczas gdy nigdy wcześniej nie natrafiłam na cokolwiek, czy to książkę czy film, które przypominałyby fabularnie „Więźnia…”, sama idea „Igrzysk śmierci” to nieco uładzona wersja znacznie bardziej brutalnego, japońskiego „Battle Royale” (1999 rok). Tak więc może i „Igrzyska…” są lepszym filmem, ale w świetle „bliźniaczego podobieństwa” czy „wtórności” przytoczonych w recenzji, same okazują się być kalką (co jednak nie zmienia mojego pozytywnego nastawienia do trylogii S. Collins/ filmów na jej podstawie). Wracając do „Więźnia…” – tak, jestem trzeźwo myślącym kinomanem, a co więcej czytelnikiem. I podczas gdy „Igrzyska śmierci” są po prostu dobrym filmem, „Więzień labiryntu” jest jedynie dobrą ekranizacją. Brak szczegółów, pomijanie istotnych faktów? Ktoś, kto przeczytał książkę przed obejrzeniem filmu (a Ty nie wspomniałeś o czymś takim) zna zarówno te szczegóły, jak i motywacje bohaterów. I w związku z tym na pewno nie czuje, że „wciska mu się kit”. Tak, jest to minus – bo okazuje się, że film docenią jedynie czytelnicy książek J. Dashnera. Ale chcemy tego czy nie, ekranizacje są kierowane głównie do czytelników i dlatego właśnie taki mam zwyczaj – czytam, potem oglądam.

        PS Tłumaczenie autora z kolei, nie zmienia mojego negatywnego wrażenia po tym, jak zwyczajnie pominął fakt wyjaśnienia kwestii windy w recenzji (krótka drzemka w czasie seansu?). Drzwi z napisem „Exit” nie są dla mnie dowodem pójścia na łatwiznę. Mogłyby być, gdyby nie fakt, że znam treść drugiej części trylogii. Trudno zatem oczekiwać, że zakończenie filmu zostanie zmienione, tylko po to, aby nie ukazać wyjścia…

        • Jakub Piwoński

          Ale ja nie znam książki i znać nie muszę, bo przy filmie robionym na tak szeroką skalę, twórcy po prostu nie mogą brać tylko perspektywy odbioru czytelników. To nie jest „Ania z zielonego wzgórza” przeznaczona do telewizji, puszczona w niedziele, przed poniedziałkową lekcją polskiego.

          • Heyter Weird

            Skarżysz się na brak wyjaśnień, ja daję prostą receptę, do której oczywiście nikt nie musi się stosować. Wystarczy jednak porównać czas trwania „Igrzysk śmierci” a „Więźnia labiryntu”, by stwierdzić, że brak pogłębienia niektórych kwestii nie wynika z dziurawej fabuły, a raczej z faktu, że film jest po prostu znacznie krótszy. Trochę trudno oczekiwać szczegółowego wyjaśnienia każdej kwestii opisanej w książce przy czasie 1.53 min.

          • Jakub Piwoński

            ale ja nie mówię, że źle wytłumaczono mi kwestie widny, tylko że tej windy tam w ogóle nie powinno być, gdyż jest zbyt problematycznym elementem ;) nie lepiej umieścić bohaterów w osadzie w sposób tajemniczy?

          • Heyter Weird

            Winda nie jest zbyt tajemniczym elementem, ale za to całkiem logicznym – w końcu labirynt sam w sobie jest wielką konstrukcją. W związku z tym trudno o to, żeby bohaterowie trafili tam na przykład poprzez tornado jak Dorotka do Oz ;). Jak już wcześniej zauważyłeś, pewnym wyjściem z sytuacji byłoby po prostu nie pokazywać widzowi, jak młodzież znalazła się w labiryncie. Jest to jednak dobre rozwiązanie w świetle jednej części, a autor zdecydował się na trylogię, stąd niestety podanie widzowi tego rozwiązania kawa na ławę.

  • Liw

    Polecam przeczytać książkę – i tobie, i reżyserowi. Było w niej wytłumaczone, czemu nie mogą wrócić za pomocą Pudła czy też dlaczego nie wspinali się po ścinach labiryntu. A co do filmu – mi się on podobał, może dlatego, że jestem nastolatką, a może dlatego, że film jest po prostu dobry.

    • Tomasz Weyland

      moze i w ksiazce bylo, ale nie zamierzam czytac ksiazki po to, by potwierdzic lub nie to, ze film jest nielogiczny






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

ŻYWE TRUPY I DOBRE RZEMIOSŁO. Podsumowanie Festiwalu w Gdyni

Następny tekst

IDŹ I PATRZ - II Wojna Światowa wg KMF



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE