Wielki Gatsby - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Wielki Gatsby (prosto z Cannes)

Film zachwyca, ale równocześnie tłumi samą historię, która po raz pierwszy w przypadku filmów Australijczyka jest czymś więcej, aniżeli prostą opowiastką o miłości.




Miecz obosieczny




Filip Jalowski
17.05.2013


Kiedy Luhrmann kręcił uwspółcześnioną wersję „Romea i Julii” mało kto wierzył, że coś z tego wyjdzie. Przeniesienie dramatu Szekspira na ulice znajdujące się pod kontrolą lokalnych gangów okazało się jednak zaskakująco dobrą zabawą z oryginalnym tekstem. Luhrmann udowodnił, że zna swój fach i, co najważniejsze, doskonale radzi sobie z wizualna oprawą realizowanych filmów. „Moulin Rouge!” potwierdziło jego kompetencje, a niedoceniona „Australia” utwierdziła mnie w przekonaniu, że na każdy kolejny film Luhrmanna trzeba czekać z niecierpliwością (ach te australijskie plenery, ach ta Nicole Kidman pędząca przez nie na koniu).

Kiedy w internecie pojawił się zwiastun do „Wielkiego Gatsby’ego” poczułem się jednak delikatnie zaniepokojony. Nie do końca przekonywał mnie pomysł, aby do nowojorskiego świata lat dwudziestych (tak bogatego w dźwięki i melodie wygrywane w tętniących życiem lokalach) wprowadzać muzykę na wskroś współczesną. O ile całkowite przeniesienie tekstu do innych realiów nie budzi moich zastrzeżeń, to taki międzypokoleniowy misz-masz wydaje się być niezwykle ryzykowny. Pomijając ten fakt, w zwiastunie można było dostrzec tego samego Luhrmanna, którego znamy z poprzednich filmów. Wizualna perełka. Jadnak, czy 3D nie przyćmi jej blasku?

Po seansie z całą stanowczością stwierdzam, że nie. „Wielki Gatsby” to wizualny majstersztyk. Luhrmann nie używa 3D jedynie po to, aby od czasu do czasu uraczyć widza widokiem obiektu, który „wylatuje” z płaszczyzny ekranu. W „Gatsbym” 3D doskonale współgra z językiem filmu, podkreśla niezwykłość wielu sytuacji. Najlepszy efekt Luhrmann uzyskuje w scenie, w której po raz pierwszy spotykamy się z bohaterką kreowaną przez Carey Mulligan. Nick Carraway (jedna z głównych postaci oraz narrator opowieści) wchodzi do wielkiego pokoju, na środku stoi wypoczynek, a zza oparcia wystaje dłoń aktorki. Wiatr dostający się przez otwarte drzwi balkonowe (w pokoju jest ich około sześciu) sprawia, że śnieżnobiałe firany zaczynają tańczyć po całym pomieszczeniu. 3D działa w tym momencie wyśmienicie, sprawia, że wokół bohaterki Mulligan od początku roztacza się aura niezwykłości.

Inaczej jest z kwestią muzyki. Współczesne numery nie kaleczą uszu, a w kilku scenach ich zastosowanie zdaje się być uzasadnione (chociażby w momentach, w których Luhrmann chce przedstawić Nowy Jork jako molocha, miasto zabieganych ludzi bez uczuć), ale w ogólnym rozrachunku ich wprowadzenie nie ma większego sensu. Nie wydaje mi się, żeby melancholijny kawałek Lany del Rey opisywał relację Gatsby’ego i Daisy lepiej, aniżeli utrzymana w podobnym tonie melodia z epoki. Słynne imprezy u Gatsby’ego również obyłyby się bez wydatnych basów znanych ze współczesnych klubów (choć trzeba przyznać, że wizualne szaleństwo imprez robi wrażenie). Współczesna muzyka jest zatem wprowadzona nieco na siłę. Co jednak z samym „Wielkim Gatsbym”?

W odpowiedzi na to pytanie pojawia się w moim przypadku wiele ambiwalencji. Luhrmann, co powtarzam do znudzenia, po raz kolejny popełnił plastyczne arcydzieło, które prawdopodobnie zgarnie statuetki za charakteryzację oraz scenografię. W kreowaniu filmowych światów Australijczyk jest niekwestionowanym mistrzem. DiCaprio jest charyzmatyczny, ale na pewno nie jest to wybitna kreacja. Mulligan jak zawsze czaruje, a Tobey Maguire doskonale radzi sobie z wymagającą rolą. Luhrmann i Pearce (współscenarzysta) wyłapują natomiast kwintesencję powieściowego oryginału. „Gatsby” pozostaje krytyką społecznych masek, pod którymi skrywają się ludzie-marionetki. Krytyką systemu, w którym szczera i wrażliwa jednostka jest formą awarii, która przypomina pozostałym trybikom jak fałszywe jest ich życie. Panuje jednak w tym filmie jakiś niedokońca zrozumiały chaos. Coś, co odwraca uwagę od najważniejszych kwestii historii Gatsby’ego.

Wydaje mi się, że tym razem wizualny przepych Luhrmanna zadziałał na zasadzie miecza obosiecznego. Zachwyca, ale równocześnie tłumi samą historię, która po raz pierwszy w przypadku filmów Australijczyka jest czymś więcej, aniżeli prostą opowiastką o miłości. Zobaczyć zdecydowanie warto, ale do „wielkości” książkowego oryginału filmowi Luhrmanna bardzo daleko.







  • Michał

    Trzeba wspomnieć, że Luhrmann bardzo luźno trzymał się książki. Film jak dla mnie 7+ , do kina wybrać się warto choćby dla samego DiCaprio

  • Szymon Pajdak

    Luźno? Dla mnie kilka rzeczy pominął, ale jest to dosyć wierne oryginałowi.

    Spodziewałem się czegoś innego, ale mimo wszystko jestem oczarowany. Film jest bardzo stonowany w stosunku do tego co pokazują zwiastuny, a Luhrmann bawi się formą i kompozycją. Na ekranie pojawia się tekst, przebitki, itp. Zachwycają zdjęcia i kolorystyka, strona techniczna jest perfekcyjna. Aktorsko stoi to na naprawdę wysokim poziomie. DiCaprio może nie gra roli życia, ale widać, że czuje postać. Reszta bez zarzutu. Muzyka dobrana idealnie. Czuć nad tym wszystkim ducha powieści.

    8/10

  • Wygląda na to, że po raz pierwszy tak bardzo moja opinia odbiega od opinii recenzentów.

    Uważam ten film za tragiczny. Oczywiście nie mam nic do zarzucenia kostiumom i tak dalej, ale no błagam…

    Gołym okiem było widać postaci wklejone na ‚green screen’ i to nie raz, czy dwa, a przez 70% filmu. GOŁYM OKIEM, na poziomie Bitwy Warszawskiej czy innego szajsu. Sceny na molo, albo w ogrodze… Dramat, po prostu dramat.

    Dobra gra aktorska? Ledwo zdobędę się na słowo „średnia”. Tobey Maguire jak zawsze do dupy, jego aparycja po prostu nie nadaję się do postaci które mają być „poważne” (i nie rozumiem dlaczego ciągle dostaje takie role?) – ma twarz i mimikę 16-latka. DiCaprio nijaki, a na ekranie jest go mniej niż samego Maguira tak swoją drogą. Reszta postaci jest płaska jak talerz, Mulligan gra prawie przez cały film jedną miną, a tępota jej postaci irytuje.

    Fabuła może ciekawa na papierze ale jest opowiedziana w sposób kompletnie nieangażujący! Na początku zupełnie nie wiadomo co się właściwie dzieje i dlaczego tak, a jak już mniej więcej ‚łapiesz’ – to i tak Cię to nie obchodzi w sumie. Ludzie na sali ewidentnie ziewali z nudów, a ja nie mogłem się powstrzymać przed mimowolnym zerkaniem na zegarek i modłami, by wreszcie stało się coś ciekawego (modły nie zostały wysłuchane).

    Ten film jest jak gra RPG w której 90% budżetu wyłożono na grafikę, a 10% na fabułę – proporcje powinny być odwrotne, a w dodatku nawet ta grafika się nie udała (nie mogę przeboleć tego pieprzonego „green screena” w produkcji która pochłonęła tyle milionów, po prostu nie mogę!).

    No, wyrzuciłem to z siebie. Zawiodłem się straszliwie i nie rozumiem zachwytów nad filmem.
    4/10.

    EDIT:
    Nie czytałem powieści, na podstawie której powstał ten film – i może dlatego, uważam, że fabuła była kiepska, ale ja — Z FILMU — nie dowiedziałem się absolutnie co kierowało poszczególnymi postaciami. Dlaczego on zachował się w ten sposób? Dlaczego ona w tamten? Dlaczego on jest zazdrosny, tamten zły, tamta niepewna, a jeszcze inna smutna? W filmie postacie zachowuja się w określony sposób, ale widzowi nie są pokazane MOTYWY tych działań, przez co całość ogląda się z jednym wielkim „WTF” na ustach.

    • Czy naprawdę trzeba dzisiaj walić prosto z mostu, żeby widzieć motywacje? Też nie czytałem, ale one są dość czytelne.

      • Jest różnica pomiędzy „zachowania bohaterów są kretyńskie”, a „w miarę czytelne motywacje”.

        [Mini Spoilery]
        Jak mi wytłumaczysz logicznie (nie czytając książki, tylko na podstawie filmu!) na cholerę Gatsby potrzebował koniecznie wyznania Daisy; dlaczego nie mogli uciec; dlaczego czekał tyle czasu ze spotkaniem skoro był już bogaty; na cholerę tak zwodził z głupią prośbą do Carrawaya, dlaczego najbogatszy człowiek w mieście boi się policji (mimo, że komisarz to jego kumpel / dłużnik)… I tak dalej, i tak dalej.
        [/Mini Spoilery]

        Te bezsensy można ciągnąć praktycznie przez cały seans.

        Po filmie który miał być Oskarową rolą Leosia i genialnym, zmuszającym do myślenia kinem no to sorry, ale wielopłaszyzności fabularnej nie budujesz wg schematu „haha, a ja nic nie wyjaśnie”, a życiowej roli – głównemu bohaterowii dając mniej czasu ekranowego niż słabemu aktorowi (Maguire) który zresztą mizernie prowadzi wątek, który niżej pochwaliłeś – narrację.

        Podsumowując: początek chaotyczny, fabuła niejasna, bohaterowie nieangażujący, źle obsadzona jedna z głównych ról (ponownie – Maguire), OKROPNE „efekty green screena”.

        Jedyne co na plus można zaliczyć to niektóre świetne ujęcia i kostiumy. No i muzyka, niech będzie, ale w pamięć absolutnie nie zapada.

        I za co te wysokie noty, pytam się? Za sentyment do powieści chyba (no, nie w Twoim wypadku Rafał), bo film nie daje do nich podstaw.

        • Mini spojlery:

          Dlaczego potrzebował wyznania Daisy? Żeby potwierdzić własne urojenia, fantazje, marzenia.

          Dlaczego nie mogli uciec? Bo ona nie chciała tak mocno jak Gatsby.

          Dlaczego tyle czekał ze spotkaniem? Próbował ją zwabić ogólnym splendorem, na co ona, ze względu na charakter Edgertona, nie mogła się zgodzić.

          Dlaczego Carraway? Bo to kuzyn Daisy i jednocześnie sąsiad Gastby’ego.

          Dlaczego boi się policji? Bo jeśli jest kupa świadków, to i pojedynczego gliny nie da się przekupić. Poza tym Gatsby dbał o renomę – nie mógłby się nie bać.

          Ogólnie mam wrażenie, że się mocno rozmijamy w ocenie, szczególnie tego, o czym film mówi i miejsca _morału_ w kontekście całości. Percepcja jest sprawą indywidualną – mi się film, jako całość, bardzo podobał i nie czuję, że drażni mnie to, co drażni Ciebie.

  • Miałem pisać recenzję, ale mniej więcej zgadzam się z Fidelem, więc nie będę dublował.

    Film Luhrmanna jest nie taki, jak sugerowały zwiastuny. Nie tak szalony i ekstrawagancki, jak można było się spodziewać. Powieści Fitzgeralda nie czytałem (to jedna z wielu zaległości), ale sądzę,że ekranizacja jest wierna słowom, symbolom i emocjom – czuć w niej bowiem ducha wielkiej literatury: są wspaniale wykreowani bohaterowie, których wzajemne relacje są niejednoznaczne; jest ciekawe historyczne tło, które intryguje; jest morał/myśl, pięknie spuentowane przez narratora, tak rzadko spotykane w kinie czy nawet współczesnej literaturze. Takie niedzisiejsze.

    Wczoraj, tuż po seansie czułem jednak rozczarowanie – dzisiaj wiem, że dotyczyło to oczekiwań względem akcentowania tego, co ważne. Chciałem popkulturalnej zabawy, niczym w „Moulin Rouge”, a dostałem dobrą, niebanalną historię, której znaczenia nie da się nie docenić. Oczywiście fantazyjne scenerie, nietypowe ujęcia i postmodernistyczne fanaberie dają o sobie znać, szczególnie w pierwszych 30 minutach, ale nie przykrywają one tego, co najważniejsze, czyli „Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość”.

    Leo jest bardzo dobry – w najcichszych momentach, kiedy tylko patrzy, znakomity. Ale nie jest to oscarowa rola. Za to Joel Edgerton nominację ma w banku – cholernie się cieszę, że po „Wojowniku” facet wchodzi coraz odważniej na salony. Carey Mulligan – piękna i ma kilka świetnych scen. Tobey MaGuire – nigdy go nie ceniłem i cenić nie będę, choć jest po prostu ok.

    A propos muzyki jeszcze – nie psuje seansu, ale gdyby Luhrmann odkrył na nowo jazzowe standardy lat 20. byłoby to zdecydowanie ciekawsze rozwiązanie.

    Aha, kompletnie zbędne 3D. Nie warto przepłacać dla jednej sceny, w której ten efekt się sprawdził, czyli powitania z Daisy.

    8/10






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Cannes, Dzień 1: Wilgotność 900%

Następny tekst

Kongres (prosto z Cannes)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE