nowości kinowe

Wielki Gatsby (prosto z Cannes)

Film zachwyca, ale równocześnie tłumi samą historię, która po raz pierwszy w przypadku filmów Australijczyka jest czymś więcej, aniżeli prostą opowiastką o miłości.

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Kiedy Luhrmann kręcił uwspółcześnioną wersję „Romea i Julii” mało kto wierzył, że coś z tego wyjdzie. Przeniesienie dramatu Szekspira na ulice znajdujące się pod kontrolą lokalnych gangów okazało się jednak zaskakująco dobrą zabawą z oryginalnym tekstem. Luhrmann udowodnił, że zna swój fach i, co najważniejsze, doskonale radzi sobie z wizualna oprawą realizowanych filmów. „Moulin Rouge!” potwierdziło jego kompetencje, a niedoceniona „Australia” utwierdziła mnie w przekonaniu, że na każdy kolejny film Luhrmanna trzeba czekać z niecierpliwością (ach te australijskie plenery, ach ta Nicole Kidman pędząca przez nie na koniu).

Kiedy w internecie pojawił się zwiastun do „Wielkiego Gatsby’ego” poczułem się jednak delikatnie zaniepokojony. Nie do końca przekonywał mnie pomysł, aby do nowojorskiego świata lat dwudziestych (tak bogatego w dźwięki i melodie wygrywane w tętniących życiem lokalach) wprowadzać muzykę na wskroś współczesną. O ile całkowite przeniesienie tekstu do innych realiów nie budzi moich zastrzeżeń, to taki międzypokoleniowy misz-masz wydaje się być niezwykle ryzykowny. Pomijając ten fakt, w zwiastunie można było dostrzec tego samego Luhrmanna, którego znamy z poprzednich filmów. Wizualna perełka. Jadnak, czy 3D nie przyćmi jej blasku?

Po seansie z całą stanowczością stwierdzam, że nie. „Wielki Gatsby” to wizualny majstersztyk. Luhrmann nie używa 3D jedynie po to, aby od czasu do czasu uraczyć widza widokiem obiektu, który „wylatuje” z płaszczyzny ekranu. W „Gatsbym” 3D doskonale współgra z językiem filmu, podkreśla niezwykłość wielu sytuacji. Najlepszy efekt Luhrmann uzyskuje w scenie, w której po raz pierwszy spotykamy się z bohaterką kreowaną przez Carey Mulligan. Nick Carraway (jedna z głównych postaci oraz narrator opowieści) wchodzi do wielkiego pokoju, na środku stoi wypoczynek, a zza oparcia wystaje dłoń aktorki. Wiatr dostający się przez otwarte drzwi balkonowe (w pokoju jest ich około sześciu) sprawia, że śnieżnobiałe firany zaczynają tańczyć po całym pomieszczeniu. 3D działa w tym momencie wyśmienicie, sprawia, że wokół bohaterki Mulligan od początku roztacza się aura niezwykłości.

Inaczej jest z kwestią muzyki. Współczesne numery nie kaleczą uszu, a w kilku scenach ich zastosowanie zdaje się być uzasadnione (chociażby w momentach, w których Luhrmann chce przedstawić Nowy Jork jako molocha, miasto zabieganych ludzi bez uczuć), ale w ogólnym rozrachunku ich wprowadzenie nie ma większego sensu. Nie wydaje mi się, żeby melancholijny kawałek Lany del Rey opisywał relację Gatsby’ego i Daisy lepiej, aniżeli utrzymana w podobnym tonie melodia z epoki. Słynne imprezy u Gatsby’ego również obyłyby się bez wydatnych basów znanych ze współczesnych klubów (choć trzeba przyznać, że wizualne szaleństwo imprez robi wrażenie). Współczesna muzyka jest zatem wprowadzona nieco na siłę. Co jednak z samym „Wielkim Gatsbym”?

W odpowiedzi na to pytanie pojawia się w moim przypadku wiele ambiwalencji. Luhrmann, co powtarzam do znudzenia, po raz kolejny popełnił plastyczne arcydzieło, które prawdopodobnie zgarnie statuetki za charakteryzację oraz scenografię. W kreowaniu filmowych światów Australijczyk jest niekwestionowanym mistrzem. DiCaprio jest charyzmatyczny, ale na pewno nie jest to wybitna kreacja. Mulligan jak zawsze czaruje, a Tobey Maguire doskonale radzi sobie z wymagającą rolą. Luhrmann i Pearce (współscenarzysta) wyłapują natomiast kwintesencję powieściowego oryginału. „Gatsby” pozostaje krytyką społecznych masek, pod którymi skrywają się ludzie-marionetki. Krytyką systemu, w którym szczera i wrażliwa jednostka jest formą awarii, która przypomina pozostałym trybikom jak fałszywe jest ich życie. Panuje jednak w tym filmie jakiś niedokońca zrozumiały chaos. Coś, co odwraca uwagę od najważniejszych kwestii historii Gatsby’ego.

Wydaje mi się, że tym razem wizualny przepych Luhrmanna zadziałał na zasadzie miecza obosiecznego. Zachwyca, ale równocześnie tłumi samą historię, która po raz pierwszy w przypadku filmów Australijczyka jest czymś więcej, aniżeli prostą opowiastką o miłości. Zobaczyć zdecydowanie warto, ale do „wielkości” książkowego oryginału filmowi Luhrmanna bardzo daleko.

Ostatnio dodane