WIELE HAŁASU O NIC - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Wiele hałasu o nic

W kategorii "shakespeare'owskie adaptacje" dzieło zdecydowanie nieudane




Oj, wiele...




Miłosz Drewniak
24.02.2014


tumblr_mfbawlMDq71s0iq6ko1_500

Film Jossa Whedona jest uwspółcześnioną adaptacją sztuki Williama Shakespeare’a. Niektórym taka informacja wystarczy, żeby dziełko zignorować. Jednak zarówno przykład luhrmanowskiej wersji Romea i Julii, jak i cała masa uwspółcześnionych spektakli teatralnych zdążyły już dowieść, że dorobek Stratfordczyka jest ponadczasowy i mówi o wartościach uniwersalnych. Jednak przeniesienie szeksirowszczyzny na plan współczesny wcale nie jest taką prostą sprawą. Film Luhrmana o dwóch mafijnych rodzinach z Verona Beach i zakazanej miłości między dziećmi ich bossów broni się wyśmienicie. Obraz Whedona – nie bardzo. Dlaczego? Brak tutaj tej finezyjnej, intertekstuanej gry z elżbietańską tradycją, której wymagać należy od współczesnych, filmowych przekładów Shakespeare’a. Przyjrzyjmy się samej fabule, notabene, nienaruszonej przez reżysera.

Komedia Williama Shakespeare’a opowiada o dwóch młodych szlachcicach – Claudiu (Fran Kranz) i Benedicku (Alexis Denisof), którzy wraz ze swoim panem – Don Pedrem (Reed Diamond), przybywają w gości do księcia Messyny – Leonata (Clark Gregg). Wracają właśnie z bliżej nieokreślonej wojny, na której zasłużyli się wobec swojego władcy.  Claudio zakochuje się w córce Leonata – Hero (Jillian Morgese), a między Benedickiem a Beatrice (Amy Acker) toczy się od dawna coś w rodzaju wojny na dowcipy i sarkastyczne docinki, która wkrótce okaże się niczym innym jak obronną reakcją przed trudnościami związanymi z miłością i małżeństwem. Brat Don Pedra – Don John (Sean Maher), niechętny ulubieńcowi brata, szykuje spisek mający na celu udaremnienie ślubu Claudia. Tymczasem przyjaciele Benedicka i Beatrice próbują podstępnie ich swatać. Jak to u Shakespeare’a, w sztuce mnóstwo zabawnych omyłek, przebieranek, podsłuchanych rozmów i sytuacji qui pro quo.

144517_1288565

Wiele hałasu o nic u Whedona zdaje się być uwspółcześnione na siłę. Don Pedro, Don John, Claudio i Benedick przyjeżdżają limuzyną do domu Leonata. Wszyscy ubrani są w garnitury. Wracają z jakiejś wojny, choć wcale nie wyglądają jak żołnierze, ani nawet żołnierze mafii. Jeśli reżyser chciał zrobić z bohaterów mafiosi, to kompletnie nie wykorzystał potencjału tkwiącego w takiej interpretacji. Jeśli taki był jego zamiar, to całość wyszła bardzo niewyraźnie. Właściwie nie wiadomo kim są bohaterowie Much Ado About Nothing w interpretacji Whedona. A szkoda. Bo wystarczyło ubrać ich w wyjściowe mundury amerykańskiej armii i wcisnąć ich w te limuzyny. Żołnierze wracają do domu, powiedzmy – z Afganistanu albo Iraku. Taka myśl nasuwałaby się sama. To albo uwypuklenie mafijnego konceptu. Wystarczyło nadać bohaterom wygląd twardzieli-skurczybyków i wetknąć im w usta dymiące cygara. Gangsterzy wracają z mafijnego szczytu. Swoją drogą chętnie posłuchałbym szekspirowskich dialogów kontemplujących istotę miłości w wykonaniu zdegenerowanych, acz inteligentnych przestępców. Z pewnością wyszłoby ciekawie i nietuzinkowo.

W świecie przedstawionym filmu Whedona nic nie trzyma się kupy. Leonato niby jest „księciem”, któremu podlega miejska straż (policjanci), ale wcale tego nie widać. Akcja dzieje się w jego domu, który wygląda jak zwyczajny dom w dzielnicy willowej. Nie ma w Clarku Greggu żadnej charyzmy, a jego „dwór” pozbawiony jest jakiegokolwiek splendoru. Nie ma tutaj tej zręcznej gry z Shakespearem, co w dziele Luhrmana. Mam na myśli trafne, współczesne odpowiedniki elementów zawartych w Romeo i Julii, takich jak mafijne rodziny zamiast szlacheckich rodów Verony, zastąpienie rynku stacją benzynową, rapierów pistoletami, komentatora akcji telewizyjnymi wiadomościami etc. Każdy element w filmie Buzza Luhrmana współgra zarówno z dramatem Shakespeare’a, jak i z współczesną rzeczywistością wykreowaną w filmie. Tej właśnie zwartości brakuje w Wiele hałasu o nic. Wygląda to tak, jakby reżyser wrzucił do jakiegoś domu garstkę aktorów ubranych w garnitury i kazał im odegrać sztukę Shakespeare’a.

Światełkiem w tunelu jest nieśmiała próba wykorzystania możliwości filmowej materii. W scenie pierwszej rozmowy Benedicka i Beatrice reżyser serwuje nam urywkowe retrosepkcje, uchylające rąbka tajemnicy dotyczącej wcześniejszych relacji tej pary. Jest to odważna interpretacja i domysły reżysera, jednak zasługuje na uznanie. Szkoda, że Joss Whedon nie poszedł w tym kiedrunku i nie rzucił nowego, świeżego światła na Wiele hałasu o nic, dopowiadając tu i ówdzie obrazem to, czego o bohaterach nie wiemy od poety, a co potrafi się obronić.

maxresdefault (1)

Niestety, film jest kiepsko, po prostu nijako zagrany. Żaden aktor nie oferuje nam niczego świeżego, zaskakującego w swoich kreacjach. Szczególnie ubolewałem nad postacią Benedicka w interpretacji Alexisa Denisofa. Shakespeare’owski Benedick stanowi pole do popisu i wyzwanie dla każdego aktora, gdyż jest to postać o niebywałym potencjale. Denisof ma swoje przebłyski (świetna parodia sceny balkonowej z Romea i Julii), jednak wydaje się zagubiony, tak jakby nie miał swojego pomysłu na tę postać, która jest bardziej czarującym cwaniakiem, niż zakochanym błaznem, na jakiego kreuje go Denisof. Jeśli cokolwiek błyszczy w obsadzie, to będzie to drugi plan – aktorzy odgrywający błazeński wątek miejskiej straży, z Nathanem Fillionem w roli Dogberry’ego na czele. Sceny przesłuchania świadków i doprowadzenia ich przed oblicze księcia to najzabawniejsze sceny w filmie. Fillion i Lenk, wcielający się w rolę partnera Dogberry’ego, świetnie i przezabawnie odegrali parę głupawych gliniarzy.

Much Ado About Nothing to dzieło o zmarnowanym potencjale, które ratują właściwie tylko shakespeare’owskie dialogi, które przecież dla współczesnej interpretacji sztuki powinny być tylko punktem wyjściowym, na których reżyser winien budować coś nowego i świeżego, coś co nas zaskoczy a jednocześnie nie sprofanuje dzieła mistrza ze Stratford. Niestety, nie ma żadnej finezji ani ładu w filmie Jossa Whedona. Miłośnicy Shakespeare’a się zawiodą, reszta po prostu się zmęczy. W kategorii „shakespeare’owskie adaptacje” dzieło zdecydowanie nieudane.

much-ado-about-nothing-nathan-fillion

Miłosz Drewniak

Miłosz Drewniak

Rocznik ’91, czyli wychował się na filmach z Indianą Jonesem i chyba dlatego nie lubi w kinie smętnego bergmanowania. Skończył polonistykę we Wrocławiu, broniąc pracy na temat słowa w filmach Quentina Tarantino. Na stałe związany jest z film.org.pl, ale publikował też na łamach portalu Noir Café i rocznika naukowego „Studia Filmoznawcze”. Top (bez szczególnego porządku): "Zezowate szczęście", "Popiół i diament", "Słodkie życie", "Osiem i pół", "Do utraty tchu", "Fargo", "Big Lebowski", "Pulp Fiction", "Złap mnie, jeśli potrafisz", "Dogville".
Miłosz Drewniak











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Tajemnica Filomeny

Następny tekst

#122 RoboCop 2



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE