Whiplash (2014) | FILM.ORG.PL

Whiplash

To niesamowite dzieło Chazella można określić mianem thrillera muzycznego, pełnego nieoczekiwanych zwrotów akcji i suspensu, którego nie powstydziłby się z pewnością mistrz Hitchcock.




Lęk przed przeciętnością




Karolina Boroń
21.01.2015


hr_Whiplash_7

Mawiają, że receptą na sukces są upór i ciężka praca. Talent oczywiście pomaga w osiągnięciu sukcesu, ale niekoniecznie jest jego determinantą. W dobie poprawności politycznej, bezstresowego wychowania i absolutnego zakazu kar cielesnych w placówkach oświatowych, Whiplash może nieco zaskakiwać, choć w żadnym wypadku nie jest to opowiadanie o kontestacyjnym charakterze.

Whiplash ukazuje bowiem relację mistrz-uczeń, która zdecydowanie nie należy do poprawnych. Nauczyciel – Terence Fletcher (niesamowity J.K. Simmons) jest typem pedagoga, który, ujmując to w wyjątkowo subtelny sposób, ceni sobie dyscyplinę i rygor w swojej klasie. Fletcher sieje postrach wśród młodych muzyków, a bycie członkiem jego bandu staje się niezwykłym zaszczytem, o którym marzą studenci pierwszego roku tego prestiżowego konserwatorium. Jednym z nich jest Andrew (Miles Teller), któremu udaje się zostać zauważonym przez swojego mistrza, i który będzie musiał nie tylko stawić czoła swojemu surowemu autorytetowi, ale przede wszystkim przyjdzie mu zmierzyć się z własnymi słabościami.

Reżyser stawia w tym niezwykłym filmie, nasyconym unoszącym się w powietrzu napięciem ważne pytania. Ile jesteś w stanie znieść, by osiągnąć sukces? Gdzie jest granica pomiędzy ambicją a arogancją, walką o własne marzenia a obsesją? Jak wiele można poświęcić dla osiągnięcia celu? Sposób prowadzenia narracji, który serwuje nam Damien Chazelle, jest odzwierciedleniem rozchwianej psychiki bohaterów, huśtawką emocji, złożonym utworem „Whiplash”, który rozbrzmiewa na ekranie przez niemalże całą fabułę. Kiedy wydawałoby się, że Andrew schodzi z „pola bitwy”, tuż za chwilę pojawia się gotowy do nowego etapu tej pełnej napięcia walki o własną przyszłość i terytorium dla rozbujałego ego. Gdy surowy nauczyciel z serdecznym uśmiechem poklepuje swojego studenta po ramieniu, by za chwilę z szaleństwem w oczach upokarzać go przed całą orkiestrą, czujemy się zdezorientowani i bezradni wobec reżyserskiej żonglerki emocjami odbiorców, podobnie jak bezradny był wówczas Andrew wobec swojego mistrza.

Whiplash-5547.cr2

Przyzwyczajeni do klasycznych, czarno-białych postaci kina głównego nurtu, nie do końca wiemy komu kibicować. Łzy wzruszenia Fletchera i jego niezbyt zresztą często okazywana wrażliwość, nie zmazują bowiem z niego krzywd wyrządzonych wkraczającym dopiero w dorosły świat młodym ludziom. Postaci Fletchera i Andrew są na tyle wielobarwne i złożone, że niemożliwe jest wystawienie jednoznacznej oceny którejkolwiek z nich. W tych właśnie niuansach i swoistej nieprzewidywalności ich zachowań wyłania się niezwykły kunszt scenopisarski Chazella, który dzięki umiejętnościom aktorskim Tellera i przede wszystkim Simmonsa stworzył postaci niejednoznaczne i zmuszające widza do zadawania pytań, na które wcale nie otrzyma odpowiedzi. J.K. Simmons w roli Fletchera wślizguje się do pamięci niczym najgorszy koszmar z dzieciństwa, potwór, którym straszyli nas rodzice, lub którego ukradkiem ujrzeliśmy w filmie nieodpowiednim dla dzieci. Kiedy pojawia się w sali, mamy ochotę stanąć na baczność razem ze studentami. A gdy kamera ukazuje w zbliżeniu jego wzrok poszukujący ofiary będącej „out of tune” chętnie sami wbilibyśmy oczy w podłogę, jak przestraszeni młodzi muzycy.

Jednak postać Fletchera to przede wszystkim manifest sprzeciwu wobec przeciętności. Fletcher jest tyranem, który jednocześnie daje nadzieję i ją odbiera. Odsłania piękny świat i zamyka wrota prowadzące do niego tuż przed twoim nosem. Mobilizuje i upokarza. Fletcher wymaga słuchu absolutnego. Nie ma niczego pomiędzy. Możesz być albo muzykiem idealnym albo podrzędnym grajkiem (lub, co gorsze, muzykiem rockowym!). Andrew zdaje się wyznawać podobne ideały. Jeżeli nie udaje mu się w najlepszym konserwatorium muzycznym w jego kraju, uznaje, że nie jest dobrym muzykiem. Odrzuca dotychczasowy upór i porzuca grę na perkusji. Nie ma niczego pomiędzy – albo jestem świetnym perkusistą i odnoszę sukces na skalę światową, albo nie gram wcale. Fletcher nie zauważa jednak, że sprzeciwiając się nijakości i przeciętności w ten dość niecodzienny i surowy sposób, sam „produkuje” zastraszonych, skupionych jedynie na technice i pilnowaniu tempa muzyków, którzy traktują muzykę jak rzemiosło, tłumiąc tym samym swoją pasję do improwizacji. Jak sam zresztą stwierdza, nie udało mu się jeszcze odkryć prawdziwego talentu i prawdopodobnie nigdy nie dostąpi takiego zaszczytu. Być może odnalezienie kolejnego światowego talentu zdarza się niezwykle rzadko i Fletcher po prostu nie miał szczęścia? A może owładnięty swoim szaleństwem perfekcyjności nie zdołał zauważyć nieśmiało kiełkujących ponadprzeciętnych zdolności studentów, których talent nie miał szans wykiełkować i rozwinąć się pod ciężarem ciągłych upokorzeń?

Artysta ze świata Fletchera to pewny siebie rzemieślnik, który nie kontempluje swojego dzieła, nie pochyla się nad nim ze wzruszeniem. „Muzykowanie” to przede wszystkim ciężka praca, trening, pot, łzy i krew. W Whiplash to muzyka determinuje tempo narracji i to ona jest głównym bohaterem opowieści stworzonej na kształt jazzowego utworu. Słuch absolutny, którego poszukuje Fletcher, jest, jak można by to ująć w metaforyczny sposób, swoistym McGuffinem rozwijającym akcję filmową i determinującym zachowanie głównych bohaterów, który istnieje (bądź nie) tylko w umyśle nauczyciela. I to właśnie pojęcie McGuffin, kojarzone z ojcem thrillera i suspensu, Alfredem Hitchcockiem, wydaje się tutaj bardzo adekwatne.

To niesamowite dzieło Chazella można bowiem określić mianem thrillera muzycznego, pełnego nieoczekiwanych zwrotów akcji i suspensu, którego nie powstydziłby się z pewnością mistrz Hitchcock. Zapewniam również, że dreszcze mogą pojawić się nie tylko za sprawą elektryzującej fabuły. Jak na muzyczny thriller przystało, to właśnie główny bohater – muzyka i próby sięgnięcia na wyżyny muzycznego absolutu przez bohaterów, zadbają o emocje odbiorców i nie pozwolą im pozostać niewzruszonymi. Jestem pewna, że o Chazellu, Simmonsie i Tellerze usłyszymy w nadchodzącym roku jeszcze nie raz.

 







  • Luca Pacioli

    Z jednym nie można się zgodzić w recenzji… Improwizacja jest domeną mistrzów…

    • bobzielarz

      Z kim się nie zgadzasz? Z Fletcherem czy z autorem recenzji?

      • Luca Pacioli

        Myślę, że z Autorem recenzji, który wysnuł taki wniosek…

        • bobzielarz

          „Fletcher nie zauważa jednak, że sprzeciwiając się nijakości i przeciętności w ten dość niecodzienny i surowy sposób, sam „produkuje” zastraszonych, skupionych jedynie na technice i pilnowaniu tempa muzyków, którzy traktują muzykę jak rzemiosło, tłumiąc tym samym swoją pasję do improwizacji” Gdzie w tym zdaniu autor wysnuwa taki wniosek? Autor nie zdeklarował czy improwizacja lub rzemiosło jest domeną mistrzów. Moim zdaniem należy postawić „i” zamiast „lub”. Te dwie rzeczy tworzą geniusz.

          • Luca Pacioli

            :-)

            Zdanie z tezą (napisane przez Autora recenzji):
            „Fletcher nie zauważa jednak…”

            U mnie nie ma „i” czy „lub”…

            Też stawiam tezę…

            I zdecydowanie wolałbym podyskutować z Tobą właśnie o „i” czy „lub” zamiast KTO wysnuł wniosek, bo to trochę leci dzierżyńskim;-)

            A na końcu znów awaria z gramatyką:-) Moim zdaniem, też tworzą geniusz… Ale amatorzy słabo improwizują… Za to prawie cały czas:-)

  • q

    film, bazuje na dość prostych zagraniach i w sumie nie jest zbyt mądry. Jest oczywisty i przewidywalny oraz nachalny z przekazem. Używa tych samych „sztuczek” scenariuszowych po kilka razy więc zaskoczeń z minutą na minutę coraz mniej. Hollywoodzki finał: ja wam zatańczę na koniec jak wirującym sexie i wy zobaczycie że jestem dobry chłopak i wartościowy ;-P Uproszczenie: szybki bębniarz to dobry bębniarz trochę rozczula swoją naiwnością jednak jak przekazać niemuzykalnemu widzowi bez jakiekolwiek wiedzy o co w tym chodzi? Brawa należą się za odwagę. Zrobić film o jazzie i to jeszcze w którym nie ma prawie niczego pozytywnego to jest coś intrygującego. Jak on na to zebrał pieniądze?

    Film mimo wszystko podobał, ale to subiektywna ocena nie mająca nic wspólnego z rzeczywistą wartością filmu.

    ps. słuch absolutny to umiejętność prawidłowo konkretnego dźwięku bez sięgania do wzorca. np. wokalista potrafi zaśpiewać nutkę C. Bo pamięta jej wysokość. W perkusji raczej chodzi o poczucie rytmu, ale to tylko moja opinia… ;-P

    ps. sądzę że miarą braku jakości tego serwisu jest brak chęci dążenia do prawdy która może wyrażać się poprzez analizę filmu, a skupieniu się na osobistych wynaturzeniach autora. Bo ja byłem zachwycony. Bo ja nie lubię takich postaci. Bo mnie ten reżyser nie kręci itd. Naprawdę kogo obchodzą Twoje uczucia? Wolałbym przeczytać czy film jest dobry i czy jest dla mnie. Ty mnie nie obchodzisz wcale.

    • bobzielarz

      Ten Portal to nie prostytutka żeby wszystkim dogodzić.

      • q

        portal to nie pamiętnik aby pisać o swoich odczuciach ;-P

        • bobzielarz

          Powiedz to Jerememu Clarsksonowi (prowadzący Top Gear). Najlepsi (najbardziej poczytni i oglądani) recenzenci mówią o swoich odczuciach w często bezkompromisowy sposób. PS czy dyskutuję ze studentem 1 roku kulturoznawstwa?

          • qw

            Oczywiście że Top Gear to program rozrywkowy i jego formułą jest w zabawny sposób naciąganie rzeczywistości/faktów i do granic możliwości. Nierzetelne informacje na usługach profesjonalnej rozrywki. Film.org.pl to chyba nie jest serwis serwujące satyryczne przerysowane recenzje. Czy się mylę? Raczej nie jest to zamierzone i wynika z braku chęci innego spojrzenia niż własne. Formułę bardzo subiektywnych i stronniczych recenzji też chyba nie przyjęliście.

            Ja jestem zwolennikiem obiektywnego patrzenia na rzeczy. Taki mój pogląd. Za dużo w Polsce opinii. Ba opinii do opinii, a za mało faktów i profesjonalizmu. Dla mnie to zwykłe lenistwo. Napiszę co sądzę zamiast się zastanowić, poszukać, popracować, nauczyć się czegoś. Dlatego te recenzje są tak często naiwne i chybione.

            Osoby studiujące wspomniany przez Ciebie kierunek zazwyczaj posiadają sporą wiedzą i większości przypadków głupot nie gadają. Zaryzykuje stwierdzenie, że wynika to z nauki? Wiem to może być wkurzające, ktoś wie więcej od Ciebie w dziedzinie którą lubisz. To dość typowe. Nie studiowałem tego kierunku.

          • Robert Rusiecki

            Cóż, ja jakoś nie mam poważania dla „profesjonalnych” krytyków filmowych. Zbyt często, przy próbie wtłaczania danego filmu w „obiektywne” ramy oceny, zdarza się zgubić istotę jego fenomenu. Dużo bardziej wolę poznać opinię ludzi zaangażowanych emocjonalnie w obejrzany film, bo dzięki temu jestem wstanie ocenić, czy ich emocję udzielą się także mnie. Bo ostatecznie, po to oglądam film – aby doświadczyć wrażeń. A nie po to, żeby odfajkować pozycje ocen na jakiejś liście.

          • bobzielarz

            Wskazując na nazwę Portalu „Klub Miłośników Filmu” słowo „Miłośników” jest tu kluczowe. Z profesjonalistami można się zetknąć w gazetach, choć samo pojęcie „krytyk filmowy” mocno się zdewaluowało. Nie wiem jak inni ale ja oczekuję od recenzji na KMF tekstów z opiniami i przemyśleniami, a nie zero-jedynkowej rąbanki. Nie zawsze muszę się z nimi zgadzać ale mogę je skonfrontować ze swoją wiedzą i przemyśleniami. Zresztą jeśli chodzi o obiektywizm, to jak ktoś wcześniej wspomniał, od tego jest dział „analizy”.

          • Jan Dąbrowski

            To akurat jest słuszne stwierdzenie – ja też od zawsze (jako czytelnik) spodziewałem się po KMFie alternatywy, która może pokrywać się z moim zdaniem, lub nie – ale zawsze dobrze porównać czyjś punkt widzenia ze swoim podejściem.
            Grunt, żeby to było zestawienie opinii z opiniami, a nie opinii z hejtowaniem (co zdarza się coraz częściej, z coraz głupszych powodów).

        • Gdybyś był jego właścicielem-twórcą, to ok, rzucaj kategoryczne uwagi, wymagaj bezwarunkowego posłuchu. Ale nie jesteś. Od 16 lat piszemy, mocno subiektywnie, często o własnych uczuciach, bez pisania do jakiegoś z góry narzuconego szablonu. I będziemy dalej, czy q sobie tego chce, czy go nie obchodzi wcale.

    • Be

      Film.org.pl – w dążeniu do PRAWDY.

    • kot_w_worku

      q a dlaczego recenzenta ma obchodzić czy ten film jest dobry akurat dla Ciebie? piszesz o rzeczywistej wartości filmu ale czym ona jest tak naprawdę? czy rzeczywista wartość filmu nie jest przypadkiem determinowana przez jego odbiór? nigdy nie ma takiej sytuacji w której dogodzisz wszystkim i tak samo naprawdę niewiele filmów jest takich, które są bardzo dobre pod każdym względem… ale czy to znaczy, że wszystkie pozostałe są przeciętne i ponad tę przeciętność nigdy nie wyjdą? Recenzja oczywiście powinna być obiektywna (i wg mnie jest) ale nie da się nie przelać na nią swojego, subiektywnego odbioru filmu. Jesteśmy ludźmi i działamy na emocjach. I to one determinują nasze postrzeganie prawdy o której pisałeś. Nie ma czegoś takiego jak jedna, prawdziwa, jedynie słuszna interpretacja. Twoja interpretacja jest tak samo dobra jak interpretacja kogoś innego. Istotne jest jedynie to czy potrafisz swoją interpretację obronić. Pozdrawiam :)

      • q

        Różnica jest z czym porównujesz film. Jeśli z sobą to tylko się uzewnętrzniasz. Jeśli z innymi filmami to możesz dostrzec jakieś schematy, lub choćby porównać poziom aktorstwa, scenariusza itd. Jeśli film odnosisz film do siebie to cóż…

        sądzę, że recenzje na film.org.p nigdy nie będą lepsze jeśli to się nie zmieni

        • Karolina

          Polecam poczytać definicję recenzji. Analiza filmu a recenzja to dwa odrębne „gatunki”. Podstawowe cechy recenzji to „wartościowanie” i w dużej mierze „subiektywizm”, ocena autora tekstu jest akurat w tej formie literackiej bardzo ważnym elementem. Nawet Wikipedia twierdzi, że recenzja to [cytat] „krytyczne lub pozytywne omówienie utworu artystycznego lub naukowego,
          którego celem jest poddanie ocenie wartości tego dzieła w oparciu o
          powszechnie przyjęte kryteria lub w sposób czysto subiektywny” [koniec cytatu].

          • qq

            Jeśli zaczynasz od swoich wrażeń lub uczucia do filmu to recenzję i uzasadnienia podciągniesz pod z góry postawione tezy. Jest szansa, że zaczynając od faktów ich analizy dojdziesz innych wniosków, a Twój pierwszy pogląd się zmieni. Oczywiście łatwiej jest szukać potwierdzenia własnych sądów. Człowiek się lepiej czuje jak znajdzie potwierdzenie swoich racji, ale raczej się nie rozwinie.

          • steppenwolf1982

            można tak bez końca toczyć jałową dyskusję na temat definicji recenzji, ale „Q” chodziło chyba o to, że profesjonalny recenzent powinien umieć zracjonalizować (nie obiektywizować) swoje subiektywne uczucia i przedstawić je w formie zero-jedynkowych argumentów za lub przeciwko filmowi

          • Luca Pacioli

            Ależ wtedy życie byłoby nudne… A przecież między zerem, a jedynką jest nieskończoność… Nawet pomimo zero-jedynkowego ograniczenia:-)

    • Andriej

      Koleś brzmi zupełnie jak ten frajer który bronił „Interstellar”, a potem dzielił się analnym cierpieniem kiedy na „Locke’a” sypały się pochwały…
      Interesujące. Wyznawca Nolana chyba właśnie wypowiedział wam dżihad

      • albi

        zaorane :)

  • tonkpils

    film jest świetny,jeden z najlepszych jakie w ostatnim czasie widziałem

  • Pingback: Szybka Piątka #26 – Największe filmowe zaległości (ha, przyznać się!) | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Palo Alto

Następny tekst

Moda jako medium narracji w filmach Pedro Almodóvara



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE