Werdykt - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Werdykt

Wybitny dramat sądowy, jeden z ważniejszych w swej kategorii, z pamiętną rolą Paula Newmana.




Proces Słabych




Jakub Piwoński
12.10.2012


Sidney Lumet i David Mamet. Dwa wielkie nazwiska w kinematografii amerykańskiej. Pierwszy jest legendarnym reżyserem. Drugi – jednym z ważniejszych współczesnych scenarzystów. Obaj pozostali trafnymi obserwatorami i komentatorami społeczeństwa, zwłaszcza jego mrocznej strony. Z połączenia ich sił w 1982 roku powstał wybitny dramat sądowy, który na stałe zapisał się w annałach swego podgatunku. Podgatunku charakterystycznego, bo grupującego często pamiętne i głośne obrazy. Można przyjąć, iż jego specyficzna siła bierze się z rutynowego poruszania ważnych moralnie kwestii i konfrontowania ich z bezlitosną rzeczywistością. Sztandarowym przedstawicielem tej odmiany dramatu jest film „12 gniewnych ludzi” z 1957 roku. Obraz, który był kinowym debiutem Sidneya Lumeta, do dziś pełni rolę wyznacznika jakości w swej dziedzinie. W „Werdykcie”, za sprawą rzetelnie przygotowanego skryptu Mameta, reżyser powraca do korzeni swojej twórczości, by raz jeszcze zaspokoić drzemiącą w każdym widzu potrzebę triumfu sprawiedliwości.

Ława przysięgłych tym razem musi zmierzyć się ze sprawą jawnego i drastycznego w skutkach naruszenia etyki lekarskiej. Pomyłka operacyjna lekarzy doprowadza pewną młodą dziewczynę do paraliżu i w konsekwencji do wegetacji. Kontrowersji dodaje fakt, iż do feralnego zdarzenia doszło w renomowanym, katolickim szpitalu. Rodzina przebywającej w śpiączce dziewczyny domaga się wysokiego odszkodowania. Sprawę przejmuje Frank Galvin (Paul Newman). Adwokat po przejściach, który kiedyś był wybitnym reprezentantem prawa, obrońcą uciśnionych. Kiedyś. Dziś, za sprawą życiowych niepowodzeń i postępującej choroby alkoholowej, jest już cieniem samego siebie, a jego kariera wisi na włosku. W nowej sprawie zauważa szansę na odbudowanie pozycji w prawniczym świecie i znaczne podreperowanie swego budżetu. Zarządzająca szpitalem archidiecezja, chcąc za wszelką cenę uniknąć procesu, proponuje Galvinowi lukratywną ugodę. Zdawać by się mogło, że w jego niełatwej sytuacji nie sposób odmówić takiej okazji. Coś w nim jednak pęka.

Przełomowym momentem filmu jest scena, w której Galvin odwiedza w szpitalu pogrążoną w śpiączce dziewczynę. Wizyta, która miała przybliżyć  mu sytuację klientki, całkowicie odmienia jego sposób patrzenia na sprawę, w którą się zaangażował. Widok młodej dziewczyny na skraju agonii, której życie uzależnione jest od respiratora,  wzbudza w Galvinie bunt. Bunt, który niegdyś potrafił napędzać jego karierę, sterować jego ambicją. Bunt przeciwko niesprawiedliwości. W tej jednej chwili, głęboko skrywana i zapomniana empatia, spowodowała zmianę jego decyzji. Trudnej decyzji.  Proces musi zostać wytoczony, winni muszą zostać osądzeni. I choć z początku podjęta walka będzie przypominać starcie Dawida z Goliatem,  nie może to jednak zniechęcać; nie może oznaczać, że nie warto tej walki stoczyć.

W kolejnej kluczowej scenie Galvin w swych refleksjach przybliża nam specyfikę świata rządzonego przez prawo i poniekąd uwidacznia główne przesłanie filmu. W jego rozumieniu sądy nie istnieją po to, aby oddać sprawiedliwość uciśnionym, ale po to, by dać im szansę na sprawiedliwość. Adwokat jest więc tym, który ma przekonać ławników, że w ich rękach leżą faktyczne możliwości naprawcze. Możliwości, które mogą dać społeczeństwu fundamentalną nadzieję na istnienie sprawiedliwości.  Oświecenie, jakiego doświadcza główny bohater, utwierdza go w pragnieniu dalszego pełnienia misji obrony „słabych” – tych, którzy często pozostają bezbronni i bezsilni w starciu z przeciwnikiem zwielokrotnionym, wspieranym pieniędzmi, układem i odpowiednim paragrafem. „Słabi” na zawsze pozostaną „słabi”, jeśli nie będzie nikogo, kto mógłby honorowo walczyć w ich obronie.

Nazwisko Paula Newmana jest trzecim – po nazwisku reżysera i scenarzysty – które stanowi o wyjątkowej wartości tego obrazu. Stworzona przez niego postać jest niezwykle sugestywna i trwale zapada w pamięć. Alkoholik z ambicjami, który zostaje postawiony przed sprawą będącą ostatnią szansą na przywrócenie kariery na właściwe tory. Jego słabości wzięły kontrolę nad rozumem, nie naruszyły jednak jego sumienia i poczucia człowieczeństwa. Jest coś niezwykle wiarygodnego w sposobie kreowania przez Newmana tej postaci. Możliwe, że tajemnica tkwi w niezwykle głębokim spojrzeniu, w którym można dojrzeć smutek przeżytego życia. Ostatecznie, dzięki niezwykle wymownej mimice twarzy, sposobie gestykulacji i wrodzonej naturalności Newman sprawia, że chcemy wierzyć i współczuć jego bohaterowi. Angażujemy się w jego trudny los. Boimy się, że zabraknie mu odwagi do poprowadzenia procesu do końca. Boimy się, że broniąc słabych, sam w rezultacie pozostanie jednym z nich. Trudna rola, ale jakże ważna. Zresztą należy dodać, iż „Werdykt” aktorstwem stoi, gdyż Newmanowi nieprzeciętnie wtóruje Charlotte Rampling w roli tajemniczej towarzyszki oraz James Mason, czyli główny oponent z sali sądowej.

„Werdykt” nie jest moralitetem. Nie uczy, nie nakazuje. Nie macha palcem, a raczej wskazuje nim błędy i wypaczenia drzemiące w każdym społeczeństwie. Nie dzieli na dobrych i złych, gdyż już na poziomie głównego bohatera czuć powiew ambiwalencji – dobry bohater, bo walczący w słusznej sprawie, jednak sam przegrywający kolejne walki z samym sobą. System prawny, który nami kieruje i który sami wyznaczamy, nigdy nie był doskonały. Z kolei relatywizm moralny pozwala ten system odczytywać według własnych potrzeb i na własnych warunkach. Werdykt w końcu zapada, lecz ostateczny triumf trzeba odroczyć. Temida pozostaje więc ślepa. Jednak jeśli po seansie każdy z nas przyjrzy się poczuciu własnej sprawiedliwości, szala przechyli się na naszą korzyść, a nadzieja odrodzi się na nowo.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Radosław Ostrowski

    Podpisuję się obydwoma rękoma pod tym tekstem.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Sen o Warszawie

Następny tekst

Bitwa pod Wiedniem



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE