Wenecja2017

WENECJA 2017. The Shape of Water, reż. Guillermo del Toro

The Shape of Water ma szansę stać się jedną z największych filmowych baśni naszych czasów.

Autor: Dawid Myśliwiec
opublikowano

Z tytułami takimi, jak ten zawsze na festiwalach zawsze wiąże się duże ryzyko. Uznany reżyser, świetna obsada i tajemniczy temat – to wszystko mogło, ale nie musiało zagrać. Po pierwszym dniu 74. edycji weneckiego festiwalu, gdy film otwarcia przyniósł lekkie rozczarowanie, a i pozostałe tytuły pozostawiły niedosyt, potrzebne było „nowe otwarcie”, rozpoczęcie dnia od mocnego uderzenia. Jak to dobrze, że Guillermo del Toro stanął na wysokości zadania.

The Shape of Water ma wszystko, czego można było spodziewać się po meksykańskim reżyserze: mrok, pełną wyobraźni estetykę, mocno zarysowaną dychotomię dobra i zła. Już od pierwszych dźwięków muzyki fenomenalnego Alexandre Desplat wiemy, że czeka nas fantastyczna podróż do świata głębokich, choć ciemnych barw; pełnego życia, choć toczącego się głównie nocą. Elisę (wspaniała Sally Hawkins) poznajemy w jej niezwykłym mieszkaniu, pełnym intrygujących przedmiotów, tkanin i barw. Od początku widać, że bohaterka – która okazuje się być niema – ma niezwykłą relację z żywiołem wody, choć już do końca filmu nie dowiemy się gdzie i w jaki sposób nabyła tę umiejętność. Dziewczynę otacza aura tajemniczości, jednak jednego można być pewnym – jej intencji. Elisa to dobroduszna, trochę szalona, obdarzona dziecięcym urokiem i niewinnością postać, która serce nosi na dłoni. To ono pokieruje ją pewnej nocy do tajnego laboratorium w instytucie badawczym, w którym sprząta razem z przyjaciółką Zeldą (świetna jak zwykle Octavia Spencer). Tam znajdzie najbardziej osobliwą postać w swoim życiu, a także…

Co tak naprawdę znalazła w tym laboratorium Elisa, przekonają się ci, którzy postanowią zawierzyć autorowi niniejszej recenzji, iż warto wskoczyć w baśniowy świat del Toro. Fanów Hellboya (2004) i/lub Labiryntu Fauna (2006) (wszak filmy te znacząco się od siebie różnią) nie trzeba będzie jednak dodatkowo przekonywać. Wspomniane tytuły i najnowsze dzieło Meksykanina łączy wszak nie tylko osoba Douga Jonesa, aktora znanego niemal wyłącznie pod postaciami fantastycznych stworzeń, ale i podobna estetyka, oparta na industrialnych wnętrzach, lekko przybrudzonych, mieniących się złotymi odcieniami barwach i baśniowości, w którą wpisuje się cała gama stworów zamieszkujących uniwersum del Toro. Bo o ile każdy z kilku ostatnich filmów Meksykanina traktował o czymś innym, z łatwością można wyobrazić sobie, iż łączą się w jakimś jeszcze nieujawnionym światu wszechświecie, gdzie wnętrza mieszkań pokryte są szkarłatnymi tkaninami, a pod powierzchnią ulic czają się ukryte wymiary opanowane przez magiczne potwory. W centralnym punkcie tego uniwersum mogłoby znajdować się właśnie The Shape of Water.

Widać u del Toro inspirację wczesnymi amerykańskimi horrorami, a w postać potwora wywołuje wyraźne skojarzenia z Gill-manem, bohaterem zapoczątkowanej przez Jacka Arnolda „potwornej trylogii” z lat 50. ubiegłego stulecia. Ale to przecież nie pierwszy raz, gdy autor Labiryntu Fauna inspiruje się klasyką horroru i nie sposób traktować tego jako zarzut – tym bardziej, że del Toro dokłada do tych klasycznych bodźców całe mnóstwo własnej wizji i stylu, co czyni go jednym z najlepszych (i nielicznych) filmowców, którym z powodzeniem udaje się tworzyć opowieści na pograniczu przygody, grozy i – często – romansu. W The Shape of Water ten ostatni pierwiastek odgrywa niezwykle ważną rolę, ale równie istotna jest tu walka dobra ze złem, którego symbolem wcale nie jest obca istota, ale właśnie człowiek (a konkretnie demoniczny Michael Shannon). Niczym w klasycznych disneyowskich opowieściach potwór wcale nie okazuje się potworny, a najgorszy mrok czai się w zakamarkach ludzkiej duszy.

The Shape of Water ma szansę stać się jedną z największych filmowych baśni naszych czasów – o ile widzowie zaufają Meksykaninowi i dadzą się porwać jego wizji po raz kolejny. Z małym wyjątkiem w postaci Crimson Peak (2015), del Toro i jego potwory dotychczas nie zawodziły, dlatego po The Shape of Water warto sięgnąć – i to nie jeden raz.

Ostatnio dodane