nowości kinowe

W STARYM, DOBRYM STYLU. Sprawiedliwość społeczna po amerykańsku

Aż żal patrzeć na niewykorzystany potencjał. Taka ekipa, a film zaledwie dobry...

Autor: Damian Halik
opublikowano

Heist film z domieszką satyry powinien zaowocować komedią kryminalną – to dość proste równanie – lecz już na tym etapie nowe W starym, dobrym stylu zaskakuje, będąc w gruncie rzeczy… dramatem obyczajowym. Nie mówię, że to źle! Wyraźnie jednak widać, że film jest w rozkroku między charakterystycznym stylem Zacha Braffa a panującymi obecnie w Hollywood standardami, do których usilnie równała wytwórnia.

Bez owijania w bawełnę: W starym, dobrym stylu to jedno z moich największych rozczarowań na półmetku tego roku. Sam sobie jestem winien, bo w erze szerzącej się w Hollywood rimejkozy, która nie tylko nakazuje wytwórniom (za przeproszeniem) trzepać kasę na klasykach, ale i maksymalnie ugrzeczniać ich formę, by przypadkiem nikogo nie uraziły, liczyłem na świetny film z doskonałą obsadą i obiecującym reżyserem. W tym wszystkim zabrakło jednak wolności twórczej, mogącej wynieść remake ponad oryginalny obraz Martina Bresta (Gliniarz z Beverly Hills, Zdążyć przed północąZapach kobiety) z 1979 roku. Zamiast dosadnej komedii otrzymujemy więc przepełniony całą gamą pozytywnych emocji film dla masowego odbiorcy.

Obiektywnie rzecz biorąc, film jest całkiem niezły – może nawet dobry. Nie tego jednak oczekuję od produkcji, w której główne role odgrywają Michael Caine, Morgan Freeman i Alan Arkin, a za kamerą stoi Zach Braff (Powrót do Garden State, Gdybym tylko tu był). Trudno nie odnieść wrażenia, że utalentowanego reżysera, do tej pory tworzącego w nurcie niezależnym, skrzywdziła wielka wytwórnia (Warner Bros.), wykorzystując do tego sprawne dłonie Theodore’a Melfiego (Mów mi Vincent, współpraca przy scenariuszu do Ukrytych działań). Scenarzystę Braff dostał bowiem w pakiecie.

Coś tu jest na rzeczy, bo zanim gwieździe Hożych doktorów zaproponowano nakręcenie remake’u W starym, dobrym stylu, pierwszym wyborem wytwórni był znany głównie z serialowych dokonań Don Scardino (Rockefeller Plaza 30Dwie spłukane dziewczyny). Nie w smak było mu jednak współpracować z Melfim. Dopiero nieudane negocjacje ze Scardino sprawiły, że twórca Mów mi Vincent wrócił na pokład. Szkoda tylko, że w dużej mierze po to, by ten okręt zatopić.

Film zaczynamy od wizyty w banku WSB. Towarzyszymy Joemu (Caine), który otrzymał powiadomienie o zaległościach w spłacie kredytu. Po krótkim i w miarę udanym gagu, podczas którego staruszek musiał zmierzyć się z zupełnie zbędnym systemem usprawniającym przepływ klientów, Joe udaje się na rozmowę z konsultantem, gdzie dowiaduje się, że na skutek zaległości niebawem może stracić dom. Bankiera nie obchodzi oczywiście, że rata kredytu wzrosła trzykrotnie, a emerytura przemiłego jegomościa została zamrożona na skutek chorego systemu. To oczywiście dość prosty sposób, by już w prologu określić strony konfliktu, czyli złych banksterów i okradanych przez nich uczciwych obywateli – w tym momencie dochodzi jednak do napadu, który będzie dla granej przez Caine’a postaci inspiracją do późniejszych działań. Jak widać, Melfi od samego początku odbiega od oryginalnego pomysłu Edwarda Cannona, na podstawie którego Brest napisał scenariusz filmu z 1979 roku. Zupełnie zmieniono też życiorysy Joego (George Burns/Michael Caine), Williego (Lee Strasberg/Morgan Freeman) i Ala (Art Carney/Alan Arkin) oraz motywację napadu, stanowiącą najbardziej komiczny z elementów oryginału, w jego miejsce wciskając relatywizm moralny i wątpliwą sprawiedliwość społeczną. A im dłużej oglądamy film, tym więcej różnic znajdujemy. Nie męcząc dłużej scenarzysty, jego wątek zakończę na tym, że skroił zdecydowanie zbyt banalną historię, zupełnie nie na miarę klasowych aktorów w niej występujących, nie potrafiąc napisać więcej niż trzech, może czterech zabawnych dialogów.

Braki te są nieco mniej widoczne podczas podbudowanych świetną chemią wymian zdań między głównym triem. Potyczki słowne Freemana z Caine’em, Caine’a z Arkinem i Arkina z Freemanem wypadają świetnie, będąc jednym z niewielu ponadprzeciętnych elementów filmu, jednak w pojedynkę radę daje już tylko Arkin. Caine, który przecież nie tak dawno genialnie zagrał w traktującej o podobnej problematyce Młodości Paolo Sorrentino, popis daje jedynie w scenie, gdy wybucha gniewem podczas rozmowy z pomagającym zaplanować napad Jesusem (John Ortiz). Podobnie na luzie podszedł do swej roli Freeman, który rozbraja jako E.T., jednak przez resztę filmu po prostu truchta do mety (na szczęście nie jest tak źle, jak choćby w przypadku Last Vegas, a to już niezły komplement!). Na drugim planie najmocniej wybijają się zaś Ann-Margret (Miłość w Las VegasCincinnati Kid) i świetnie odgrywający demencję Christopher Lloyd (doktor Brown z Powrotu do przyszłości).

W starym, dobrym stylu zasługiwało na lepszy remake, ale zawsze mogło być gorzej.

Swoje robił też Braff, któremu nie można zarzucić nic poza tym, że nie zagroził wytwórni braci Warner odejściem po przeczytaniu scenariusza. Dla początkującego reżysera, a za takiego Zach wciąż uchodzi, praca z gwiazdami tej klasy musiała być niezwykle silną pokusą. Pod względem wizualnym film wypada o niebo lepiej niż na papierze. Znalazło się także miejsce dla kilku smaczków, jak choćby sprzedawana przez zięcia Joego marihuana Strawberry Cough – ta sama, którą Caine palił w filmie Ludzkie dzieci; seans Pieskiego popołudnia Sidneya Lumeta w wieczór poprzedzający napad na bank czy też regularne wizyty w jadłodajni Clinton Diner, której stałymi bywalcami byli swego czasu bohaterowie Chłopców z ferajny.

To wszystko sprawia, że nie jestem w stanie ocenić tego filmu jednoznacznie negatywnie. Salę kinową opuszczałem z pewnym smutkiem, wynikającym z niewykorzystanego potencjału Zacha Braffa oraz występujących pod jego wodzą aktorów. Jeśli skupić się jedynie na stronie wizualnej oraz na samych aktorach, film nie jest słabszy od wcale przecież nie genialnego oryginału. Scenariuszowo jednak nie umywa się do dzieła Bresta, co znacznie obniża jego wartość. Niech więc W starym, dobrym stylu będzie przestrogą dla osób, które podobnie jak David Hasselhoff twierdzą, że scenarzyści nie są potrzebni. Otóż są, bo choć dramatu nie ma, niedosyt jest ogromny, a przez większość seansu wyglądałem zapewne tak, jak Al, Willie i Joe w poniższej scenie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane