"W imię..." Szumowskiej - recenzja | FILM.ORG.PL

W IMIĘ… (Gdynia 2013)

Szumowska marnuje szansę na jakikolwiek dialog i robi film, po którym powinna przybić piątkę z galeriankowo-bejbibluesową Kasią Rosłaniec – to podobny typ celuloidowej publicystyki za dwa pięćdziesiąt, tylko że w wypadku Szumowskiej podlany odrobiną intertekstualności.




Ksiądz też człowiek




Grzegorz Fortuna
15.09.2013


Jakiś czas temu Małgorzata Szumowska stała się Małgośką i nie mogę pozbyć się przeczucia, że wraz z infantylizacją imienia przyszła infantylizacja twórczości. Jeśli jej pierwsze filmy były osobiste i czasami aż nadmiernie ekshibicjonistyczne, ale przy tym w jakimś sensie dojrzałe, to „W imię…” jest już tylko publicystycznym i na siłę kontrowersyjnym produktem, z fabułą, która wygląda tak, jakby pochodziła z pierwszej strony sobotniego wydania „Faktu”: „Wiejski ksiądz (45 l.) chciał seksu z młodocianym parafianinem (20 l.)!!! Co on sobie myślał!? Dlaczego kuria (376 l.) nie udzieliła komentarza!?”.

Ksiądz Adam (Andrzej Chyra) służy na wsi, ale pochodzi ze stolicy. Ma markowe ciuchy, na jego biurku leży nowy laptop, a podczas wieczornego joggingu słucha muzyki z iPoda. Do dopełnienia wizerunku brakuje mu właściwie tylko kubka ze Starbucksa i Toyoty Prius. Otaczający go świat to dokładnie przeciwieństwo – wakacyjną rozrywką jest tu znęcanie się nad opóźnionymi w rozwoju, „kurew” używa się zamiast przecinków, a mieszkańcy spędzają wieczory pijąc piwo przed zdewastowanym monopolowym. Ale Adam nie narzeka – w niedziele głosi płomienne kazania, pracuje z trudną młodzieżą w miejscowym ognisku, wychowankowie na swój sposób nawet go szanują. Nie narzeka do momentu, w którym orientuje się, że jest całkowicie samotny, a bliskość Boga nie zastępuje mu bliskości drugiego człowieka.

To mógł być kawał świetnego dramatu – ostrego, niełatwego, złożonego i inteligentnego. Chyra gra Adama tak wiarygodnie, że momentami aż przykro patrzeć na jego starania, biorąc pod uwagę zlepiony z ochłapów scenariusz i brak reżyserskiego rygoru, który przebija z co drugiej sceny. „W imię…” to jednak przede wszystkim film cyniczny i obliczony na efekt. Szumowska łapie się chwytliwego, w naszym kraju ciągle jeszcze kontrowersyjnego tematu, po czym dolewa oliwy do ognia – na obiekt zainteresowania Adama wybiera wiejskiego głupka, Dynię (Mateusz Kościukiewicz), który sportretowany zostaje tak, że w sumie nie wiadomo, czy nie jest przypadkiem lekko upośledzony. Wydaje się, że dla pani reżyser to jak woda na młyn – zamiast wejść w psychikę głównych bohaterów, Szumowska woli przykręcać śrubę domniemanej kontrowersyjności; zamiast zobrazować, co dzieje się w głowie przeżywającego kryzys księdza, woli pokazać, jak rzeczony ksiądz robi sobie dobrze w wannie. „W imię…” szybko staje się przez to filmem nieprzyjemnym i w pewnym sensie perfidnym. Nie z powodu podejmowanego tematu, ale z powodu tego, jak autorka traktuje własnych bohaterów – bardziej jak małpy w cyrku niż postaci z krwi i kości.

Cyrkiem jest tu wspomniane wiejskie „nigdzie” (pierwotny tytuł filmu brzmiał zresztą „Nowhere”), podkreślane przez panią reżyser z niezwykłym uporem – monopolowy nazywa się Niagara, a chłopcy z ogniska noszą koszulki z angielskimi napisami. Kamera zatrzymuje się na nich na długo, bo autorka chce wbić widzowi do głowy, że skoro „nigdzie”, to jednocześnie „wszędzie” i że rozgrywająca się na ekranie historia mogłaby się wydarzyć w każdym miejscu świata. Dlatego też Szumowska nie skupia się na spięciach między księdzem homoseksualistą a konserwatywną społecznością polskiej wsi. W lepszym filmie byłby to dobry wybór, dzięki któremu bohaterów można by lepiej sportretować. W „W imię…” miejsce na klasyczny konflikt zostaje jednak zajęte przez wątki poboczne, które – widzę tu swoistą ironię – „nigdzie” nie prowadzą. Ot, choćby wątek Ewy (Maja Ostaszewska), próbującej poderwać Adama, pojawiający się w fabule tylko po to, żeby pani reżyser mogła zabłysnąć przed widzem fajnym symbolem – Adam odrzuca Ewę, bo Adam woli chłopców. I to w dodatku w filmie o katolickim księdzu. Cóż za kumulacja znaczeń!

Owszem, można by pewnie bronić „W imię…” za pomocą klasycznego już argumentu „ale to przecież taka konwencja”. Sceny między Adamem a Dynią są kiczowate, a Szumowska sypie absurdalnymi pomysłami jak z rękawa, nawiązując przy tym do twórczości Almodovara, który też operował w swoich filmach campem. Problem w tym, że camp campowi nierówny i nie wszystko da się za pomocą campu uratować. Dobrym przykładem będzie tu „Big Love” Barbary Białowąs, która przyjmowała w wywiadach podobną linię obrony.

Trzeba jednak przyznać, że Szumowska ma ucho do dialogów i oko do poszczególnych scen. Ożywione dysputy chłopaków z koła (granych przez naturszczyków), dotyczące tego, czy „ksiądz też ma ochotę poruchać”, to bodaj najlepsze dialogi w filmie. Najlepszą sceną jest z kolei ta, w której kompletnie pijany Adam tańczy w swoim pokoju ze zrzuconym ze ściany zdjęciem Josefa Ratzingera – to szczerze zabawny, jednocześnie absurdalny i szczery motyw, przypominający najlepsze fragmenty „33 scen z życia”. Niestety, jeden z niewielu w filmie.

Kontrowersyjność Szumowskiej jest w dodatku mocno przeterminowana. W „Sponsoringu” pani reżyser odkrywała, że niektórym młodym dziewczynom zdarza się sypiać za pieniądze ze starszymi facetami. W „W imię…” objawia widzom, że wśród księży też trafiają się homoseksualiści. To tematy, które mogłyby się wydawać rewolucyjne, ale jakieś dwie-trzy dekady temu. Widz tolerancyjny i pozbawiony uprzedzeń nie wyniesie z seansu niczego nowego, a ci, którzy żyją w przeświadczeniu, że księżowskie genitalia mogą spełniać co najwyżej funkcje wydalnicze, zareagują na „W imię…” świętym oburzeniem. Autorka „33 scen z życia” marnuje tu szansę na jakikolwiek dialog i robi film, po którym powinna przybić piątkę z galeriankowo-bejbibluesową Kasią Rosłaniec – to podobny typ celuloidowej publicystyki za dwa pięćdziesiąt, tylko że w wypadku Szumowskiej podlany odrobiną intertekstualności.

 

Tymczasem najlepszym filmem o homoseksualnych duchownych nadal pozostaje wspaniały, genialny i jedyny w swoim rodzaju „Zaułek szatana” z Robertem Downeyem Jr. i Tobeyem Maguirem, który niestety nigdy nie powstał:

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Calvin

    Ale Gazeta Wyborcza jest wniebowzięta, a dostać poklep po plecach od Adama Michnika to nie byle zaszczyt!

    • Andriej

      Sprawdź pod łóżkiem, Michnik też pewnie już tam jest! BTW Do jasnej cholery, czy wszystkie recenzje tego filmu w internecie są obstawione przez prawicowych pomyleńców?!
      Co do oceny, jakoś nie jestem zdziwiony – dobrego filmu polskiego w podobnej tematyce jeszcze długo nie będzie…

      • Kazik

        Andrieju, różnica polega na tym, że to nie jest dobry polski film o podobnej tematyce.
        A może jeszcze powiesz, że w Polsce nie brakuje prawicowych pomyleńców? Kurwa, to przecież wszystko spiskowa teoria! Prawda?

        • Andriej

          Koledzy chyba nie załapali, film ten jest słaby, a innego o podobnej tematyce i jednocześnie dobrej jakości jeszcze przez wiele lat się nie doczekamy. Chyba że w końcu stworzy się u nas prawdziwy przemysł filmowy, zamiast tej pieprzonej kliki robiącej gnioty za pieniądze z podatków. Ja nie lubię Michnika i nie jestem prawicowcem, natomiast wciskanie go wszędzie już fobią typową dla prawicy jak najbardziej jest…

      • Guest

        Bardzo, ale to bardzo daleko mi do prawicy, zapewniam. I nie jest dla mnie istotne, czy film jest o księdzu-homoseksualiście, czy o mordzie w Katyniu. Albo jest dobry, albo nie i jego tematyka na to nigdy nie wpływa.

  • Kazik

    „Wyborcza” ostatnio jest ciągle wniebowzięta. Ale tak apropos samego festiwalu a konkretnie głównego laureata tego dorocznego spędu rodzimych filmowców. Swoją drogą, dlaczego ciągle nie mogę pozbyć się myśli, jak bardzo ten festiwal jest hermetyczny, jak bardzo prowincjonalny, jak w gruncie rzeczy błahy i chyba nikomu do niczego niepotrzebny. „Złote Lwy” mają znikomą wartość a ich liczba jakoś nie chce przełożyć się na większą frekwencję w kinach.

    No ale chodzi mi głównie o „Idę” Pawlikowskiego. Dzieło, które zdobyło główną nagrodę. Dlaczego po raz kolejny promuje się najzwyczajniejszego w świecie gniota?
    Przecież pojawiły się naprawdę nietuzinkowe filmy, choćby Papusza Krauze. Film na pewno inne niż wszystkie bo opowiadający o kobiecie która z pewnością była wyjątkowa. No ale ta nieszczęsna „Ida”? Bo co? Bo tematyka? Bo znowu o żydach? To naprawdę tak działa? Nieważne kompletnie jaką wartość prezentuje, ważne że na temat żydowskiej Martyrologii? To naprawdę takie proste? W takim świecie wszyscy żyjemy w jakieś farsie. Albo totalną farsą jest ten festiwal.

    „Ida” opowiada o dwóch kobietach. Jednej, bardzo młodej, której treścią będzie próba wyzwolenia się z klasztornych okowów. Jednym słowem zakosztowanie życia. Oraz drugiej, pracownicy aparatu państwowego wczesnego PRL, która wsadzała niewinnych do łagrów. Fabuła wydaje się nawet zbożna. Dwie kobiety, dwie różne postawy i wynikający z tychże konflikt, którym przecież karmi się kino. Tyle, że wykonanie jest po prostu na poziomie licealnego teatrzyku. I to chyba za łagodnie powiedziane bo chyba obrażam w ten sposób niejednego zasłużonego polonistę.

    Dlaczego Pawlikowski kreśli swoje postacie tak bezczelnie prymitywną kreską? Czyniąc z nich nie ludzi ale kreatury, postacie z taniego kabaretu? Jak można? Jak trzeba być wyjałowionym filmowo i myślowo pewnie również aby w filmie o zakonnicy, która opuszcza klasztor i TO JUŻ JEST WYSTARCZAJĄCY dowód, naturalny dowód, że z jej powołaniem jest coś nie tak. Jak można dobijać, zrównywać totalnie z glebą tego typu akt, przez prostacki tekst kobiety, która opiekuje się główną bohaterką (z filmu nie wynika, że ta druga baba jest jebnięta). Jak można pchać tekst: – „Powiedz, miałaś kiedyś grzeszne myśli”? No, ja pierdolę! PAWLIKOWSKI! S…..! Ale to nie wszystko. Dalej też jest zajebiście. Była zakonnica spotyka chłopaka (NO, OCZYWIŚCIE!), który oczywiście pokaże jej jak żyć, jak palić fajki i jak się uprawia sex. Naturalnie, żeby wszystko znowu zapierdolić, spyta ją. – „Pewnie nawet nie wiesz jak wyglądasz, co?”

    Dlaczego cały film składa się z wertowanych 1000 tysięcy razy fabularnych klisz? Do wyrzygania. Dziewczyna zdejmująca welon (ach, jakie to nabożne, jakie ważne i dramatyczne). Dziewczyna paląca papierosa (no, mała zaczyna czuć bluesa). Skromny taniec jej i jego (ach, takie to subtelne, romantyczne i wydelikacone) Oczywiście nie mogło zabraknąć punktu zwrotnego w formie krzywiącej mordę płaczącej komunistki (przeżywa znaczy, się nawraca). I wszystko to tanie, bez polotu, bez wdzięku, bez pomysłu ale za to z główną nagrodą. Gdynio, obudź się!.

  • Hus

    Kazik – ale pan Chaciński, dyrektor artystyczny festiwalu jest, mówiąc delikatnie, sympatykiem Agory i większości jej programu. Tygodnik kulturalny przestałem oglądać po tym, jak usłyszałem, że idea prostytuowania się dla ratowania lasów, to szczytny cel i w ogóle wielka sztuka.

    • Kazik

      No ja wiem, wiem, że „W imię….” Zaznaczyłem, że taka dygresja tylko. A co do recenzji, to świetnie napisana i w pełni zgadzam się z werdyktem.

  • Jerzy Szymula

    To się robi tak, Panie „recenzencie”: stawiamy tezę – choćby tak absurdalną, że „film jest cyniczny” – i przeprowadzamy proporcjonalny do zarzutu DOWÓD! Taka szkolna wyliczanka – co się reżyserowi nie udało – dowodzi jedynie, że Pan jeszcze mentalnie nie opuścił szkoły. Jako nauczyciel języka polskiego (w stanie spoczynku) stawiam Panu PAŁĘ i jednocześnie zapraszam do zapoznania się z wynikami obrad jury największego festiwalu filmów polskich, a przede wszystkim do porzucenia tej nic nie mówiącej „skrobanki” i pokazania SWOJEGO FILMU na kolejnym festiwalu, który – jak pośrednio wynika z powyższego tekstu – zgarnie jeszcze więcej nagród!

    • koala

      Właśnie recenzencie, nakręć swój własny film i wtedy pogadamy, a nie jakieś wypracowania piszesz. Pewnie niespełniony reżyser z ciebie, ZAZDROŚCISZ, że ktoś robi filmy, a nie ty. Oooooo!

      ;D

    • Grzegorz Fortuna

      Jeżeli zarzuca mi Pan, że „mentalnie nie opuściłem szkoły”, po czym sam używa Pan najbardziej dziecinnego argumentu ze wszystkich możliwych („jak ci się nie podoba, to zrób lepsze!”), to cóż, przykro mi, ale nie widzę szans na ciekawą dyskusję. I nie mam pojęcia, dlaczego fakt otrzymania kilku nagród miałby oznaczać, że film staje się od razu krytykoodporny.

      • Kazik

        No proszę, znalazło się dwóch „zbawców”. Stopień kontrargumentacji jest rzeczywiście zabawny. „Jak ci się nie podoba zrób lepszy”.:) Tak pisać może tylko były pedagog, któremu jakiś gnojek włożył kosz na głowę:) Panie były nauczycielu, nie ucz pan więcej.

  • Jaro

    „powinna przybić piątkę z galeriankowo-bejbibluesową Kasią Rosłaniec – to
    podobny typ celuloidowej publicystyki za dwa pięćdziesiąt”

    NARESZCIE ktoś zaczął o tym głośno mówić! koniec z onanizmem do kaśki rosłaniec – czas pokazać jej, gdzie jest miejsce na jej wypociny: na jutjubie! nie mam do niej nic osobiście – po prostu jej nienawidzę.

  • Oldschool

    Pardon, w Zaułku Szatana miał grać Kirk Lazarus, a nie Robert Downey Jr.!

    • Grzegorz Fortuna

      Och, racja, mylą mi się, bo są tacy podobni ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#65 Wydział pościgowy

Następny tekst

Szybka piątka #16 - Sequele, na które czekamy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE