"W ciemność. Star Trek" - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

W ciemność. Star Trek

J.J. Abrams po raz kolejny atakuje nijakością (i lens flarami), co nie zmienia faktu, że nowy "Star Trek" oddziałuje na emocje.




Urok nijakości?




Jerzy Babarowski
22.07.2016


Na początek muszę się wam do czegoś przyznać: nie jestem fanem „Star Treka”. Ba, to mało powiedziane – jestem kompletnym startrekowym laikiem. Nigdy w życiu nie zobaczyłem ani jednego odcinka serialu, ani jednego filmu kinowego, nie zagrałem w żadną opartą na tej produkcji grę ani nie przeczytałem żadnej powieści czy komiksu (okej, szczerze mówiąc nie wiem czy istnieją jakieś startrekowe powieści czy komiksy, ale nawet bez sprawdzania mogę z całą pewnością stwierdzić, że tak). Jako laik posiadający bardzo szczątkową wiedzę o tym uniwersum jestem w stanie jedynie stwierdzić, że w latach 60 „Star Trek” był jakiś (mniejsza z tym, jaki). I jako laik jestem również w stanie stwierdzić, że czymkolwiek to „coś” było J.J. Abrams z godną poszanowania nonszalancją zmiótł to pod dywan. Pytanie tylko czy to źle.

Wiecie ile czasu zwlekałem z napisaniem tej recenzji? Boże. Naczelny wam powie. Powinna być na premierę, a jest teraz. Dzięki Bogu Tyler napisał swoją, bo byłaby niezła wtopa. Rzecz jasna możecie uznać, że jako człowiek niezaznajomiony ze startrekowym uniwersum nie jestem odpowiednią osobą do pisania o tym filmie i jeśli tak właśnie uważacie to, no cóż, macie potężny argument w ręku. Jedynym powodem, dla którego w ogóle na „W ciemność. Star Trek” (dzięki niebiosom za tę kropkę od dystrybutorów) czekałem było moje uwielbienie dla Abramsowskiego rebootu całej serii sprzed paru lat – a zarazem jedynej obejrzanej przeze mnie jakiejś formy tworu Gene’a Roddenberry’ego. Problem w tym, że tuż przed premierą drugiej części powtórzyłem sobie restart z 2009 roku i, cóż… powiedzmy, że zachwycił mnie mniej niż poprzednio. Więc nawet pod tym względem, znalazłem się w dość kuriozalnej sytuacji obowiązku napisania o filmie, który – jak się okazało – wcale nie wzbudza moich emocji.

Prawie miesiąc i dwa wypady do kina później udało mi się w końcu ułożyć myśli. Cała wspomniana otoczka była głównym powodem, dla którego potrzebowałem na to aż tyle czasu, ale zdałem też sobie sprawę, że to, że jestem startrekowym laikiem nie musi być koniecznie wadą. Jako laik bowiem nie jestem obciążony całym emocjonalnym bagażem wieloletniego obcowania z uniwersum. Nie mam co do niego żadnych wymagań ani oczekiwań, a co za tym idzie jestem w stanie spojrzeć na film Abramsa okiem czystym i nieskażonym. Jest to ważne zwłaszcza w tym przypadku, jako że Amerykanin zrestartował cały cykl na nowo i zaoferował zupełnie nowe, świeże na niego spojrzenie, przystosowane do gustów współczesnej widowni. W tym wypadku trudno było znaleźć lepszego jej przedstawiciela niż ja. Cóż więc wynika z najnowszego filmu osadzonego w roddenberryowskim uniwersum, a – w przedłużeniu – z jego poprzednika sprzed czterech lat? Przede wszystkim – dominująca przezroczystość. Przezroczystość formy i tematów. Przezroczystość, w jakiej J.J. Abrams się specjalizuje i która wcale nie musi być złą rzeczą. Przyzwyczajeni jesteśmy do recenzji, w których amerykańskie kino oskarża się o postępującą bezpłciowość, brak stylu i upodobnienie do filmów, które odniosły sukces wcześniej. A ja mówię: to wcale nie musi być złe, jeśli jest się świadomym tego, co się robi i ma się do zaoferowania coś w zamian. Abrams spłycił i zbanalizował cały klimat „Star Treka” (czymkolwiek by on nie był…) zmieniając go w teatr gadających głów ozdobiony pędzącą na łeb na szyję akcją, feerią wybuchów i wszędobylskimi lens flarami, tak, ale ze starego „Star Treka” zostawił to, co najważniejsze – postacie.

Zabieg ten jest równie prostacki, co błyskotliwy i równie skuteczny, co koncepcja alternatywnej historii wprowadzona w poprzednim filmie, a która pozwoliła obu uniwersom – temu klasycznemu i temu nowemu – egzystować w symbiozie, nie znosząc jednego na rzecz drugiego. To właśnie cały Abrams cechuje go niezwykła popkulturowa wrażliwość na wszelkiego rodzaju tradycje, mity i wzorce oraz mistrzostwo w prowadzeniu postaci. Dzieje się to jednak kosztem absolutnie przezroczystej formy. Oto gość, który jest wzorowym reżyserem do wynajęcia – rzemieślnikiem, który kręci totalnie „gołe” historie, ale za to wyciąga z nich to, co najlepsze. Nie dziwi więc jego wybór na stanowisko reżysera nadchodzącego „Epizodu VII”. Ogołocenie startrekowego uniwersum z formy przy jednoczesnym pozostawieniu najważniejszego łącznika z widzem dało nadzwyczajne efekty, a filmoznawcza wrażliwość Abramsa popłaciła: „Star Trek” z 2009 roku okazał się niesamowitym sukcesem finansowym, a triumfalny pochód po światowych kinach powtarza teraz jego sequel (po początkowo rozczarowujących wynikach „W ciemność…” ustabilizował lot i w tym momencie ma już na koncie ponad czterysta milionów dolarów). Oburzenie najzagorzalszych i najbardziej ortodoksyjnych fanów uniwersum jest w tym wypadku bardziej niż oczywiste. Wielu z nich, ale również i krytyków, zarzucało Abramsowi zarówno cztery lata temu jak i teraz właśnie porzucenie ciekawych motywów, jakimi emanował klasyczny serial na rzecz wybuchów i frenetycznej akcji, upodabniając „Star Treka” do konkurencyjnych „Gwiezdnych Wojen” (których Abrams zawsze był fanem, podczas gdy „Treka” nigdy). To właśnie zarzucał „Trekowi” z 2009 roku Roger Ebert wystawiając tamtemu filmowi dwie gwiazdki, a na jednym z polskich portali przeczytałem niedawno recenzję omawianego tutaj sequela, w której autor pisze, że film jest nawet fajny, tylko że ze „Star Trekiem” nie ma kompletnie nic wspólnego.

Czy podobał się więc mi, człowiekowi niezapoznanemu z tradycją uniwersum i stawiającego zawsze największy nacisk na to, czy film potrafi nawiązać emocjonalną relację z widzem? Odpowiedź brzmi: tak i to bardzo! Pod wieloma względami „W ciemność…” to film paradoksów. Z jednej strony mamy tu do czynienia z sequelem zrealizowanym według wszystkich hollywoodzkich reguł (więcej, szybciej, głośniej: zamiast jednego czarnego charakteru mamy dwóch, zamiast jednej fajnej laski mamy dwie, zamiast paru epickich scen akcji mamy parenaście…), a z drugiej Abrams konsekwentnie rozbudowuje postacie i ich relacje z poprzedniej części, wzbogacając je świetnie napisanym humorem i nie rzucając żadnej z nich – czy relacji między nimi – na żer maszynki do robienia pieniędzy. Oczywiście nadal oglądamy manekiny – jedno lub w porywach dwuwymiarowe – co nie zmienia faktu, że są to świetnie rozpisane manekiny, którym włożono w usta dobre dialogi i które przyjemnie się ogląda.

Fabuła? James Kirk (Chris Pine) i załoga statku Enterprise są już dobrze zgraną paczką, która dogaduje się bez słów i ufa sobie bezgranicznie. W wyniku wydarzeń przedstawionych w początkowej sekwencji, których nie zdradzę, Kirk zostaje pozbawiony statku, a jego pierwszy oficer Spock (Zachary Quinto) przekierowany na inny. Jednak w tym momencie ujawnia się nowe zagrożenie – z popiołów dawnych czasów wyłania się tajemniczy agent Federacji John Harrison (Benedict Cumberbatch), który urządza krwawą łaźnię na swych byłych dowódcach. W jej wyniku życie traci bardzo bliska Kirkowi osoba (której tożsamości też nie zdradzę), a nasz zaślepiony gniewem kapitan poprzysięga zemstę na Sherlo… znaczy Harrisonie. Dowództwo oddaje mu statek, a cała załoga Enterprise udaje się do kryjówki zbuntowanego agenta – Kronosu, planety zamieszkiwanej przez Klingonów, bez których nie może obejść się żaden „Star Trek”… Jak się więc przedstawia poziom nowego filmu w porównaniu z poprzednim? Przede wszystkim jest o wiele lepiej napisany – nie mamy już koncertu kretyńskich głupot w rodzaju czarnych dziur, z których niektóre prowadzą w przeszłość, a inne w nicość albo Kirka, który mając do dyspozycji całą śnieżną planetę, na którą zostaje zesłany, dziwnym trafem ląduje prawie na tyłku starego Spocka. Intryga w „dwójce” zdaje się być o wiele logiczniejsza, ale również bardziej wielopiętrowa i skomplikowana (co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że udział w niej bierze więcej bohaterów) a, co najdziwniejsze, głębsza niż ostatnio. W przeciwieństwie do poprzedniego filmu oglądając „W ciemność…” miałem autentyczne wrażenie, że Abrams próbował zawrzeć spójne przesłanie i coś swym filmem przekazać. Może nie jest to wyjątkowo oryginalna czy penetrująca wyobraźnię idea – a do tego jej nawiązania do toczonej przez Amerykę wojny z terrorem są aż nazbyt czytelne – co nie zmienia faktu, że jej wykrycie było dla mnie w pewnym sensie odświeżające.

Również postacie zdają się być przyjemniejsze do oglądania i słuchania, a z ich ust częściej padają bardziej intrygujące myśli niż gros sucharów z poprzedniej części. Aktorsko jak zawsze u Abramsa jest nieźle – Pine jest charyzmatyczny (choć nudny), Quinto zdaje się być stworzony do roli Spocka, Karl Urban po raz kolejny rozwala jako Bones, Simon Pegg jest taki jak zawsze, a Zoe Saldana po raz kolejny pokazuje, że oprócz ładnego wyglądania potrafi też grać. Oczywiście wiem, na co czekacie. Tak, Benedict Cumberbatch to aktorski strzał w dziesiątkę, który magnetyzmem swojej gry, mimiką twarzy i zmianą intonacji sprawia, że od jego postaci nie można oderwać wzroku. Nie, nie powiem wam kogo gra, mimo że w tym momencie już chyba wszyscy to wiedzą (jego prawdziwa tożsamość była chyba najgorzej skrywaną tajemnicą w branży filmowej ostatnich lat, a niektóre recenzje w ogóle się tym nie przejmują i wprost piszą, że to… :)), ale moja recenzencka rzetelność mi na to nie pozwala. Tak, Brytyjczyk stworzył postać w każdym calu fascynującą – na tyle abym ja, nie-fan „Star Treka” postanowił, że obejrzę jeden z odcinków klasycznego serialu i jeden z filmów (gdzie występuje ta postać, której tożsamości nie mogę wam zdradzić). Niestety nici z tego, że Cumberbatch jest wspaniałym aktorem, jeśli to scenariusz zabiera jego postaci całą głębię, jaką mógł jej Brytyjczyk dać. I tutaj dochodzimy do pięty achillesowej nowego „Star Treka” – zakończenia.

A raczej nie zakończenia, tylko relacji między punktem kulminacyjnym, a ostatnimi czterema scenami. Jest w nowym „Star Treku” chwila jakby wyjęta z innego filmu – moment tak potężny, tak wypełniony emocjami w warstwie aktorskiej, tak bardzo się im poddający w sposobie narracji, że łzy same pojawiają się na policzkach, a dreszcze na plecach. Każdy, kto chciałby wiedzieć, na czym polega kino J.J. Abramsa po obejrzeniu tej sceny nie pytałby już więcej. Następuje po niej pełna akcji sekwencja, interesująca dzięki frenetycznemu tempu oraz pokazaniu rozwoju relacji między czołowymi bohaterami. Wciągnięci obserwujemy, co się dzieje, po czym… nagle wszystko się urywa. Cięcie, a to, co po nim następuje to absolutna tragedia. Typowa, wymuszona decyzją krawaciarzy konkluzja, która doszczętnie niszczy mozolnie wypracowane wcześniej w widzu emocje, marnuje cały potencjał i doniosłość wcześniejszej sceny i zostawia po niej tylko olane moczem porwane skrawki.

Ale nie chodzi już nawet o te do cna komercyjne ostatnie cztery sceny – chodzi o przejście do nich od tego, co było wcześniej. Przejście zbyt gwałtowne, zbyt szybkie, arbitralne i bezsensowne, które skutecznie wyrzuca z nastroju i sprawia, że budzi się w nas tumiwisizm – a więc zabieg zły pod każdym względem, nawet czysto komercyjnym, bo przecież ostatecznie producentom też chodzi o to, żeby ludzie przejęli się losem bohaterów i kupili bilet na następną część. Abrams pozostawił zbyt cienką granicę między kinem bardzo dobrym, a popłuczynami. I w tych ostatnich minutach jego film bardzo przez to traci. Pod względem wizualnym jedni by powiedzieli, że „W ciemność…” wygląda bajerancko i epicko, a inni, że plastikowo i tanio – a to wszystko przez wspomniane lens flary, w których jest po prostu SKĄPANY. Jest jedna scena, w której postać grana przez śliczną Alice Eve rozmawia z kimś na korytarzu statku, a flara najnormalniej w świecie nagle wali ze środka ekranu i zasłania jej twarz, a ja siedzę w kinie i myślę sobie: „Dżej dżej, co ty sobie myślałeś człowieku?!”. Jak pomyślę, że tak mogą wyglądać nowe „Gwiezdne Wojny” to robi mi się zimno.

Nie to jest jednak najgorsze. „W ciemność. Star Trek” to film dobry, momentami nawet bardzo dobry, ale z kosmicznie zmarnowanym zakończeniem, które udowadnia, że został wyreżyserowany przez człowieka gotowego bez mrugnięcia okiem porzucić swoją artystyczną tożsamość (którą bezsprzecznie posiada) na rzecz wymagań stawianych przez wytwórnię. Zastanawiam się czy postawienie kogoś takiego na stanowisku reżysera kolejnej części najsłynniejszej filmowej sagi wszechczasów – co po tym filmie wydaje się cyniczną i asekurancką decyzją, bez dwóch zdań – jest dobrym pomysłem. Gdy okazało się, że J.J. Abrams stanie za sterami następnego epizodu Gwiezdnej Sagi bardzo się ucieszyłem: Amerykanin znajdował się blisko szczytu listy moich wymarzonych reżyserów do nakręcenia nowych „Star Wars” (choć nadal uważam, że idealnym wyborem byłby Brad Bird).

Ale po najnowszym „Star Treku” nie jestem już tego taki pewien.

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Troll

    Genialne, w jednym akapicie piszesz wytluszczonym drukiem kogo gra Benedict, dwa akapity nizej „nie powiem Wam kogo on gra”.

    • Jerzy Babarowski

      Phi. Film lepiej obejrzyj, geniuszu :)

    • FeiWong

      Przcież on nie gra w tym filmie Sherlocka Holmsa:) Przed krytyką, warto mieć trochę wiedzy o aktorach i ich wcześniejszych wcieleniach :)

      • Troll

        Najpierw: „wyłania się tajemniczy agent Federacji John Harrison (Benedict Cumberbatch)”

        Kilka akapitów niżej: „Nie, nie powiem wam kogo gra”

        Czego nie zrozumieliście z mojej wypowiedzi, gdzie to wyśmiałem? Gdzie ja cokolwiek napisałem o Sherlocku, czy o tym, że filmu nie widziałem? Jedyne co, to wyśmiałem ewidentne małe przeoczenie autora – i tyle, a Wy od razu sracie w gacie stając w obronie (?) – cholera wie po co.

        • Jerzy Babarowski

          Po to, że jak jest tekst i jak jest autor to ten autor ma często chujową skłonność do obrony tego tekstu :)

          Nie napisałem, że filmu nie widziałeś, napisałem, żebyś obejrzał, bo Twój zarzut miałby sens tylko wtedy, gdybyś go nie widział… a skoro widziałeś to jedyne co mogę dodać do mojej poprzedniej wypowiedzi to „jeszcze raz” :)

          Ale rozumiem zarzut, spoko, więc prostuję – chodziło mi o prawdziwą tożsamość postaci granej przez Cumberbatcha, nie o tę, którą poznajemy na początku. Myślałem, że to dość jasno wynika z tekstu (tym bardziej, że kawałek dalej po zacytowanym przez Ciebie fragmencie piszę właśnie o „prawdziwej tożsamości”), ale skoro komuś się chciało aż to wyśmiać w komentarzu pod nim to chyba nie.

  • Jakub Piwoński

    moje wrażenia są analogiczne. nowym Star Trekom zdecydowanie brakuje osobowości… no i w końcu ktoś wspomina o tych przeklętych lens flarach!

  • Daniell

    Trochę się nie zgodzę. Star Trek to kino sci-fi, i to akurat Abramsowi wyszło.
    Wg mnie film był całkiem przyjemny w odbiorze – nie był zbyt przekombinowany.

    Stare Star Treki mają taką wadę, że czas odbił na nich bardzo wyraźnie swoje piętno.
    To co było nowatorskie 20-30 lat temu, dziś śmieszy – począwszy od gry aktorskiej co niektórych, przez przebajerowaną fabułę, po tandetne efekty pseudo-specjalne…próbowałem obejrzeć stare Star Treki dwa razy…i nudziłem się niemiłosiernie – a wcale nie jestem fanatykiem kina akcji.

    Wg mnie najnowszy ST niexle sie wpasował w serię, nieco nowatorskie podejście – i własnie to mu wyszło na lepsze. Akcja, dialogi, jakaś fabuła…a nie jak w starych filmach – gdzie na siłę próbowano wynagrodzić brak efektów i polotu długaśnymi patetycznymi scenami „gadanymi”.

    • Eddington

      Nie ma czegoś takiego jak „Stare Star Treki”. Przykładowo Motion Picture z 97 czy Gniew Khana z 82 a First Contact z 96 dzieli przepaść. Ten ostatni to poziom Terminatora 2 czy Imperium Kontratakuje. W ogóle Epoka TNG i późniejsze to już co innego niż TOS z lat 60tych. Teraz tylko czekać aż wyjdą nowe Star Wars i ludzie będą nazywać wszystko co było wcześniej „Starymi Star Warsami” a przecież obie trylogie to zupełnie inny poziom. Tak więc i Star Wars i Star Trek przechodziły swoje ewolucje i istnieją na różnych poziomach. Chcesz obejrzeć filmy ST, które się nie zestarzały wcale? First Contact wzwyż. Te które trochę – 6tka i 7mka a reszta z lat 80tych no niestety widać ten odcisk czasu.

      • Eddington

        Przy Motion Picture oczywiście chodzi o 79 rok. Przestawiło mi się :)

      • Mike

        „First Contact” ma poziom T2 i TESB!? Czy oglądaliśmy te same filmy? O ile serial TNG mozna było oglądać bez zbytniego zgrzytania zębami to to filmy kinowe TNG to szmiry ;)

        • Eddington

          Ty chyba nie oglądałeś tych samych filmów. Nazywać filmy
          kinowe TNG szmirami to już czysta herezja. Może Generations i Nemesis nie wyszły
          do końca ale filmy Frakesa, szczególnie First Contact to najwyższa półka starych
          dobrych rozrywkowych filmów s-f typu stare Star Wars, Terminator 2. Niewiele
          osób zdaje sobie z tego sprawę a szkoda. Taki FC w niczym nie ustępuje wyżej
          wymienionym przeze mnie przykładom. W przeciwieństwie do serialu był to w końcu
          prawdziwy film kinowy z epoki TNG, gdzie warstwę wizualną zbudowano praktycznie
          od nowa. Nowy Enterprise, nowe mundury, nowy wygląd Borga, który jako wróg jest
          tej samej klasy co alien, predator, terminatory czy Imperium. Poza tym świetna
          załoga TNG, świetne gościnne występy (Cromwell, Woodard, Krige),
          kapitalny scenariusz (Moore i Braga) i bardzo dobra muzyka Goldsmitha. Film
          wyszedł w 100%, póki co się nic nie zestarzał i stawiam go za wzór w tej kategorii. Insurrection natomiast jesli chodzi o tematykę jest lepszy chociażby od Avatara. Także bardzo udany film, choć już nie taki epicki. Najmniej lubię Nemesis, uważam, że to średni film.

      • Gieferg

        „First Contact z 96 dzieli przepaść. Ten ostatni to poziom Terminatora 2 czy Imperium Kontratakuje”

        Jebłem i nie wstałem. First Contact ledwo dałem do końca obejrzeć, nigdy do niego nie wróce i uważam za nudnego knota.

    • Jerzy Babarowski

      Tak, Star Treki Abramsa są właśnie „przyjemne w odbiorze” i nic więcej – that’s the point. „Akcja, dialogi, jakaś fabuła…” to też całkiem niezły opis tego, co z nimi zrobił :P Tylko gdzie tu jakiekolwiek nowatorstwo? Jakoś go nie dostrzegam…

  • Agata ,,LLP” Sutkowska

    Dobrze napisana, trafiająca do mnie recenzja. Jestem fanką ST (również zaczynałam od reboota z 2009 roku) i tym bardziej doceniam trafność Twoich uwag. Zgodzę się z cytowaną przez Ciebie opinią, że z ST film nie ma za wiele wspólnego – w serialowym Star Treku najbardziej ujęło mnie (prócz, oczywiście, postaci) to, jak pod płaszczykiem sf seria mówiła o rzeczywistości Stanów Zjednoczonych lat 60-tych, jakie odważne były przesłania głoszone przez Roddenberry’ego w tych trudnych czasach – obywatelskie nieposłuszeństwo, tolerancja, równość rasowa czy kulturowa… – długo by wymieniać, poświęciłam ST małą pracę naukową i jestem pewna, że nie wyczerpałam tematu. U Abramsa uświadczyć się tego nie da – tak, są przebłyski, ale jak dla mnie znikome… Jednak bardzo dobrze wskazujesz na plusy filmów JJ – wyczulenie na popkulturową mitologię, pewną gre ze schematami, opracowanie postaci, gra aktorska. I równie dobrze wskazujesz największy minus filmu. [SPOILEROWY ALARM, na wszelki wypadek]. Jestem wielką fanką Kirka, także rebootowego, i NAPRAWDĘ chciałabym, żeby film kończył się jego śmiercią. Ludzie w kinie potopiliby się w moich łzach, ale poczułabym to ,,coś” – pogwałcenie pewnego tabu, uderzenie w ikonę amerykańskiej popkultury, dialog między tą tradycją a współczesnym spojrzeniem na bohaterów… tutaj niestety JJ zdecydowanie zabrakło odwagi – a przecież starczyłoby tak niewiele, żeby zasygnalizować happy end subtelnie, dając fanom nadzieję na kolejny film (o ile lepszy byłoby np. długie ujęcie sunące po twarzach zasmuconej załogi, zatrzymujące się nad ,,martwym” Tribblem, który nagle delikatnie się porusza). Czy przy SW odwaga mu wróci? Niestety, nie liczyłabym na to…
    Twoje spojrzenie laika w niczym nie przeszkodziło w napisaniu dobrej recenzji, ale gdybyś miał kiedyś ochotę zagłębić się w ST, to zapraszamy na fejsa do grupy ,,USS Rudy 102″ :)

    • Jerzy Babarowski

      Dzięki :)

    • Mefisto

      Na takie akcje jak śmierć głównego bohatera Hollywood niestety ogółem nie jest dziś w stanie znieść – i tak naprawdę chyba nigdy nie było, bo na palcach lewej ręki można wyliczyć przypadki blockbusterów, których końcówka przynosi morze łez (już abstrahując od oscarowych dramatów o umieraniu na raka i/lub białaczkę). Tym bardziej więc trudno wymagać tego od tak bezpiecznej serii, jak ST od Abramsa, który w tych kwestiach jest raczej dość nijakim twórcą (najodważniejsza scena tego filmu to dziewczyna w wybitnie za dużym staniku, w żadnej scenie nie ma chyba nawet kropli krwi, etc.).

      • Jerzy Babarowski

        To prawda, Alice Eve mogłaby pokazać więcej, tak to trzeba wracać do tego chujowego Crossing Over, żeby zobaczyć to, co najważniejsze.

  • Pingback: Najlepsze blockbustery lata 2013 | Film.org.pl()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Najnowszy zwiastun filmu o Snowdenie

Następny tekst

KNIGHT OF CUPS. Recenzja najnowszego filmu Terrence'a Malicka



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE