nowości kinowe

W ciemność. Star Trek

J.J. Abrams po raz kolejny atakuje nijakością (i lens flarami), co nie zmienia faktu, że nowy "Star Trek" oddziałuje na emocje.

Autor: Jerzy Babarowski
opublikowano

Urok nijakości?

Na początek muszę się wam do czegoś przyznać: nie jestem fanem „Star Treka”. Ba, to mało powiedziane – jestem kompletnym startrekowym laikiem. Nigdy w życiu nie zobaczyłem ani jednego odcinka serialu, ani jednego filmu kinowego, nie zagrałem w żadną opartą na tej produkcji grę ani nie przeczytałem żadnej powieści czy komiksu (okej, szczerze mówiąc nie wiem czy istnieją jakieś startrekowe powieści czy komiksy, ale nawet bez sprawdzania mogę z całą pewnością stwierdzić, że tak). Jako laik posiadający bardzo szczątkową wiedzę o tym uniwersum jestem w stanie jedynie stwierdzić, że w latach 60 „Star Trek” był jakiś (mniejsza z tym, jaki). I jako laik jestem również w stanie stwierdzić, że czymkolwiek to „coś” było J.J. Abrams z godną poszanowania nonszalancją zmiótł to pod dywan. Pytanie tylko czy to źle.

Wiecie ile czasu zwlekałem z napisaniem tej recenzji? Boże. Naczelny wam powie. Powinna być na premierę, a jest teraz. Dzięki Bogu Tyler napisał swoją, bo byłaby niezła wtopa. Rzecz jasna możecie uznać, że jako człowiek niezaznajomiony ze startrekowym uniwersum nie jestem odpowiednią osobą do pisania o tym filmie i jeśli tak właśnie uważacie to, no cóż, macie potężny argument w ręku. Jedynym powodem, dla którego w ogóle na „W ciemność. Star Trek” (dzięki niebiosom za tę kropkę od dystrybutorów) czekałem było moje uwielbienie dla Abramsowskiego rebootu całej serii sprzed paru lat – a zarazem jedynej obejrzanej przeze mnie jakiejś formy tworu Gene’a Roddenberry’ego. Problem w tym, że tuż przed premierą drugiej części powtórzyłem sobie restart z 2009 roku i, cóż… powiedzmy, że zachwycił mnie mniej niż poprzednio. Więc nawet pod tym względem, znalazłem się w dość kuriozalnej sytuacji obowiązku napisania o filmie, który – jak się okazało – wcale nie wzbudza moich emocji.

Prawie miesiąc i dwa wypady do kina później udało mi się w końcu ułożyć myśli. Cała wspomniana otoczka była głównym powodem, dla którego potrzebowałem na to aż tyle czasu, ale zdałem też sobie sprawę, że to, że jestem startrekowym laikiem nie musi być koniecznie wadą. Jako laik bowiem nie jestem obciążony całym emocjonalnym bagażem wieloletniego obcowania z uniwersum. Nie mam co do niego żadnych wymagań ani oczekiwań, a co za tym idzie jestem w stanie spojrzeć na film Abramsa okiem czystym i nieskażonym. Jest to ważne zwłaszcza w tym przypadku, jako że Amerykanin zrestartował cały cykl na nowo i zaoferował zupełnie nowe, świeże na niego spojrzenie, przystosowane do gustów współczesnej widowni. W tym wypadku trudno było znaleźć lepszego jej przedstawiciela niż ja. Cóż więc wynika z najnowszego filmu osadzonego w roddenberryowskim uniwersum, a – w przedłużeniu – z jego poprzednika sprzed czterech lat? Przede wszystkim – dominująca przezroczystość. Przezroczystość formy i tematów. Przezroczystość, w jakiej J.J. Abrams się specjalizuje i która wcale nie musi być złą rzeczą. Przyzwyczajeni jesteśmy do recenzji, w których amerykańskie kino oskarża się o postępującą bezpłciowość, brak stylu i upodobnienie do filmów, które odniosły sukces wcześniej. A ja mówię: to wcale nie musi być złe, jeśli jest się świadomym tego, co się robi i ma się do zaoferowania coś w zamian. Abrams spłycił i zbanalizował cały klimat „Star Treka” (czymkolwiek by on nie był…) zmieniając go w teatr gadających głów ozdobiony pędzącą na łeb na szyję akcją, feerią wybuchów i wszędobylskimi lens flarami, tak, ale ze starego „Star Treka” zostawił to, co najważniejsze – postacie.

Zabieg ten jest równie prostacki, co błyskotliwy i równie skuteczny, co koncepcja alternatywnej historii wprowadzona w poprzednim filmie, a która pozwoliła obu uniwersom – temu klasycznemu i temu nowemu – egzystować w symbiozie, nie znosząc jednego na rzecz drugiego. To właśnie cały Abrams cechuje go niezwykła popkulturowa wrażliwość na wszelkiego rodzaju tradycje, mity i wzorce oraz mistrzostwo w prowadzeniu postaci. Dzieje się to jednak kosztem absolutnie przezroczystej formy. Oto gość, który jest wzorowym reżyserem do wynajęcia – rzemieślnikiem, który kręci totalnie „gołe” historie, ale za to wyciąga z nich to, co najlepsze. Nie dziwi więc jego wybór na stanowisko reżysera nadchodzącego „Epizodu VII”. Ogołocenie startrekowego uniwersum z formy przy jednoczesnym pozostawieniu najważniejszego łącznika z widzem dało nadzwyczajne efekty, a filmoznawcza wrażliwość Abramsa popłaciła: „Star Trek” z 2009 roku okazał się niesamowitym sukcesem finansowym, a triumfalny pochód po światowych kinach powtarza teraz jego sequel (po początkowo rozczarowujących wynikach „W ciemność…” ustabilizował lot i w tym momencie ma już na koncie ponad czterysta milionów dolarów). Oburzenie najzagorzalszych i najbardziej ortodoksyjnych fanów uniwersum jest w tym wypadku bardziej niż oczywiste. Wielu z nich, ale również i krytyków, zarzucało Abramsowi zarówno cztery lata temu jak i teraz właśnie porzucenie ciekawych motywów, jakimi emanował klasyczny serial na rzecz wybuchów i frenetycznej akcji, upodabniając „Star Treka” do konkurencyjnych „Gwiezdnych Wojen” (których Abrams zawsze był fanem, podczas gdy „Treka” nigdy). To właśnie zarzucał „Trekowi” z 2009 roku Roger Ebert wystawiając tamtemu filmowi dwie gwiazdki, a na jednym z polskich portali przeczytałem niedawno recenzję omawianego tutaj sequela, w której autor pisze, że film jest nawet fajny, tylko że ze „Star Trekiem” nie ma kompletnie nic wspólnego.

Czy podobał się więc mi, człowiekowi niezapoznanemu z tradycją uniwersum i stawiającego zawsze największy nacisk na to, czy film potrafi nawiązać emocjonalną relację z widzem? Odpowiedź brzmi: tak i to bardzo! Pod wieloma względami „W ciemność…” to film paradoksów. Z jednej strony mamy tu do czynienia z sequelem zrealizowanym według wszystkich hollywoodzkich reguł (więcej, szybciej, głośniej: zamiast jednego czarnego charakteru mamy dwóch, zamiast jednej fajnej laski mamy dwie, zamiast paru epickich scen akcji mamy parenaście…), a z drugiej Abrams konsekwentnie rozbudowuje postacie i ich relacje z poprzedniej części, wzbogacając je świetnie napisanym humorem i nie rzucając żadnej z nich – czy relacji między nimi – na żer maszynki do robienia pieniędzy. Oczywiście nadal oglądamy manekiny – jedno lub w porywach dwuwymiarowe – co nie zmienia faktu, że są to świetnie rozpisane manekiny, którym włożono w usta dobre dialogi i które przyjemnie się ogląda.

Fabuła? James Kirk (Chris Pine) i załoga statku Enterprise są już dobrze zgraną paczką, która dogaduje się bez słów i ufa sobie bezgranicznie. W wyniku wydarzeń przedstawionych w początkowej sekwencji, których nie zdradzę, Kirk zostaje pozbawiony statku, a jego pierwszy oficer Spock (Zachary Quinto) przekierowany na inny. Jednak w tym momencie ujawnia się nowe zagrożenie – z popiołów dawnych czasów wyłania się tajemniczy agent Federacji John Harrison (Benedict Cumberbatch), który urządza krwawą łaźnię na swych byłych dowódcach. W jej wyniku życie traci bardzo bliska Kirkowi osoba (której tożsamości też nie zdradzę), a nasz zaślepiony gniewem kapitan poprzysięga zemstę na Sherlo… znaczy Harrisonie. Dowództwo oddaje mu statek, a cała załoga Enterprise udaje się do kryjówki zbuntowanego agenta – Kronosu, planety zamieszkiwanej przez Klingonów, bez których nie może obejść się żaden „Star Trek”… Jak się więc przedstawia poziom nowego filmu w porównaniu z poprzednim? Przede wszystkim jest o wiele lepiej napisany – nie mamy już koncertu kretyńskich głupot w rodzaju czarnych dziur, z których niektóre prowadzą w przeszłość, a inne w nicość albo Kirka, który mając do dyspozycji całą śnieżną planetę, na którą zostaje zesłany, dziwnym trafem ląduje prawie na tyłku starego Spocka. Intryga w „dwójce” zdaje się być o wiele logiczniejsza, ale również bardziej wielopiętrowa i skomplikowana (co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że udział w niej bierze więcej bohaterów) a, co najdziwniejsze, głębsza niż ostatnio. W przeciwieństwie do poprzedniego filmu oglądając „W ciemność…” miałem autentyczne wrażenie, że Abrams próbował zawrzeć spójne przesłanie i coś swym filmem przekazać. Może nie jest to wyjątkowo oryginalna czy penetrująca wyobraźnię idea – a do tego jej nawiązania do toczonej przez Amerykę wojny z terrorem są aż nazbyt czytelne – co nie zmienia faktu, że jej wykrycie było dla mnie w pewnym sensie odświeżające.

Również postacie zdają się być przyjemniejsze do oglądania i słuchania, a z ich ust częściej padają bardziej intrygujące myśli niż gros sucharów z poprzedniej części. Aktorsko jak zawsze u Abramsa jest nieźle – Pine jest charyzmatyczny (choć nudny), Quinto zdaje się być stworzony do roli Spocka, Karl Urban po raz kolejny rozwala jako Bones, Simon Pegg jest taki jak zawsze, a Zoe Saldana po raz kolejny pokazuje, że oprócz ładnego wyglądania potrafi też grać. Oczywiście wiem, na co czekacie. Tak, Benedict Cumberbatch to aktorski strzał w dziesiątkę, który magnetyzmem swojej gry, mimiką twarzy i zmianą intonacji sprawia, że od jego postaci nie można oderwać wzroku. Nie, nie powiem wam kogo gra, mimo że w tym momencie już chyba wszyscy to wiedzą (jego prawdziwa tożsamość była chyba najgorzej skrywaną tajemnicą w branży filmowej ostatnich lat, a niektóre recenzje w ogóle się tym nie przejmują i wprost piszą, że to… :)), ale moja recenzencka rzetelność mi na to nie pozwala. Tak, Brytyjczyk stworzył postać w każdym calu fascynującą – na tyle abym ja, nie-fan „Star Treka” postanowił, że obejrzę jeden z odcinków klasycznego serialu i jeden z filmów (gdzie występuje ta postać, której tożsamości nie mogę wam zdradzić). Niestety nici z tego, że Cumberbatch jest wspaniałym aktorem, jeśli to scenariusz zabiera jego postaci całą głębię, jaką mógł jej Brytyjczyk dać. I tutaj dochodzimy do pięty achillesowej nowego „Star Treka” – zakończenia.

A raczej nie zakończenia, tylko relacji między punktem kulminacyjnym, a ostatnimi czterema scenami. Jest w nowym „Star Treku” chwila jakby wyjęta z innego filmu – moment tak potężny, tak wypełniony emocjami w warstwie aktorskiej, tak bardzo się im poddający w sposobie narracji, że łzy same pojawiają się na policzkach, a dreszcze na plecach. Każdy, kto chciałby wiedzieć, na czym polega kino J.J. Abramsa po obejrzeniu tej sceny nie pytałby już więcej. Następuje po niej pełna akcji sekwencja, interesująca dzięki frenetycznemu tempu oraz pokazaniu rozwoju relacji między czołowymi bohaterami. Wciągnięci obserwujemy, co się dzieje, po czym… nagle wszystko się urywa. Cięcie, a to, co po nim następuje to absolutna tragedia. Typowa, wymuszona decyzją krawaciarzy konkluzja, która doszczętnie niszczy mozolnie wypracowane wcześniej w widzu emocje, marnuje cały potencjał i doniosłość wcześniejszej sceny i zostawia po niej tylko olane moczem porwane skrawki.

Ale nie chodzi już nawet o te do cna komercyjne ostatnie cztery sceny – chodzi o przejście do nich od tego, co było wcześniej. Przejście zbyt gwałtowne, zbyt szybkie, arbitralne i bezsensowne, które skutecznie wyrzuca z nastroju i sprawia, że budzi się w nas tumiwisizm – a więc zabieg zły pod każdym względem, nawet czysto komercyjnym, bo przecież ostatecznie producentom też chodzi o to, żeby ludzie przejęli się losem bohaterów i kupili bilet na następną część. Abrams pozostawił zbyt cienką granicę między kinem bardzo dobrym, a popłuczynami. I w tych ostatnich minutach jego film bardzo przez to traci. Pod względem wizualnym jedni by powiedzieli, że „W ciemność…” wygląda bajerancko i epicko, a inni, że plastikowo i tanio – a to wszystko przez wspomniane lens flary, w których jest po prostu SKĄPANY. Jest jedna scena, w której postać grana przez śliczną Alice Eve rozmawia z kimś na korytarzu statku, a flara najnormalniej w świecie nagle wali ze środka ekranu i zasłania jej twarz, a ja siedzę w kinie i myślę sobie: „Dżej dżej, co ty sobie myślałeś człowieku?!”. Jak pomyślę, że tak mogą wyglądać nowe „Gwiezdne Wojny” to robi mi się zimno.

Nie to jest jednak najgorsze. „W ciemność. Star Trek” to film dobry, momentami nawet bardzo dobry, ale z kosmicznie zmarnowanym zakończeniem, które udowadnia, że został wyreżyserowany przez człowieka gotowego bez mrugnięcia okiem porzucić swoją artystyczną tożsamość (którą bezsprzecznie posiada) na rzecz wymagań stawianych przez wytwórnię. Zastanawiam się czy postawienie kogoś takiego na stanowisku reżysera kolejnej części najsłynniejszej filmowej sagi wszechczasów – co po tym filmie wydaje się cyniczną i asekurancką decyzją, bez dwóch zdań – jest dobrym pomysłem. Gdy okazało się, że J.J. Abrams stanie za sterami następnego epizodu Gwiezdnej Sagi bardzo się ucieszyłem: Amerykanin znajdował się blisko szczytu listy moich wymarzonych reżyserów do nakręcenia nowych „Star Wars” (choć nadal uważam, że idealnym wyborem byłby Brad Bird).

Ale po najnowszym „Star Treku” nie jestem już tego taki pewien.

Ostatnio dodane