Victoria - recenzja | FILM.ORG.PL

Victoria

„Victoria” to bowiem najlepszy przykład współczesnego, artystycznego kina akcji.




Berlińska smerfetka na metaamfetaminie




Jakub Koisz
18.11.2015


Początek „Victorii” jest jak odzyskanie świadomości w czasie trwania dyskoteki. Coś się wydarzyło, może niekoniecznie impreza była w twoim guście, może nie do końca daliśmy się ponieść tak zwanemu „czilowi”, ale nagle, wraz z pierwszym tonem elektroniki, przez ciało zaczynają przechodzić fale. Zaczęło się. Pierwsza scena, energetyzująca, pełna świateł, kolorów, spazmów i berlińskiego „nightlife’u” paradoksalnie wprowadza w seans pełny skupienia, uwagi, a także hipnozy. „Victoria” to bowiem najlepszy przykład współczesnego, artystycznego kina akcji. Od tego filmu nie da się oderwać, jeśli tylko wejdziemy wraz z tytułową bohaterką do świata berlińskich nocy. Znamy takie noce, o ile nie boimy się miasta.

Wiktoria, dwudziestoparolatka z Hiszpanii, chce opętańczo przeżywać. Widzimy jej apetyt na poznawanie ludzi i zabawę, widzimy ekstazę malującą się na jej twarzy, podnoszące się kąciki ust, gdy z głośników niemieckiego klubu muzycznego wydobywają się znane jej dźwięki. Można rzec – typowa mieszkanka dużego europejskiego miasta, która skacze po mapie, aby wyssać esencję współczesności, wychowująca się wśród ciągle ocierających się o siebie ludzi, kształtowana przez muzykę elektronicznę, kulturę klubową, a przede wszystkim – nieskrępowanie w zbieraniu doświadczeń. Kochamy takie dziewczyny, szczególnie mężczyźni. Poprawiają nam humor, gdy na przykład w czasie warszawskiej szlajanki zaczepiają nas na ulicy, zagadują, pytają o drogę, a nawet, jeśli mamy szczęście, dołączają do nas. Dopiero później zauważamy, że być może naszprycowane są mefedronem, a ich otwartość to jakaś chwilowa, euforyczna mania, którą rozwieje poranek i zwała.

b

Zjazd u Wiktorii przychodzi już po wyjściu z klubu. Swoisty przyśpieszony kurs dorosłości, a w życiu dziewczyny nic nie będzie już takie jak dawniej, kiedy postanawia zaczepić na ulicy grupkę mężczyzn. Bez zastanowienia daje się namówić „prawdziwym berlińczykom” na nocny spacer po mieście. Ma zobaczyć miejsca nieznane turystom. Sonne (Frederick Lau), Boxer (Franz Rogowski), Blinker (Burak Yigit) oraz kompletnie pijany solenizant Fuss (Max Mauff) wydają się wiedzieć całkiem sporo o topografii berlińskich kręgów piekielnych. Dzieje się niedobrze, ale reżyser filmu, Sebastian Schipper, niczego tutaj nie demonizuje – chłoptasie z kryminalną przeszłością nie są strzygami miejskimi, urbanistycznymi krwiopijcami czekającymi na naiwniaczki, bo wydarzenia również zaczynają ich przerastać. Ich niewinne przygody, takie jak kradzież piwa, nakręcone są z realizmem i wyczuciem, a napięcie wydaje się prowadzić do jakiejś nieuchronnej, złej kulminacji, a mimo to kibicujemy tym miejskim tułaczom z całego serca. Reżyserowi udało się namalować więc świat realistyczny, choć pojawiają się fabularne zaskoczenia. Kibicujemy im również dlatego, że jeśli kiedykolwiek zapuściliśmy się w mrok nocy, znaliśmy dokładnie takie same figury. Ich działania bardzo łatwo oceniać w kategorii głupstewek i infantylizmu, ale buractwem jest patrzeć na nich tylko w ten sposób. Rozmowy, które w „Victorii” są niewątpliwie jedną z najmocniejszych elementów, wydają się być banałami wypływającymi ludziom z ust codziennie, ale dzięki immersji i swoistego „been there, done that” widz dochodzi do wniosku, że właśnie udało się chyba opowiedzieć najstarszą historię świata. Tę o poszukiwaniu doznań i przekraczaniu granic.

b

Oryginalność „Victorii” polega także na tym, że została nakręcona w jednym ujęciu, a scenariusz liczy zaledwie kilkanaście stron. Jak mówił reżyser, o 4.30 kamera została włączona, o 6.45 wyłączona. Trudny eksperyment, który nie do końca naturalnie wychodził Richardowi Linklaterowi, tutaj wypadł wzorcowo. Jest to zasługa odtwórców głównych ról, którzy znakomicie odnaleźli się w improwizacji. Aktorzy, zwłaszcza Laia Costa oraz Frederick Lau, tkwią w swoich postaciach bardzo głęboko, co widać w ich spontanicznych reakcjach. Piękne zdjęcia, pewna prawdziwość ludzkich zachowań w obliczu przygody i tragedii (śmiem twierdzić, że należy naprawdę znać miasto, ludzi i niebezpieczeństwo, aby osiągnąć taką autentyczność) oraz świetne udźwiękowienie sprawiają, że uważam „Victorię” za najlepszy film akcji, jaki widziałem w tym roku w kinie. Będziecie biegać za tymi ludźmi do samego końca, starając się, aby nie upadła wam kamera.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

DANNY BOYLE I JEGO FILMY - 127 godzin (2010)

Następny tekst

TOY STORY. Dwudziestolecie premiery



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE