Venus in Fur - recenzja filmu Romana Polańskiego | FILM.ORG.PL

Venus in Fur (prosto z Cannes)

Nowy film Polańskiego – niczym „Śmierć i Dziewczyna” czy „Rzeź” – zamyka bohaterów w niewielkiej przestrzeni, żeby wyciągnąć z nich ukryte pragnienia, podniety i maski.




Fikcja i rzeczywistość




Karol Baluta
26.05.2013


Deszczowe, a nawet burzliwe popołudnie. Drzwi teatru otwierają się. Na scenie stoi reżyser Thomas (wystylizowany na młodego Polańskiego Mathieu Almaric). Prowadzi rozmowę telefoniczną, nerwowo popalając papierosa; narzeka na aktorki, które dziś zgłosiły się na casting do jego nowej sztuki – adaptacji „Wenus w futrze” Sachera-Masocha. „Albo wyglądają jak dziwki, albo lesby!” – stwierdza rozgoryczony.

A wtedy pojawia się Ona – piękna blondynka, z roztarganymi, przemoczonymi włosami, rozwrzeszczana i prostacka. Niczym bohaterka powieści – i sztuki Thomasa – nazywa się Vanda, ale to chyba wszystko co łączy ją z XIX-wieczną imienniczką. Reżyser niechętnie zgadza się na ostatnie przesłuchanie – jest już późno, cała obsługa teatru już wyszła, zostają więc sami. Ale nic nie jest tym czym się zdaje, a Vanda podejmuje z Thomasem niespodziewaną, pełną niuansów grę, odkrywając coraz to nowe maski i obnażając kolejne sekrety twórcy…

Od początku trzeba zaznaczyć, że „Wenus w futrze” to znakomita komedia, która – podobnie jak ostatnia „Rzeź” – obnaża bohaterów, każąc im ukazywać nowe, niespodziewane oblicza, ukryte wady, perwersje. Bez wątpienia istotną rolę gra tu świetny tekst, adaptacja sztuki teatralnej, który jednak znakomicie sprawdza się w kinie, przede wszystkim dzięki odtwórcom głównych – i jedynych – ról. Ich szybkie wymiany zdań, nagłe zmiany frontów, niespodziewane transformacje bawią, a scenariusz wprost iskrzy od znakomitych starć Vandy i Thomasa. Vanda w wykonaniu Seigner jest aktorskim kameleonem – raz przesadnie seksualna, głupiutka i niedouczona, innym razem wyrachowana, pełna sprytu, energii, złośliwości. Almaric znakomicie z nią współgra, powoli tracąc początkową pozę nadętego reżysera na rzecz… no cóż, nie chcę zdradzać zbyt wiele. Kolejne maski zdejmowane przez bohaterów, a skrywające tylko kolejne oblicza, ogląda się z prawdziwą fascynacją, a aktorska chemia wprost rozsadza ekran.

Jak to zwykle u Romana, przede wszystkim chodzi o kontrolę. Próba „Wenus w futrze” okazuje się więc istnym polem walki dla obojga bohaterów, którzy starają się przeciągnąć szalę na swoją stronę, narzucać formy, pomysły, interpretacje. Oczywiście żeby było zabawniej, fikcja coraz bardziej miesza się z rzeczywistością, a karty scenariusza sztuki coraz śmielej zaczynają odbijać relacje zachodzące między młodym reżyserem a jego nową muzą. Jest to wielopoziomowa gra, w której odbijają się nie tylko przeżycia i emocje bohaterów, ale – zaryzykuję stwierdzenie – samego Polańskiego. „Wenus…” traktuje bowiem o więzi łączącej reżysera z jego bohaterami, a także z aktorami, którzy stają się w jego rękach ofiarami manipulacji, prób uzewnętrznienia własnych ukrytych potrzeb a czasem niesprawiedliwych osądów.

Jednak „Wenus w futrze” to nie teatr telewizji, lecz znakomite filmowe widowisko. Fantastyczne zdjęcia Edelmana, fetyszyzujące kobiece ciało, bawiące się oświetleniem i płaszczyznami nadają filmowi niesamowitej, poniekąd onirycznej atmosfery. Dodajmy do tego muzykę Alexandra Desplat, w którego muzyce pobrzmiewa „magiczna” nuta i iskra ironii – sprawdza się znakomicie w momentach nagłych zmian na emocjonalnej i psychologicznej szachownicy Vandy i Thomasa. Reżyserska ręka Polańskiego jest aż nadto widoczna, z łatwością wychwytując nagłe przemiany bohaterów, ich wątpliwości i gry. Jego film jest więc piękną laurką dla samego teatru, ukazując fascynujący proces twórczy, odkrywanie ukrytych znaczeń i symboli oraz zagrożenia płynące z błahego podejścia do scenicznego materiału.

Jeśli lubicie więc, kiedy Roman Polański zamyka swoich bohaterów w jednym pomieszczeniu, rozpoczynając między nimi skomplikowaną i pełną niespodzianek grę, „Wenus w futrze” bez wątpienia was zachwyci: niedopowiedzeniami, niezwykłym klimatem (pierwsze i ostatnie ujęcie to czysta magia kina), wspaniałą realizacją, wyjątkową aktorską chemią, a także wielowymiarowym, pełnym celnych spostrzeżeń scenariuszem. Niezwykła kinowa uczta.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Only Lovers Left Alive (prosto z Cannes)

Następny tekst

Cannes - komentarz do wyników



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE