Tylko Bóg wybacza - recenzja | FILM.ORG.PL

Tylko Bóg wybacza

Kino totalne - podporządkowane konkretnej autorskiej wizji z taką dozą konsekwencji, z jaką filmowy Anioł Śmierci eliminuje społeczne męty z ulic Bangkoku.




Bangkok Rising




Grzegorz Fortuna
18.06.2013


W ciągu ostatnich dziesięciu lat Nicolas Winding Refn przeszedł długą i niełatwą drogę. Po spektakularnej klapie finansowej „Fear X” wrócił do ojczystej Danii, by podreperować budżet dwoma zaskakująco udanymi sequelami „Pushera”. Późniejsze jego filmy – „Valhalla Rising” i „Bronson” – zostały dość pozytywnie przyjęte przez krytyków i były chwalone za swoją oryginalność. Przełomem w karierze reżysera okazał się jednak dopiero „Drive”, który – co tu dużo mówić – z miejsca stał się filmem kultowym, zebrał w kinach pokaźną sumę i zrobił z Ryana Goslinga największe bożyszcze dekady.

Nic więc dziwnego, że pierwsze doniesienia o „Tylko Bóg wybacza”, w którym Winding Refn miał ponownie łączyć siły ze swoją nową muzą, Goslingiem, zainteresowały nie tylko miłośników specyficznego stylu reżysera, ale też „fanów napływowych”, czyli tych, którzy widzieli jedynie „Drive” i oczekiwali, że Duńczyk nakręci coś podobnego. Ich zawód podczas seansu będzie prawdopodobnie ogromny, ale zajmiemy się tym później. Ważniejsze wydaje się bowiem to, co nastąpiło już po premierze filmu w Cannes, poprzedzonej publikacją aż czterech znakomicie zmontowanych i nieziemsko klimatycznych zwiastunów – zbiorowy lament wszelkiej maści krytyków filmowych, którzy prawie jednogłośnie orzekli, że Winding Refn stworzył ekstremalnie brutalną wydmuszkę z banalną fabułą i nieciekawymi postaciami. Dość powiedzieć, że na Rotten Tomatoes „Tylko Bóg wybacza” ma 28% pozytywnych recenzji – to bodaj najgorszy wynik w całej filmografii reżysera.

Szczerze przyznam, że choć ufam Windingowi Refnowi niemal bezgranicznie, trochę się tym przejąłem. Bałem się, że reżyser tym razem przesadził; że doprowadził swój specyficzny styl do granicy śmieszności; że – zachęcony przez kult, jaki wytworzył się wokół „Drive” – postanowił sprawdzić wytrzymałość nowych fanów i zatracił zdolność patrzenia na efekty swojej pracy w krytyczny sposób. Dlatego też podchodziłem do „Tylko Bóg wybacza” ze swoistą niepewnością. Jak się okazuje – zupełnie niesłusznie.

 

Driver w Tajlandii

 

Ci sami krytycy, którzy znęcali się nad „Tylko Bóg wybacza” po canneńskiej premierze, dwa lata temu mieli spory problem, żeby scharakteryzować „Drive”. W ich recenzjach pojawiały się nazwiska wielu reżyserów, którymi ich zdaniem Winding Refn się inspirował: Sergia Leonego, Michaela Manna, Jeana-Pierre’a Melville’a, Quentina Tarantino i innych. Część z tych skojarzeń była uzasadniona i nadawała „Drive” ciekawy kontekst; część nie miała właściwie żadnego sensu (Tarantino). Premiera „Tylko Bóg wybacza” przyniosła kolejną listę powiązań: Gaspar Noe, Alejandro Jodorowsky, Wong Kar-Wai, David Lynch. Nie ma w tym nic dziwnego, Winding Refn jest bowiem pożeraczem filmów i inspiruje się innymi twórcami w sposób czysto intuicyjny, w jego produkcjach pojawia się więc duża liczba tego typu tropów. I rzeczywiście, można w „Tylko Bóg wybacza” odnaleźć ślady kina właściwie wszystkich wymienionych wyżej twórców.

Nietrudno jednak zauważyć, że Winding Refn dawno już wypracował własny styl. Choć każdy jego film jest nieco inny od poprzedniego – reżyser wyznaje zasadę, żeby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki i ciągle się rozwijać (wyjątkiem są tu jedynie sequele „Pushera”) – to wspólne cechy jego filmów można wyróżnić bez większego problemu. Twórca „Tylko Bóg wybacza” w bardzo charakterystyczny sposób traktuje bowiem fabułę (która jest zwykle nieskomplikowana) i stronę audiowizualną (która odgrywa wielką rolę – często mówi widzowi więcej niż przedstawiana historia i zachowania poszczególnych postaci). Jednocześnie zawsze głównym bohaterem czyni outsidera i zawsze powraca do tej samej tematyki – przemocy i jej roli w życiu człowieka.

Spoglądając na „Tylko Bóg wybacza” właśnie przez pryzmat przemocy, można ten film uznać ze swego rodzaju kontynuację „Drive”. Kierowca stawał przed dylematem nie do rozwiązania – aby ratować ukochaną przed złem, sam musiał zło wyrządzić. Wiedział jednocześnie, że owo zło oddali go od dziewczyny, dla której planował poświęcić życie. Julian z „Tylko Bóg wybacza” to Driver po latach – wypalony i wyniszczony, pozbawiony jakichkolwiek wartości, poniżany na każdym kroku, niepewny swoich działań. Podczas gdy w „Drive” sytuacja i cele bohatera były jasne, a jego czynom – nawet tym wyjątkowo brutalnym – nietrudno było przyklasnąć, w nowym filmie Windinga Refna sytuacja nie jest już tak oczywista. Julian to bowiem handlarz narkotyków i bywalec burdeli, a jego relacja z Mai – prostytutką, którą w jakiś sposób „wybiera” – jest co najmniej niejednoznaczna i o wiele mniej niewinna niż subtelne, wręcz dziecięce uczucie, które łączyło Kierowcę z Irene.

 

Kino niechcianej zemsty

 

Zawiązanie fabuły następuje w „Tylko Bóg wybacza” w momencie, w którym brat Juliana (Tom Burke) dopuszcza się gwałtu i morderstwa na szesnastoletniej prostytutce, po czym zostaje zabity na polecenie Changa (Vithaya Pansringarm) – szefa policji w Bangkoku, wymierzającego sprawiedliwość na własną rękę. Do miasta przylatuje wtedy matka braci, Crystal (Kristin Scott Thomas), domagająca się od Juliana zemsty, na którą ten wcale nie ma ochoty, wie bowiem o mrocznych występkach swojego brata.

Winding Refn wikła w tym momencie Juliana w klasyczny konflikt tragiczny – konflikt między powinnością wobec matki i brata, a tym, co dyktuje mu jego własne sumienie. Konflikt zupełnie nierozwiązywalny, całkowicie beznadziejny, ale jednocześnie – z punktu widzenia widza – fascynujący. Julian jest w zasadzie czystą kartką: postacią na tyle enigmatyczną, małomówną i wycofaną, że zdolną do wszystkiego. Nie ma możliwości, żeby przewidzieć jego kolejne kroki, można jedynie obserwować działania bohatera.

Co ciekawe, po pewnym czasie Gosling schodzi w zasadzie na drugi plan, ustępując miejsca Thomas i Pansrigramowi. Choć jego decyzje cały czas są dla fabuły kluczowe (w szczególności wtedy, gdy wyzywa Changa na uczciwy pojedynek), reżyser zaskakująco dużo czasu poświęca pozostałej dwójce bohaterów. Crystal i Chang to dokładne przeciwieństwa – ona jest do szpiku kości zepsuta i wypowiada dziesięć razy więcej słów niż wszystkie pozostałe postacie razem wzięte (jej kwestie bywają przy tym celowo żenujące: „czy zabiłeś już tego żółtego czarnucha?” albo „ile kutasów mieścisz w swoim pojemniku na spermę?”); on jest Aniołem Śmierci i odzywa się tylko wtedy, kiedy to naprawdę potrzebne.

 

Kolory nocy

 

Filmowy Bangkok stanowi tu swego rodzaju czyściec albo – biorąc pod uwagę ilość pokazanych ma ekranie okropieństw i ogólną znieczulicę pobocznych bohaterów – przedsionek piekła. „Tylko Bóg wybacza” podporządkowany jest przy tym logice sennego koszmaru – trudno określić, czy niektóre sceny są jedynie marą w głowie Juliana, czy rozgrywają się naprawdę; postaci pojawiają się na moment, po czym rozpływają w powietrzu, jak gdyby nigdy ich w danym miejscu nie było. Zastosowanie tego typu poetyki tłumaczy po części liczbę symboli, niekiedy aż nazbyt oczywistych, z których Winding Refn w filmie korzysta. Sam byłem nie do końca przekonany do jednej sceny (nie mogę jej streścić, bo byłby to duży spoiler, podpowiem jednak, że chodzi o sekwencję z brzuchem) – wydała mi się przesadnie prosta, jeśli chodzi o sens, jaki ze sobą niosła. Najważniejszą symboliczną funkcję posiadają jednak w „Tylko Bóg wybacza” kolory.

Jak one działają? Kolorystyka kadrów dziennych jest jasna, bardzo neutralna. Prawdziwe emocje, prawdziwe postawy, cechy bohaterów i definiujące ich zachowania pokazane zostają dopiero w nocy. Ta z kolei rozświetlona jest tutaj tylko i wyłącznie dwoma kolorami: czerwienią i błękitem. Czerwień to – przepraszam za oczywistość – zło, łajdactwo i zwątpienie; niebieski odzwierciedla natomiast dobro lub samo dążenie do niego. I choć brzmi to banalnie, to w tekstach poświęconych „Tylko Bóg wybacza” zaskakująco rzadko się o tym wspomina.

Tymczasem Winding Refn dość konsekwentnie przedstawia widzom wszystkie aluzje zawarte w opisanej tu historii, wszystkie emocje, dążenia i pragnienia bohaterów właśnie za pomocą kolorów (co jest dość ironiczne, bo reżyser cierpi na daltonizm). To intrygujące zagranie stanowi kolejny etap specyficznej redukcji środków wyrazu, następującej ostatnio u Windinga Refna z filmu na film. W spokojnym, powolnie rozwijającym się „Drive” nie było właściwie aktorskiej ekspresji; emocje kryły się w prostych gestach i ukradkowych spojrzeniach. W „Tylko Bóg wybacza” reżyser pozbawia swoich aktorów nawet tego sposobu przekazywania emocji i każe im kroczyć po wspaniale zaaranżowanych, choć bardzo ascetycznych scenografiach, zazwyczaj z niezmienną, niewiele wyrażającą miną. Kolory odgrywają więc tu ogromną rolę. Dlatego właśnie Chang, bohater bodaj najbardziej pozytywny, nigdy nie zostaje oświetlony na czerwono. Z kolei w jednej z najlepszych scen filmu, w której Julian zaprasza Mai na kolację z matką, cała jego sylwetka skąpana została w czerwieni, ale w jego oczach odbija się błękit, co symbolizuje pragnienia bohatera. Pojawia się kilka małych odstępstw od tej reguły, nie zmieniają one jednak faktu, że mamy do czynienia z filmem w bardzo dużym stopniu opowiedzianym za pomocą tańca barw.

 

Bangkok Rising

 

Określanie produkcji tak zniuansowanej i skupionej, powolnej i wypełnionej symbolami mianem banalnej wydaje mi się najzwyczajniej w świecie nieuczciwe. To, co najbardziej razi w zarzutach pod adresem „Tylko Bóg wybacza”, to także ich niezrozumiała powierzchowność. Poza pretensjami o „banalność” i „napuszenie pustką” (sic!), jak to określił Łukasz Adamski w jednej z najgorszych recenzji, jakie ostatnio czytałem (i nie chodzi mi tu wcale o to, że się z nim nie zgadzam, a o poprawność językową, wiedzę merytoryczną i dobór argumentów), w tekstach oskarżających Windinga Refna o partactwo nie pojawiają się właściwie żadne konkrety. Nawet Michał Oleszczyk, recenzent niezwykle inteligentny i wnikliwy, który potrafił zanalizować dogłębnie nawet „Smerfy”, ograniczył część swojej relacji z Cannes poświęconą „Tylko Bóg wybacza” do dwóch niewiele mówiących akapitów.

Na naszym forum pojawiają się z kolei zarzuty o to, że nowy film Windinga Refna jest zbyt „europejski”, czyli bełkotliwy, niejasny i – nazwijmy to umownie – za bardzo artystyczny. Przymiotnik „europejski” to jednak strzał w stopę, bo „Tylko Bóg wybacza” jest, jeśli już bawimy się w tego typu uogólnianie, dużo bardziej „azjatycki” niż „europejski” – zarówno jeśli chodzi o podejście do fabuły, jak chociażby sposób gry aktorskiej.

Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że Nicolas Winding Refn odcina się od Hollywoodu w sposób wręcz ostentacyjny. Niektóre sceny buduje co prawda według klasycznych zasad (dobrym przykładem będzie tu znakomita warsztatowo sekwencja zamachu na Changa, opublikowana przed premierą w formie klipu), ale całość zanurza głęboko w typowo Refnowskim klimacie, pełnym wizualnych metafor, mniej lub bardziej delikatnych sugestii, charakterystycznie skomponowanych kadrów i wybijającej rytm akcji muzyki. Dlatego też wszyscy, którzy myśleli, że reżyser po sukcesie „Drive” zrobi w mainstreamie oszałamiającą karierę, nie mieli racji. „Tylko Bóg wybacza” dużo bliżej do poetyki „Valhalla Rising” niż do tego, co reżyser zaprezentował w filmie o małomównym Kierowcy. Nie polecam więc podchodzić do najnowszej produkcji Duńczyka bez zapoznania się z jego wcześniejszą twórczością. Nie zdziwi mnie także, jeśli dla fanów „Drive” „Tylko Bóg wybacza” będzie w wielu momentach niestrawny.

Warto jednak dać Windingowi Refnowi szansę i podejść do jego filmu z otwartą głową, nie sugerując się narzekaniami krytyków; warto „Tylko Bóg wybacza” poznać i spróbować zrozumieć, zresztą nie tylko dlatego, że to kino sugestywne i bogate, w ciekawy sposób przełamujące reguły gatunku. To też – a może nawet przede wszystkim – kino totalne: podporządkowane konkretnej autorskiej wizji z taką dozą konsekwencji, z jaką filmowy Anioł Śmierci eliminuje społeczne męty z ulic Bangkoku.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Fidel

    Podpisuję się pod każdym słowem. Dodałbym jedynie wzmiankę o tym, że w OGF jest również sporo miejsca na humor. Refn zdecydowanie bawi się z oczekiwaniami widzów, którzy wynieśli „Drive” na piedestały. To taka egzekucja poprzedniego filmu. Myślę, że Duńczyka dużo bardziej ucieszył lament ze strony krytyków, niż ucieszyłyby morza pochwał i zachwytów. OGF to film zrobiony zdecydowanie na przekór oczekiwaniom publiki, choć (paradoksalnie) pojawiają się w nim przecież niemal wszystkie elementy, które były obecne w „Drive”, niejednokrotnie zintensyfikowane.

    • Grzegorz Fortuna

      Jak najbardziej się zgadzam :). I bardzo cieszy mnie, że Winding Refn nie próbuje się przypodobać, ale kręci po swojemu. Przez moment obawiałem się, że kiedyś Hollywood go wchłonie. Po „OGF” wiem, że to niemożliwe.

    • Fox111

      Kierowca był do oglądnięcia choć rewelacji nie było.
      Ten film skłania
      do pytania… co reżyser miał na myśli. Pewnie zjadł nie tego kwasa i
      taką miał wizję ale jak dla mnie film spokojnie można skrócić do 30
      minut z pożytkiem dla niego.
      Banalna fabuła opowiedziana w „poetycki”
      sposób. Reżyser stara się epatować obrazem, kontrastem, oświetleniem,
      minimalną ilością dialogów, bezsensownie nudnymi, długimi ujęciami,
      bohaterowie martwi za życia, zero gry ciałem, spojrzeniem, Gosling o
      martwym spojrzeniu zbitego cocer spaniela (może miało to pokazać głębie
      jego uczuć). Jedynie postać matki wzbudza jakieś emocje. Dla mnie na ten
      subiektywny gniot złożyła się godzina nudy, sztuczności, pozostałe 25
      minut może być a reszta to lista płac. Rozdęty przerost formy nad
      treścią wyprany z jakichkolwiek emocji do samego końca. Film dla mnie
      powinien wzbudzać w widzu jakieś emocje, uczucia, refleksje. Ten nic mi
      nie opowiedział, abstrahując od treści nawet obraz nic ciekawego czy
      nowego nie przekazał.

  • Frost

    Świetna recenzja

  • michal

    tekst niezly, duzo lepszy niz sam film. nie wiem, skad pomysl, ze operowanie symbolami to wartosc w kinematografii. musza one czemus sluzyc, miec jakis cel. w tym przypadku fabula jest pretekstowa, bohaterowie – pozbawieni duszy (znowu: w imie operowania symbolami i archetypami), zostaje wiec plastyczne mistrzostwo refna i fantastycznie napisana i zagrana crystal.

    nie moze byc tak, ze recenzent wychwala rezysera za zelazna konsekwencje, a potem przyznaje, ze autor odstepuje od narzuconych sobie regul (w kwestii kolorw). nie mozna usprawiedliwiac nudy artyzmem, a zawiedzonych widzow nazywac fanboyami ‚drive’a’. zabraklo magnetyzmu, zabraklo fabuly, w sumie zabraklo wielu rzeczy. powtorze raz jeszcze: to, ze film jest wypelniony symbolami, konsekwentny, ze jest podporzadkowany wizji, moze byc pozytywem tylko, jesli stoi za tym jakas tresc, ktorej niestety w ‚only god forgives’ nie ma.

    • Kazik

      Dokładnie. W ogóle to jest problem wielu filmów, czy raczej wielu uznanych „mistrzów”. Kładzenie nacisku na formę, forma ma być najważniejsza, treść za to drugorzędna. Nie robi się naprawdę dobrego kina w taki sposób.

      • Gość

        to kino nieme nie miało racji bytu? Była tylko wizja – forma, symbolika i to jeszcze czarno-biała. Forma jest bardzo ważna w filmie – Top Gun bez muzyki byłby filmem przecietnym.

        • Mefisto

          Nawet z muzyką nie jest to kino wysokich lotów :)

        • Kazik

          Zapytaj jeszcze czy „Wjazd pociagu na stację” też nie miał racji bytu, bo tylko wjeżdżał pociąg i nic więcej. Na szczęście kino trochę zmieniło się od czasu kiedy było nieme. Inna rzecz, że nieme kino wcale nie oznacza prymat formy nad treścią.

    • Grzegorz Fortuna

      Tylko że – w każdym razie moim zdaniem – te symbole czemuś służą. A dokładnie temu, żeby pokazać widzowi to, co nie zostało przekazane za pomocą gry aktorskiej czy dialogów. Dużo subtelniej jest zasugerować pewne rzeczy za pomocą kolorów, świateł lub innych wizualnych metafor, niż powiedzieć je widzowi wprost.

      Ale zaraz – napisałem przecież, że NWR przedstawia widzom aluzje „dość konsekwentnie”, a nie „z żelazną konsekwencją”. Staram się uczciwie informować, że nie jest to reguła utrzymywana non stop i że znalazło się od niej kilka odstępstw.

      Zawiedzionych widzów nigdzie nie nazwałem fanboyami „Drive”. Zauważyłem po prostu (zarówno patrząc na opinie krytyków, jak i na reakcje znajomych), że „Only God Forgives” dużo bardziej podoba się widzom znającym twórczość NWR, niż tym, którzy swoją przygodę z jego kinem zaczęli i skończyli na „Drive”. To nie zarzut, a obserwacja, dość zresztą logiczna – widzowie, którzy widzieli „Valhalla Rising” czy „Fear X” wiedzą po prostu, że „Drive” nie jest wyznacznikiem całej filmografii Windinga Refna.

      • michal

        przysiaglbym, ze odpowiadalem juz, ale cos musialo wywalic, wiec sprobuje odtwoprzyc:

        co do ‚drive’a’ odnosilem sie do linii obrony, ktora obrali piewcy poziomu ‚ogf’, Ty rzeczywiscie tej polityki nie obrales. nie jestem wielkim znawca refna, ale cos tam widzialem, wiec wiem, ze dunczyk potrafi podporzadkowac forme idei. tak bylo w ‚bronsonie’, gdzie glownie obrazowala ona szalenstwo glownego bohatera, dudniaca muzyka i niezle uzyty kicz swietnie oddawal dziecieca naiwnosc bohatera, ale i trudna do uchwycenia – z braku lepszego slowa – smiesznosc jego podejscia do zycia i slawy.

        ‚only god forgives’ jest obrazem slicznym. kazda klatka filmu moze byc z miejsca wydrukowana w duzym formacie i uzyta jako plakat. ale refn potrafi wiecej i pokazal to m.in. w tym nieszczesnym ‚drive’. w ‚vahalla rising’ konwencja snu wyprowadzala film na zupelnie inny poziom – z poetyckiej opowiesc do niemal medytacji. w ‚tylko bog wybacza’ nie ma nad czym medytowac, nie ma czego obrazowac, a wielka szkoda, bo pozbawienie tak wielkiej formy tresci jest wyrzadzeniem jej krzywdy.

    • wojtek

      Nie da się wykluczyć, że jednak jakaś treść za tym stoi, tylko jej nie odczytałeś. Oczywiście jest to najbardziej wykeksploatowane zdanie na forach filmowych ever, które zawsze wieńczy czyjąś krytykę filmu, którego znaczenie nie jest jasne. (Swoją drogą zawsze denerwuje mnie, że osoba która to zdanie wypowiada, nie ma ochoty uchylić rąbka tajemnicy co do tej treśći, ale mniejsza z tym). Chodzi mi w tym miejscu jedynie o to: Trochę pokory! Jeśli czegoś nie rozumiem to nie znaczy, że to jest „głupie”. Ja wychodzę z takich filmów na lekko ugiętych nogach i żyję z nimi przez jakiś czas. Ale nawet jeśli nie dojdę do żadnych konstruktywnych wniosków, to wcale nie oznacza, że takowe za filmem się nie kryją. Zawieszam osąd, bowiem nie da się udowodnić, że czegoś nie ma.

      • michal

        niby tak. ale zauwaz, ze przyjmujac taki krytyczny agnostycyzm mozna sie generalnie pocalowac z ocenianiem filmow. jesli czegos nie widze – tego nie ma. to troche bunczuczne i wcale nie uwazam sie za wielkiego znawce, ale swoje widzialem i lubie myslec, ze wiem, kiedy to ‚niewiadome’ jest wartoscia (przyklad z czapy – lynch).

        jaka jest ta tresc, ktorej nie odczytalem? Twoj zarzut a propos osoby wypowiadajacej owe zdanie staje sie troche Twoim udzialem;) obawiam sie jednak, ze kluczem do tego wszystkiego jest wrazliwosc refna, ktorej uchwycenie w ‚only god forgives’ wyjatkowo mi nie podchodzi. moze dlatego ten film tak dzieli widzow. oczywiscie, jest jakas szansa na to, ze gros ludzi, ktorzy uwazaja ten obraz za slaby, nie zna sie. ale zazywszy na to, ze nie chodzi tylko o widza, ktorego jedyna motywacja w wycieczce do kina jest rozrywka, to troche aroganckie.

        • wojtek

          Oczywiście, że biorę tym samym udział w procederze, który mnie drażni, dlatego się w porę zdystansowałem ;), a służył mi jako wstęp do owego krytycznego agnostycyzmu, jak to ładnie ująłeś. Jak wyrazić zdanie, żeby nie poczuć ukłucia „ej, może ja błądzę?” – ot chociażby poprzedzić je słowami „wydaje mi się”, „moim zdaniem” etc. Brak takiego zmiękczenia mnie trochę uderzył w Twojej wypowiedzi.

          A co do sensu tego filmu? Nie wiem do końca, mogę gdybać, ale jedno jest pewne – już sam fakt, że wracam w ciągu dnia do tego obrazu stanowi dla mnie wartość. Na głupiej ulotce w kinie było napisane, że to film o więzach krwi oraz przemocy. Co mnie uderzyło, to zaakcentowanie w tym filmie motywu dłoni, które służą nam do bardzo wielu celów – w tym filmie głównie jako upust tego co w człowieku najgorsze (jungowskiego Cienia, czy też Mrocznego Pasażera – jak to mawia Dexter). I ta smycz genów – widać było ewidentnie, że z rodzinką jest coś nie tak – początkowo Julian zdawał się budzić jakieś zaufanie (w końcu krytycznie odniósł się do czynów brata), jednakże z czasem widz przekonuje się, że „to nie on jest w tym filmie tym „dobrym”” jak to ktoś powiedział. Nie wiem czy rzeczywiście wyciągnął jakiegoś faceta za szczękę z lokalu, czy były to jego majaki, ale zdaje się, że miał swoje demony.

          Co mnie natomiast wciąż frapuje, to zdanie „To nie on”, które wypowiada do niego Chang (albo wizja Changa) wychodząc z tej szkoły boksu.

          To, że mogę sobie w tym filmie podłubać, że zachodziłem w głowę o co miejscami chodzi i to, że to wszystko było okraszone przepięknymi ujęciami i równie znakomitą muzyką, składają się na moją pozytywną ocenę tego filmu.

          …Ale do „Lost Highway” czy „Mulholland Drive” to mu daaaaleeeeekoooo.

  • kelley

    jak wielu widzow, mam problem z kinem europejskim, ale u refna powolna narracja, wizualia i cisza sklaniaja do chloniecia, do kontemplacji, ale poszytej oczekiwaniem. co ciekawe, u niego – odwrotnie do tarantino – brutalnosc i przemoc nie wybucha, ale wyplywa, jest naturalna konsekwencja, czescia rzeczywistosci. to pieklo widzianego oczami chlodnego obserwatora.

  • Jurgen_richter

    :) Podoba mi się związek frazeologiczny „swoista niepewność”…

  • Gostek

    Film zdecydowanie lepszy od bardzo dobrego Drive. Najwspanialsze było to, że małolaty którym Gosling zrobił kisiel w gaciach w Drive dokonywały defenestracji przez „okna” sal kinowych po występie brata głównego bohatera. Symboliczny, katalizujący we krwi i przemocy. Szekspiryzujący klasyczny dramat. Będzie to film kultowy tak jak Drive, ale zostanie doceniony po kilku latach – jak Blade Runner. Ja się śmiałem tylko w jednym momencie – jak pies polizał się po jajach. Reszta to pełne napięcie.

  • 123

    Co oznaczają ręce wsadzone w trzewia matki?

  • Jammm

    W końcu jest CAM.RIP !!

    ht tp://filespeedy. net/download/79715/NmY4O

    ht tp://hostujmy. pl/download/79715/GY2NGQ

  • Artur Gralla

    coz dodac genialny film !!!.

  • Pingback: Krytyku! Puchu marny! Tylko Bóg wybacza | Kinomisja()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

The Wolf of Wall Street - pierwszy zwiastun

Następny tekst

#12 Szeregowiec Ryan



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE