TWIXT (2011) - Coppola na twórczej mieliźnie - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Twixt

Mimo przyzwoitej roli Kilmera i dobrej kreacji Derna, obiecującego wstępu i ciekawej strony wizualnej „Twixt” zdecydowanie zawodzi. To film wtórny, nieciekawy i irytujący zmarnowanym potencjałem. Oby Coppola jak najszybciej odbił się od dna i znów wypłynął na pełne morze.




Coppola na twórczej mieliźnie




Filip Jalowski
09.08.2013


Francis Ford Coppola to bez wątpienia jedno z największych nazwisk amerykańskiego kina, dlatego wymaga się od niego zdecydowanie więcej, niż od pierwszego lepszego rzemieślnika lub debiutanta. Jego projekty elektryzują opinię publiczną i skupiają na sobie oczy setek tysięcy fanów oraz krytyków. Zaraz po premierze niezliczona ilość widzów patrzy na jego filmy z zapałem naukowca, który traci wzrok nad okularem mikroskopu. Coppoli nie jest zatem łatwo, nie może liczyć na jakąkolwiek pobłażliwość. Balon oczekiwań pompowany przez nadchodzącą premierę i rygorystyczne podejście widowni nieco skrzywdziło jego ostatnie projekty – „Młodość stulatka” i „Tetro”. Mimo tego, że nie są to filmy wybitne, wciąż pozostają solidnym, doskonale zrealizowanym i zagranym kinem, którego nie należy się wstydzić. Sprawa ma się zupełnie inaczej z najnowszą produkcją Coppoli – „Twixt” jest jednym z najgorszych (jeśli nie najgorszym) filmem w dorobku reżysera.

Koncept filmu był szalenie interesujący. Oto po dwudziestu latach Coppola powraca do tematyki poruszającej wątki charakterystyczne dla kina grozy. Mamy niewyjaśnione morderstwa, zjawy, gdzieś w tle, przez zabrudzone szyby, zaglądają blade twarze wampirów. Serca fanów „Drakuli” z pewnością zabiły nieco szybciej. W obsadzie Val Kilmer, który ostatnimi czasy wygląda tak, jakby użądliła go wyjątkowo jadowita pszczoła oraz Bruce Dern, czyli człowiek grający dobrze nawet w najgorszych filmach. Pomysły i wybory Coppoli zastanawiały i inspirowały na tyle, aby przed seansem kilkukrotnie zaprzątnąć sobie głowę pytaniem o to, czym będzie ten cały „Twixt”.

A jest niestety popisem zmarnowanego potencjału, od którego aż kipi w jego pierwszych kilkunastu minutach. Kilmer wciela się w rolę podrzędnego pisarzyny horrorów, który wyspecjalizował się w tematyce wiedźm oraz odprawianych przez nie czarów. Dern to szeryf Swan Valley, zabitej dechami mieściny, która słynie z niepokojącej wieży zegarowej, serii dziwnych morderstw oraz hoteliku, w którym niegdyś nocował Edgar Allan Poe. Drogi dwóch panów przecinają się wtedy, gdy Hall Baltimore (bohater Kilmera) przybywa do Swan Valley, aby promować swoje książki. Zafascynowany literaturą grozy szeryf Bobby LaGrange (Dern) opowiada mu o miejscowych mordach i proponuje współpracę przy napisaniu kolejnej książki. Pisarz początkowo jest dość sceptyczny, jego zdanie zmienia jednak Edgar Allan Poe, który pojawia się w jego głowie podczas snu. A może o śnie nie ma mowy?

Jeśli ktoś czytał stare, dobre powieści Stephena Kinga, to wspominane już pierwsze kilkanaście minut musiało wywołać w nim nutkę nostalgii oraz ekscytacji. Swan Valley to mieścina żywcem wyciągnięta ze świata amerykańskiego pisarza. Niewielkie domy, które wydają się być raczej kryjówkami, aniżeli oazami domowego ogniska, posępna wieża zegarowa górująca nad miastem (ponoć ukazywał się w niej sam diabeł), ekscentryczny szeryf i ta dziwna atmosfera, która od razu uderza przyjezdnych i podszeptuje, że coś jest nie tak, że należy się wynosić. Coppola doskonale dawkuje klimat i świadomie nawiązuje do prozy Kinga – w jednej ze scen Dern pyta Kilmera o to, jak to jest być „tą gorszą wersją Stephena”. Niemniej, od pierwszej wizji z udziałem Edgara Allana Poego oraz pewnej bladolicej dziewczynki wszystko zaczyna się sypać niczym kiepsko ustawiony domek z kart.

Przede wszystkim, utrzymane w onirycznym klimacie widzenia pisarza kładą na łopatki tempo filmu, nijak współgrając z całością. Plastycznie cieszą oko, lecz szybko stają się nużące, a nawet irytujące. Ich powolność skutecznie zabija klimat Swan Valley, który poznaliśmy w momencie pierwszego przekroczenia granic miasteczka. Coppola jest zbyt niezdecydowany co do tego, w którą stronę chciałby podążać. Z jednej strony ciężko brać na serio scenariusz, w którym główny bohater toczy dysputy z Poem i momentami widać, że reżyser ma świadomość tego faktu. Z drugiej, dystans Coppoli jest silnie zachowawczy. Film wykonany jest w sposób zbyt klasyczny, dosłowny, aby stać się zabawą gatunkiem lub pastiszem pewnej stylistyki. „Twixt” boi się zatem pożeglować na głębokie wody, przeraża go również eksploracja pozornie znanego, ale wciąż kryjącego wiele tajemnic brzegu. Efektem takiego stanu rzeczy jest tkwienie na twórczej mieliźnie.

Mimo przyzwoitej roli Kilmera i dobrej kreacji Derna, obiecującego wstępu i ciekawej strony wizualnej „Twixt” zdecydowanie zawodzi. To film wtórny, nieciekawy i irytujący zmarnowanym potencjałem. Oby Coppola jak najszybciej odbił się od dna i znów wypłynął na pełne morze.







  • Andriej

    Scott, teraz Coppola… Co się dzieje, kogo jeszcze zniszczy ten galopujący ku samozagładzie amerykański „kapitalizm”?

  • Kazik

    Po prostu muszą odbić się od dna.

  • K_Pudd

    „Młodość stulatka” i „Tetro”. Mimo tego, że nie są to filmy wybitne, wciąż pozostają solidnym, doskonale zrealizowanym i zagranym kinem, którego nie należy się wstydzić.
    Nie powiedziałbym – Młodość Stulatka była fatalna – ładny, anachroniczny bełkot momentami ocierający się o kicz i amatorszczyznę. Film wydaję się być sklejony z niepasujących do siebie kawałków, w dodatku potwornie nuży i niezamierzenie śmieszy.

    fragment recenzji z magazynu KINO:
    O co w tym wszystkim miało chodzić? W „Młodości stulatka” pobrzmiewają bardzo istotne pytania, które ludzkość zadaje sobie przynajmniej od końca wieku XVIII. O podmiotowość człowieka, o jego tożsamość, o granice poznania i możliwość zgłębienia wiedzy tajemnej. Także o konsekwencje prowadzenia takich dociekań i cenę, którą trzeba zapłacić za dotknięcie tajemnicy istnienia. Szkoda, że te wielkie tematy pokazane zostały w wersji pop. I że zamiast arcydzieła, wyszła Coppoli parodia. Bowiem odczytując „Młodość stulatka” na przekór intencjom reżysera, można tu znaleźć pastisz „Motyla i skafandra” (gdy profesor budzi się po rażeniu piorunem), „Czarnej księgi” (gdy romansuje z agentką hitlerowskich Niemiec), serii o Indianie Jonesie (gdy rumuński lingwista biega po indyjskich jaskiniach i znajduje czaszki), „Muchy” (fizyczna przemiana bohatera), hollywoodzkich romansideł (wątek miłosny), filmów wojennych (nagłówki gazet z informacjami o sytuacji na froncie), a także takich dzieł literatury, jak „Faust” Goethego i „Frankenstein” Mary Shelley (motyw naukowca pragnącego odkryć tajemnicę życia). Jest tu wreszcie parodia samego Mircei Eliadego. „Filozofia religii jest moją pasją” –mówi filmowy profesor. W sumie wychodzi z tego pretensjonalny miszmasz.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Fota #58 - Marty Feldman

Następny tekst

Dead Man Down



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE