TWARDZIELE - Kabaret starszych panów | FILM.ORG.PL

Twardziele

Trzy wielkie nazwiska i do bólu pretekstowa fabuła. Czego chcieć więcej?




Kabaret starszych panów




Jakub Piwoński
19.09.2013


Moda na otrzepywanie z kurzu i ponowne wcielanie wiekowych aktorów w główne role trwa w najlepsze. Wynika to zapewne z obecnej we współczesnej kulturze nostalgii za jakościami, które przeminęły. Odczuwając zmęczenie technologiczną rewolucją, obcując z X muzą wciąż oglądamy się za bohaterami, którzy przypominają nam te dawne, zapomniane już emocje. Dlatego też ucieszyliśmy się z powrotu ikon kina akcji w „Niezniszczalnych”, polubiliśmy przygody emerytowanych agentów w „RED”, z zainteresowaniem czekamy na pojedynek bokserski Balboi z La Mottą oraz na szereg innych „geriatrycznych” projektów. Twórcy filmu „Twardziele” najwyraźniej uznali, że do osiągnięcia sukcesu wystarczy tej postępującej modzie po prostu ulec, skrzyknąć trzy podstarzałe nazwiska na plan i zacząć przedstawienie. Otóż nie, to nie jest takie proste.

Najważniejszy jest bowiem pomysł na atrakcyjną prezentację bohaterów, a tego w filmie „Twardziele” wyraźnie brakuje. Scenariusz rozpisany jest w taki sposób, by aktorzy mogli przejść przez zdjęcia z dużą dozą swobody. Oto Val (Pacino) – wychodzi z więzienia po długiej, bo 28-letniej odsiadce. Z miejsca odosobnienia odbiera go stary przyjaciel, Doc (Walken), a po niedługim czasie dołącza do nich także niejaki Hirsh (Arkin). Od tego momentu wszystko więc kręcić się będzie wokół ekscesów starych kumpli, którzy spotykają się w jesieni swego życia, by trochę powspominać i trochę się zabawić. Kryminalna przeszłość da jednak o sobie znać i wystawi przyjaźń byłych gangsterów na próbę.

W gruncie rzeczy chodzi w filmie o to, by dać się starym wygom wyszumieć przed kamerą. To odczuwalny leitmotiv tej produkcji. W poczynaniach bohaterów wszechobecna jest więc zasada: „czego się nam nie udało zrobić wcześniej, teraz nadróbmy z nawiązką”. Widzieliśmy już filmy zrobione w podobnym duchu – na przykład „Choć goni nas czas” z Nicholsonem i Freemanem. Tylko że tam drugie dno nie było tylko pozorem, a poszczególne szalone przygody bohaterów były odpowiednio umotywowane.  Wszelkie wady scenariuszowe natomiast zostały umiejętnie przykryte wybornym aktorstwem.

Dochodzimy więc do momentu, w którym powinienem dać upust swemu zachwytowi nad grą aktorskich tuzów. Wszak nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać Pacino, Walkena i Arkina w jednym filmie. Gdy więc w końcu ich wspólny występ doszedł do skutku, z góry założyłem, że tak wielkie nazwiska z łatwością uniosą brzemię filmu na własnych barkach. Tymczasem okazało się, że nie zaprezentowali nawet połowy swoich umiejętności. Powątpiewam także, czy mogę nazwać ich występy „aktorską grą”, ponieważ krzywdzę w ten sposób innych przedstawicieli tego zawodu, starających się przelać do nowej roli coś wyjątkowego. Odtwórcy głównych ról cały film przejechali na tym samym biegu, na którym z odpowiednią dla siebie manierą prezentowali się w większości swoich kreacji. Ale co tam gra! Na nich nie idzie patrzeć, bo wyglądają tak, jakby się mieli zaraz rozsypać! Śledzeniu ich poczynań towarzyszy zatem przykry grymas politowania. Była szansa na szczerą autoironię i rozliczenie z własnym wizerunkiem. Niestety, wyszła z tego autoparodia.

„Twardziele” to wręcz podręcznikowy przykład tego, że nie wystarczy zatrudnić (pewnie za niemałe pieniądze) trzech znanych i cenionych aktorów do jednego filmu, by zaskarbić sobie uwagę widza. Nie wystarczy nakręcić półtorej godziny materiału, w którym zaangażowani do projektu Wielcy Aktorzy udają, że grają, udają, że interpretują, udają, że dobrze się trzymają i udają, że nie robią z siebie idiotów. Ci aktorzy to przecież nie dzikie zwierzęta w klatce, na które każdy przyjdzie popatrzeć, bez względu na to, czy damy im piłkę i jak zaplanujemy ich występ. Potrzebna jest  solidna podstawa scenariuszowa i umiejętności reżyserskie, by móc wykrzesać z aktorów to, co było w nich najlepsze, a zdążyło się już zatracić. Ale to przecież zdaje się być tak oczywiste, że przypominanie tego wprawia mnie w niemałe zakłopotanie. Dlatego moje zarzuty wystosowuję głównie do producentów filmu, bo to na wskroś producencka „twórczość” właśnie, w której najpierw myśli się o tym, kto w projekcie wystąpi i ile za występ weźmie, a dopiero potem – jeśli w ogóle się o tym pomyśli – jak miałaby wyglądać opowiadana historia.

PS Film ma również ciekawy akcent polski. Jedną z zatrudnionych w odwiedzanym przez bohaterów domu publicznym gra nasza duma Hollywood, Weronika Rosati. Pojawia się w filmie na jakieś 30 sekund. Aż dziw, że z uwagi na tak istotną rolę aktorka nie wywalczyła sobie miejsca na plakacie filmu.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Kazik

    Możesz mi wyjaśnić jak 4-latkowi, na czym polega zdanie: ‚Odtwórcy głównych ról cały film przejechali na tym samym biegu, na którym z odpowiednią dla siebie manierą prezentowali się w większości swoich kreacji…’

    A zatem z powyższego cytatu wynika, że Pacino, Walken i Arkin nie grali wcale słabo, ale jak zwykle czyli naprawdę dobrze. Czy chęć napisania atrakcyjnego, pełnego swady zdania nie odbywa się kosztem zachowaniu pewnej logiki aparatu pojęciowego przy tworzeniu czegoś takiego jak recenzja filmu? Jeżeli tak, to jest to totalna amatorka.

    • Jakub Piwoński

      to zdanie jest kontynuacją poprzedniego. w tym wypadku pisząc, że aktorzy „przejechali cały film na tym samym biegu…” miałem na myśli, że nie dali do swoich ról NIC wyjątkowego. Tobie może sprawia frajdę oglądanie po raz enty jednej i tej samej kreacji w wykonaniu wspomnianych aktorów, mi już nie; więcej, uważam to za jawną indolencję twórczą. czy to naprawdę jest tak trudne do zrozumienia?

      • Filip

        No dobrze, mam pytanie. Twoim zdaniem co powinni dodać od siebie aktorzy, żeby poprawić swoje role? Moim zdaniem w ich grze nie dało się nic udoskonalić. Druga sprawa to ten film pewnie tak miał wyglądać, bez specjalnego nadwyrężania wyobraźni tak jak to jest w ” Niezniszczalnych „, gdzie zdrowy rozsądek odmawia oglądania biegających z zawrotną prędkością i ” kuloodpornych ” starszych aktorów.

      • Kazik

        Owszem, to jest trudne do zrozumienia. Bo jakbyś na to nie patrzył, to ów bieg na którym jadą Pacino i reszta załogi tak naprawdę zdefiniował ich aktorski geniusz. A zatem w tym filmie Pacino gra jak Pacino. Walken gra jak Walken itd Gdybyś napisał, że Pacino gra zdecydowanie poniżej swoich możliwości, wtedy miałoby to jakiś sens. No ale ty piszesz, że Pacino gra tak jak na Pacino przystało, tyle tylko, że ty masz tego dosyć. Czyli co? Wychodzi na to, że obojętnie jaki to byłby film; doskonały, dobry, wybitny… To i tak nie ma większego znaczenia ponieważ Ty masz już dosyć warsztatu aktorskiego Ala Pacino i jego starszych kolegów. W takim układzie napisz o tym artykuł a daj sobie spokój z recenzowaniem filmu.

        • Jakub Piwoński

          toż przecież napisałem, że „Tymczasem okazało się, że nie zaprezentowali nawet połowy swoich umiejętności.” problem chyba tkwi w tym, że w zdaniu późniejszym, czyli „Odtwórcy głównych ról cały film przejechali na tym samym biegu, na
          którym z odpowiednią dla siebie manierą prezentowali się w większości
          swoich kreacji”, przed słowem „kreacji” nie dałem „ostatnich”, może wtedy byłby to mniej rażące i lepiej oddało sens tego co chciałem przekazać. a chciałem jedynie tyle, że gdy aktorzy Ci nie wspierają swoich ról jakąkolwiek interpretacją, sucho odcinają kupony od swoich karier, a przecież wiemy, że niegdyś stać ich było na wiele. może i był taki właśnie zamiar, by klepali kwestie po swojemu, ale mi nie musiało się to przecież podobać.

  • tomashec

    Faktycznie, ten film to jedno wielkie męczenie buły. Szkoda.

  • zulombo

    Ktoś mi powie czy Rosati gra tą samą postać co w filmie „Kula w łeb” ze Stallonem? Połączenie dwóch uniwersów. Coś jak Avengers :D






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#67 Jabberwocky

Następny tekst

Fota #76 - Jerzy Hoffman



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE